Skocz do zawartości

Ranking


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 17.12.2018 uwzględniając wszystkie działy

  1. 20 punktów
    Kosmiczne spotkanie komety 46P z Plejadami I stał się "cud" zachmurzone od 3 tygodni niebo na 30 min. nieco się "przetarło", a właśnie w tym momencie miałem chwilę wolnego czasu (!) i tak chwila to koniunkcja komety 46P/Wirtanen z Plejadami (!). Postanowiłem, wsiąść w samochód i odjechać nieco od miasta, temperatura powietrza nie była zbyt zniechęcająca -2C, ale wiał wiatr, który szybko nawiewał obłoki. Jak się okazało miałem mniej niż 15min. czasu na rozłożenie sprzętu i rozpoczęcie fotografowania. Około 35 stopni nad zachodnim horyzontem przez cirrusy świecił znajdujący się w pierwszej kwadrze Księżyc polu na którym się znalazłem bajkową poświatę. W efekcie udało się zebrać 29 klatek po 30sek każda, iso1250,#NIKONd810A, #Samyang135,f/2.2.
  2. 13 punktów
    Mówisz i masz... Za całokształt.
  3. 12 punktów
    Już dawno mówili, że taka kometa to nieszczęście zwiastuje.
  4. 10 punktów
    Albo jeszcze dokładniej z danymi technicznymi można sobie Twoją fotkę obejrzeć tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/File:Comet_46P_Wirtanen_on_12_December_2018.png Dlaczego się nie pochwaliłeś że masz taki setup? Comet Wirtanen imaged using a 130P-DS Newtonian telescope on a guided HEQ5 mount and an astro modified and cooled Canon 450D. 45 two-minute images stacked using deep sky stacked to stack comet and stars separately before recombination topo remove blurring.
  5. 10 punktów
    No i dlaczego nie pochwaliłeś się że publikujesz swoje fotki w Polityce? Dokładniej można sobie ją obejrzeć pod tym linkiem : https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1775598,1,kometa-blisko-nas-46pwirtanen-widoczna-na-grudniowym-niebie.read
  6. 9 punktów
    Człowieku - czy Ty wstydu już nawet za grosz przysłowiowy nie masz? Jak jeszcze masz czelność po tym wszystkim co zrobiłeś cokolwiek na naszym forum pisać...... Sam jesteś wielką czarną dziurą.
  7. 8 punktów
    Człowieku, czy ty na prawdę nie masz hamulców? Wciskasz nam tu kity, naruszasz prawa autorskie Stuba Mandrela i jeszcze masz jakieś idiotyczne uwagi?
  8. 7 punktów
    Ostateczna kompozycja dwóch zdjęć 96x1min, iso2500, f2.5, #Canon6D oraz 29x30sekund, iso1250, f2.2, #NIKONd810A w obu przypadkach użyty został obiektyw #Samyang135mm.
  9. 6 punktów
    No to faktycznie fotka się udała 😃
  10. 6 punktów
    Ja bym dłużej nie tolerował. Moderatorzy, pomyślcie nad tym. To do niczego dobrego nie prowadzi.
  11. 5 punktów
    To mamy "gwiazdę" w te święta
  12. 5 punktów
    Ręce opadają Po cholerę jątrzyć? Proste pytanie - prosta odpowiedź. Sorki, że papram wątek zjawiskowej kometki ale mój mózg takiej postawy pojąć nie może Over.
  13. 4 punkty
    To nie było trudne, szczególnie że jak coś fotografuję to przeglądam fotki pojawiające się w sieci i co tam ludzie piszą. I akurat ta mi wpadła w oko
  14. 4 punkty
    "Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie", aczkolwiek w przypadku Pana E budzą się moje wątpliwości. Człek pragnie zachwytu, uznania, akceptacji, a tu bum. Wassyl (sic!), wessel obucha z Bolzano wyciąga, celnie uderza, chore ambicje przetrąca i łup...,mamy obiecane zdjęcia czarnej dziury. A może tam Słońce za nisko "chodzi" i stąd ta agresywna depresja ...
  15. 4 punkty
  16. 3 punkty
    Swoją drogą, jakiś młody psycholog mógłby zrobić doktorat studiując przypadki pojawiające się na AF. Dla mnie pełne zaskoczenie, choc trochę już w życiu widziałem
  17. 3 punkty
    Udało się, 46P zaliczona Wcześniej za dzieciaka jedynie widziałem kometę Halleya (tak tata mi mówił, że to ona), ale to było tak dawno, że niewiele z tego pamiętam Dzisiaj pomimo dobrych prognoz na wieczór nic tak na prawdę nic nie wskazywało na to, aby pogoda miała się polepszyć. Od 16:00 do prawie 19:00 chmury, jedynie Księżyc majaczył gdzieś tam wysoko. Około 19:15 odsłoniłem roletę i zobaczyłem Kapellę świecąco wysoko i kilka dużych dziur pomiędzy chmurami. Bez chwili wahania ubrałem pierwszą lepszą kurtkę, stare buty sportowe i wyszedłem na balkon. Z minuty na minutę sytuacja się polepszała, gdy odsłonił się Byk bez trudu w 10x50 znalazłem Plejady zerkam niżej i...nic. Trochę rozczarowany szukam i szukam, coś tam jakby się odcinało od tła, ale pewny nie byłem czy to Wirtannen czy wyobraźnia płata figle. Druga próba w 15x70 opartej na barierce, kilka chwil i znalazłem kometę. U mnie na niebie podmiejskim w 15x70 widoczna jako delikatna szara, okrągła mgiełka, choć po dłuższej adaptacji wzroku i zerkaniem tak jakby jej jądro/środek był trochę jaśniejszy. Później próbowałem jeszcze raz w 10x50 i faktycznie również w niej była widoczna, ale bardzo słabo. Spodnie przemoczone od śniegu, ręce czerwone od mrozu, ale jestem zadowolony z obserwacji, bo 46P spisałem już na straty, a tu proszę cuda się zdarzają ☺️
  18. 2 punkty
    No i się udało. Niebo w Norwegii okazało sie laskawe. Na parę godzin chmury zniknely . Az nie do wiary . Było mało czasu ale się udało. Nie wiem jak dzisiaj przeżyje w pracy do 3 w nocy siedziałem przy kompie. Canon 1100D 75 mm 120x6 sek
  19. 2 punkty
    Wyczyściłem pamięć cache i przebudowałem indeks wyszukiwania. Zobaczcie czy pomogło.
  20. 2 punkty
    252P/LINEAR, też była wtedy blisko Ziemi :).
  21. 2 punkty
    Maćku ladne śledztwo i ujawnienie elektrongate
  22. 2 punkty
    Temat wydzielony i przeniesiony bo zaśmiecał nam piękną kometę
  23. 2 punkty
    Hej. Jako że lubię refraktory to miałem w swojej karierze odpowiednio. 1. Popularny Skylux 70/700 - na początek ok. Najlepszy widok Chichotek (nie szczegóły, ale wycagnięcie z tła i twójwymiar). Ale to było w Bieszczdach, co wsyzstko tłumaczy. 2. Celestron 100/660. Najbardziej kompaktowy i mobilny. Dał też " kopa" w obserwacja w stosunku do Skyluxa. 3. SW 120/600. W miarę poręczny. Jeszcze balkonowo/terenowy. Dał kolejnego "kopa" w stosunku do poprzedniej setki (ale już nie taki przeskok jak ze Skyluca na 100tkę). 4. Aktualnie SW 150/1200 - już nie poręczny i kompaktowy 😯😉ale tutaj zaczynają się konkrtetne obserwacje (jest przeskok w stosunku do 120tki i to duzy jeśli chodzi o detal). W każdym z tych refraktorów Aberracja występuje, ale po tylu latach moje oczy nauczyły się ją "ignorować" w jakimś stopniu. Wiem że posiadacz ED czy APO spoglądając na US przez refraktor zrobi krzywą minę (udowodnione) ale cóż jak kupujesz auto, też musisz się nauczyć go obsługiwać i jeżdzić - mimo że prawko masz już wiele lat.
  24. 2 punkty
    Proszę admina o zamknięcie wątku.
  25. 2 punkty
    - Sąsiedzie, coście wczoraj za święto mieli, żeście tak wszyscy tańczyli na tej waszej działce? - Żadne święto, dziadek ul przewrócił.
  26. 1 punkt
    Witam, jak co roku mam przyjemność przygotowywać i prowadzić program popularnonaukowy dla dzieci i młodzieży szkolnej z Dąbrowy Górniczej i miast ościennych na który to program już teraz zapraszam. Obserwatorium Astronomiczne - Dąbrowskie Koło Miłośników astronomii i Astronautyki im.St.R. Brzostkiewicza Program AKCJA ZIMA 2019 Tydzień I (11-15.02.2019 r.) 11.02. 12.02 13.02. 14.02. 15.02. 10:00 - Kosmos –Tajemnice Wszechświata : Planety Pozasłoneczne film dokumentalny 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka). 13:00 Astronarium: Gromady gwiazd film dokumentalny. 14:00 Kierunek Księżyc prezentacja. 15:00 Pokazy Nieba –Księżyc. 10:00 - Kosmos-Tajemnice Wszechświata: Kosmiczne Podróże Gwiezdni wędrowcy Słonecznego film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka) 13:00 Astronarium: Misje do Jowisza film dokumentalny 14:00 Lot na Saturna prezentacja 15:00 Pokazy Nieba –Księżyc. 10:00 - Kosmos-Tajemnice Wszechświata: Księżyc i Jego tajemnice film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka ) 13:00 Astronarium: Księżyc film dokumentalny. 14:00 O Kometach prezentacja. 15:00 Pokazy Nieba –Księżyc. 10:00 - Kosmos- Tajemnice Wszechświata: Kosmiczne Zderzenia Ziemia pod ostrzałem film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową , kosmiczna bajka, ). 13:.00 Astronarium: Mars film dokumentalny. 14:00 W poszukiwaniu Planety 51 prezentacja. 15:00 Pokazy Nieba –Księżyc. 10:00 - Kosmos- Tajemnice Wszechświata: Konstelacje Rysunki na niebie film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka). 13:00 Astronarium: Kosmiczne śmieci film dokumentalny. 14:00 Planety Układu Słonecznego prezentacja. 15:00 Pokazy Nieba –Księżyc. AKCJA ZIMA 2019 Tydzień II (18-22.02.2019 r.) 18.02. 19.02 20.02. 21.02. 22.02. 10:00 - Kosmos -Tajemnice Wszechświata: Supernowe Początek i koniec życia gwiazd film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka). 13:00 Astronarium: Kosmiczny Teleskop Hubble'a film dokumentalny. 14:00 Bliżej nieba bliżej kosmosu prezentacja. 10:00 - Kosmos-Tajemnice Wszechświata: Kosmiczna Apokalipsa czy wszechświat może się skończyć? film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka). 13:00 Astronarium: Droga mleczna film dokumentalny. 14:00 ABC Astrofotografii prezentacja . 10:00 Kosmos-Tajemnice Wszechświata: Mgławice Piękno kosmicznych obiektów film dokumentalny. 11:00 Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową, kosmiczna bajka). 13:00 Astronarium: Saturn i sonda Cassini film dokumentalny. 14:00 Narodziny i Rozwój Układu Słonecznego prezentacja.(eksperymenty). 10:00 - Kosmos-Tajemnice Wszechświata: Kolonizacja Kosmosu Na podbój Księżyca i Czerwonej planety film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową). 13:00 Astronarium: Ekstremalnie Wielki Teleskop film dokumentalny. 14:00 Komety prezentacja. 10:00 - Kosmos-Tajemnice Wszechświata: Największe Obiekty we wszechświecie kosmiczna księga rekordów film dokumentalny. 11:00 - Teleskopowe pokazy Słońca zwiedzanie obserwatorium. (Przy braku pogody prezentacja Niebo nad Dąbrową). 13:00 Astronarium: Planetaria film dokumentalny. 14:00 Niebo Na Dłoni prezentacja. Dariusz W. Nelle Szkoła Podstawowa nr 16 z Oddziałami Przedszkolnymi im. Związku Orła Białego, ul. M. Konopnickiej 56, 41-300 Dąbrowa Górnicza sp16gim13@interia.pl 032/2623871 wstęp wolny
  27. 1 punkt
    Ukazał się nowy "Almanach Astronomiczny na rok 2019" mojego autorstwa. Można go znaleźć na stronie Uranii: http://www.urania.edu.pl/almanach Proszę o opinie i uwagi.
  28. 1 punkt
    Pobawiłem się wczoraj Denkiem i czterema parkami okularów: tanimi WA 66 (no name) z teleskopy.pl, Baaderami Classic Plossl 32 mm, ESikami 24 mm w wersji 68* i Baaderami Asferykami 31 mm, z tulejkami modyfikującymi mocowanie na 1,25 cała. Obiekt "testowy" to Łysy w I kwadrze, a nasadka wylądowała w achro 150/750, w wyciągu którego umieściłem pryzmat 1,25" od Baadera. Nie jest to oczywiście żadna rzetelna recenzja, tylko garść luźnych spostrzeżeń (spory mróz i nachodzące chmury przegoniły mnie z miejscówki, a głównym celem szybkich obserwacji była kometa 46P/Wirtanen w sąsiedztwie Plejad). Wnioski? Ano zaskakujące: najwygodniejsze okulary to rzeczone WA 66 20mm. Lekkie, z odpowiednim ER, najłatwiej złapać w nich pojedynczy, zbieżny obraz. Esiki też fajne, ale wygenerowały spore odblaski i są dość ciężkie - wraz z ważącą swoje nasadką bino i kątówką mogą być sporym wyzwaniem dla wyciągu (na szczęście zamontowałem ostatnio w refraktorze pancernego, trzycalowego TSa, na którym można by umieścić siateczkę pełną browarów i nie zrobiłoby to na nim wrażenia ). Baaderowskie plossle oferują chyba najlepszy kontrast, ale w zamian dostajemy najmniejsze pole widzenia i dlugi ER, utrudniający utrzymanie oczu w odpowiedniej pozycji i uzyskanie zbieżnego obrazu. Są też blackouty, niestety. Ciekawie wypadły też Asferyki, choć tulejka 1,25" obcina im pole widzenia do ok. 60 stopni, może nieco mniej (nie mierzyłem dokładnie). Obrazy wygenerowały naprawdę dobre, a przy tym są lekkie; nie okazały się też zbyt szerokie (choć to szkiełka w standardzie dwucalowym). PS dzięki @jolo za pożyczenie Asferyka i ESika do pary.
  29. 1 punkt
    Dlatego jeszcze takiej sobie nie kupiłem, 40zł bym przebolał ale stówę... Można kupić drewniane kostki za parę zł, i psiknąć na czarno, czy jak pasuje. Ja mam pręt aluminiowy 1x1cm ale jeszcze nie udało mi się tak równo odciąć: Można kupić też magnes neodymowy w takim formacie: https://www.agawa.pl/srebrne-neodymowe-magnesy-szescian-111589-14449-64927.html Ale może być dość kłopotliwy, bo będzie się "kleił" do meteorytów
  30. 1 punkt
    A kostka do gry nie wystarczy ? są one o boku 1, półtora, 2 i więcej cm zarówno czarne jak i białe.
  31. 1 punkt
    A to zupełnie inna gałąź kłamstwa 😃
  32. 1 punkt
    Masakra. A miało być tak pięknie 😁
  33. 1 punkt
    Jak ze 100 metrów to całkiem nieźle, można nawet powiedzieć (skoro istnieje pani słowikowa) Ze jest to pani dzięciołowa.
  34. 1 punkt
    Wampum,trudno się nie zgodzić z tym co napisałeś,ważne jest aby mieć tą świadomość i nic na siłę sobie nie udowadniać. Chodzi mi o takie chyba dość często powtarzane twierdzenie że przecież na DSach tej aberki nie widać,a przynajmniej to jest ona nie agresywna itp.Ona jest i będzie zawsze ale to normalne że na ciemnych obiektach nie wyskakuje w tak oczywisty sposób jak przy obserwacji Jupka czy innych jasnych obiektów.Ta "ukryta aberka"nadal tam jest i działa na minus,spada kontrast a i szczegół na DSach również jest już nie ten jak bez niej,ale gdy ktoś nauczy się z tym żyć to 150 mm soczewka potrafi dać niezapomniane przeżycia. Pozdrawiam ps.Przy okazji zapytam czy również używasz jakiegoś fitra anty AC?
  35. 1 punkt
    Ja też Ciebie nie rozumiem. Dlaczego publikujesz zdjęcie które zostało wykonane 12 grudnia twierdząc że zrobiłeś je wczoraj? Naprawdę uważasz nas za idiotów? Czy teraz będziesz wmawiał że się astrometry.net pomyliło?
  36. 1 punkt
    Odległość od teleskopu to około 80-100 m. Tak, lekki żółtawy kolor wprowadza ale na zdjęciu mniej widać niż w wizualu.
  37. 1 punkt
    Przyda się tzw. klucz palcowy do odkrecenia srebrnego pierscienia trzymającego oś RA (choć niektórzy radzą sobie np. rozsuniętą suwmiarką), oaz mały klucz imbusowy do odkręcenia trzech śrubek robaczkowych blokujących ten pierścień na osi. Koniecznie najpierw je poluzuj, bo jak zaczniesz na siłę odkręceć pierścień, to uszkodzisz gwint na osi RA. Tu masz filmik z instrukcją co i jak: A tu jest wątek o wymianie podkładek: https://www.astromaniak.pl/viewtopic.php?f=1&t=29629 U siebie zastosowałem smar Shimano DuraAce (albo jakaś podobna nazwa, jest wymieniony bodajże w tym wątku z AM). Nie wiem, w jakim stanie jest ten Twój EQ3-2, ale w moim przesmarownie, regulacja ślimaka / ślimacznicy i wymiana podkładek niewiele zmieniła - i tak nie miałem prawie żadnych luzów
  38. 1 punkt
    Kometa 14 grudnia o godz. 19:15. Setup: AP 155, QSI 690 WSG na ASA DDM 85. Kometa : L: 18x300 , RGB : 10x 120 sekund na kanał - sekund z prowadzeniem na kometę. Tło: LRGB : 10x120 sekund na kanał. Bolzano, Włochy. Obróbka koloru w drodze
  39. 1 punkt
    Można zobaczyć online - Stellarium online
  40. 1 punkt
    Kochani! Kolejny odcinek grudniowego astrokalendarza A.D. 2018 poświęcam komecie roku. 46P/Wirtanen jest w zasięgu nieuzbrojonego oka, a jej wizualny rozmiar przekracza wielkość tarczy Księżyca w pełni. Przed świętami Bożego Narodzenia obiekt porusza się w bardzo malowniczej części wieczornego nieboskłonu, więc zapraszam na krótki poradnik dla początkujących. Czystego nieba!
  41. 1 punkt
    Tak prezentuje się u mnie. Materiał zbierany 4 grudnia 2018 NEQ-6 SYN SCAN, TS TRIPLET APO 90/600, TS 80/330, ALccd 5T, ATIK383L+ 12x300s L 6x120s RGB
  42. 1 punkt
    Wczoraj na szczęście zrobiła się dziura pogodowa więc wyskoczyłem szybko w teren i zlapałem kometke również.
  43. 1 punkt
    To miała być kolejna pochmurna noc od kiedy zakupiłem swoją pierwszą lornetkę. W ciągu dnia lekko na plusie, brak wiatru i chmury, chmury, chmury... Nic nie zapowiadało poprawy pogody. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy już po zmroku (17:00 - jeszcze nawet nie wieczór) zobaczyłem przez okno kilka jasnych punkcików. Nie dowierzając ruszyłem na balkon - są! Chmury prawie zupełnie się rozstąpiły a ja miałem przed sobą tu i ówdzie rozsianych kilkanaście najjaśniejszych gwiazd! Zapakowawszy się w ciepłe ubranie wyciągnąłem nowy nabytek i rozsiadłem się na balkonie. Uzbrojony w lornetkę spojrzałem w niebo i nagle kilkanaście gwiazdek zamieniło się w kilkadziesiąt, a może i kilkaset. Błądziłem chwilę bez celu kiedy nagle dostrzegłem kilka gwiazd ułożonych w prostej linii i odchodzący od nich jakby haczyk... Czyżby od razu takie szczęście bez wcześniejszego sprawdzania? Szybki rzut oka na mapkę nieba i... tak! Od niechcenia udało się ustrzelić Wieszak w Lisku. Zachęcony tym małym sukcesem postanowiłem pójść za ciosem. Mieszkam na obrzeżach niewielkiego miasta i do względnie ciemnej miejscówki mam 10 minut pieszo. Z lornetką - żaden problem. Jeszcze rzut oka w niebo: chmury widoczne jedynie miejscami. Niestety temperatura już kilka stopni poniżej zera. No cóż, coś za coś... Na szczęście 3 warstwy ubrania dadzą radę. Zabieram jeszcze folię do rozłożenia na trawie jak będę obserwował zenit i w drogę! Po dotarciu na miejsce rzucam folię na ziemię, lornetka do ręki i zaczynamy. Najlepsze warunki na wschodzie, Orion niestety jeszcze za horyzontem a więc idziemy wyżej. Hiady w Byku i coś co roboczo nazwałem sobie Domkiem. Grupa 7 gwiazd po dwie z dołu i z boków, jedna na szczycie. Pięknie widoczne. Teraz nieco w lewo w stronę Woźnicy, Jasno świecącą Capellę wykorzystałem do skorygowania ustawienia ostrości na prawe oko. Wydawało mi się że trochę ucieka... Teraz powrót w stronę Byka i w górę! Plejady. O tej porze są już wysoko. Łapię w okular i jest - piękny mały wózek. Alkione z warkoczem Przepiękne choć nieco mniejsze niż w starej radzieckiej lornetce jaką testowałem jakiś czas temu. Ale za to pole widzenia większe, łatwiej będzie zorientować się skacząc od gwiazdy do gwiazdy. Co teraz? Patrzę prosto w górę - o tak! Tyle gwiazd! Rzucam się na folię. Pierwszy - Perseusz. Okolica Mirfaka cała usiana gwiazdami, w tym malowniczy łańcuszek przypominający haczyk... Dalej w górę wzdłuż ramienia i oto 2 gromady - Chichotki. Kolejny sukces! W głowie zakołatała mi nieśmiało myśl - a może by tak spróbować z Andromedą? Do tej najjaśniejszej i największej na naszym niebie galaktyki podchodziłem kilka razy, ale były to próby wspomnianą wcześniej radziecką konstrukcją. Nie wiem czy ze względu na parametry lornetki, warunki pogodowe czy też miejsce obserwacji (obrzeże miasta bądź co bądź) nigdy nie udało mi się dostrzec szarawego dysku wokół świetlistego jądra... Z pewną więc nieśmiałością skierowałem lornetkę na Kasjopeję, zlokalizowałem swego rodzaju strzałkę utworzoną przez jej 3 pierwsze gwiazdy, wziąłem głębszy oddech i powędrowałem zgodnie z kierunkiem który wskazywała... Spokojnie, jeszcze trochę... Nic nie ma. Znowu? Jak to? Może za jasno? Jeszcze raz. Strzałka w Kasjopeji, teraz powoli wzdłuż... Zaraz, chwila, przecież na mapie to nie było dokładnie na wprost! Wypatrzyłem takie 3 gwiazdki w gwiazdozbiorze Andromedy tworzące jakby ramię i na jego końcu miała się znajdować galaktyka. Więc do trzech razy sztuka. Lecę za strzałką, trafiam na pierwszą gwiazdę, teraz druga... W tej chwili doceniam szerokie pole widzenia, szersze niż w standardowych 10x50. Naprawdę spore ułatwienie. Z drugiej już tylko krok do trzeciej i nagle na skraju pola widzenia... JEST!!! Łapię w centrum dużą plamkę światła i rozciągający się w górę i dół od niej szary dysk. Inna galaktyka! Miliardy słońc i jeszcze więcej światów wokół nich. Dostrzeżona całkowicie na własną rękę! Co za przeżycie. I choć wiadomo, w lornetce to tylko szara mgiełka, niech mi ktoś powie, że lepiej obejrzeć zdjęcie z Hubbla w internecie
  44. 1 punkt
    Wczoraj testowałem nowy montaż i na pierwszy rzut poszła kometa. Warunki słabe, ale kolejna trafia do kolekcji. Dodatkowo zmontowałem filmik ruchu komety w ciągu godziny.
  45. 1 punkt
    Nie mam zielonego pojęcia jak to wszystko opisać. Na pewno nie mogę narzekać – jak na to, że od blisko dwóch miesięcy większość czasu spędzam w zaświetlonym Krakowie, bilans obserwacyjny z ostatnich trzech tygodni mam naprawdę zadowalający, śmiem twierdzić, że lepszy nawet niż z czasów liceum. Najpierw udało mi się zerknąć w niebo tuż przed listopadowym świętem – 31 października, potem 7 listopada, kiedy to musiałam wrócić do domu z powodu egzaminu na prawo jazdy (), a na koniec w weekendową noc 10/11 listopada. Tylko kurczę, jak to ubrać wszystko w słowa tak, by było strawne dla czytelnika… Każda z tych sesji była w pewien sposób, hmm, wyjątkowa. W próbie opisania tego wszystkiego wcale nie pomaga fakt, że ostatnimi czasy lornetka uczyniła w mych oczach niebo niezwykle spójnym bytem, od którego czasem nie tak łatwo oderwać się nawet do sprawdzenia map, a co dopiero do pisania notatek! Kto by się spodziewał takiego obrotu spraw… Prawdę mówiąc z tego całego zamieszania (przynajmniej w mojej głowie), zaczęłam zastanawiać się czy może nie powinnam pozostawić tych obserwacji tylko dla siebie, ale zaraz potem pomyślałam, że jak to, przecież tak nie można, trzeba dbać o ten nasz wizual na Forum! No więc, kończąc już ten przydługi wstęp, siadłam i zaczęłam pisać… A w trakcie jakoś tak natchnienie samo przyszło. Ostrzegam, będzie długo, ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. Część I – Zdążyć przed Księżycem (31 października) Było po 20, kiedy wyszłam z lornetką na pole. Od razu zaczęłam rozkładać się do obserwacji, jednak ponieważ jeszcze nie przyzwyczaiłam się do nowego sprzętu, nim przeszłam do konkretów, musiałam się troszkę „ogarnąć ze sobą”. W tym celu pobłądziłam trochę po chylącemu się ku zachodowi Łabędziu, przyjrzałam się moim wspaniałym omikronowi i omedze Cygni, zahaczyłam o pobliską NGC 6866… A potem odnalazłam Veila. Niby nic niezwykłego, ot klasyk letniego nieba, ale oglądając go uważnie pierwszy raz przez swoją lornetkę, mogłam spojrzeć na niego z całkiem innej perspektywy niż do tej pory. Bez teleskopu, a przede wszystkim bez filtra rysował się na niebie bardzo delikatnie. Najbardziej zachwyciła mnie jego wschodnia część, która wyglądała niczym ulotna mgiełka otulająca diamentowy pył niezwykle lśniących drobnych gwiazdek. Uroczy widok! Chciałam sprawdzić czy uda mi się wypatrzeć mój Obiekt Tygodnia – NGC 404 (Duch Mirach), ale póki co poległam, za to w pewnym momencie omsknęła mi się ręka i trafiłam na… M 33. Woo! Cudo! Jeszcze w żadnym innym sprzęcie tak mi się nie podobała. Puchata, jakby mięciutka, z kilkoma nieregularnościami w jasności, ułożonymi w kształt kojarzący mi się z trójkątem (hmm, Galaktyka Trójkąta, ciekawe ). Otoczenie eMki też nie zawiodło – rozstawienie gwiazd wokół niej przywodziło mi na myśl magiczną różdżkę/berło z mieniącą się wewnątrz „chmurką magii”. Jako, że to dopiero moje drugie podejście do tej lornetki, nie do końca opanowałam jeszcze orientację z jej pomocą. Z tego względu zagubiona odrobinę pośród gwiazd, trafiłam na jakąś gromadę otwartą. Szybkie sprawdzenie w atlasie powiedziało, że to NGC 752 w gwiazdozbiorze Andromedy. Moją uwagę w tym obiekcie szczególnie przykuły pewne trzy gwiazdki w jej wnętrzu. Nie wiem jak to odpowiednio ująć - miałam wrażenie, że są najostrzejsze pośród pozostałych, a jedna z nich wydawała się lśnić najczystszą i najintensywniejszą bielą, taką, hmm, jakby najbardziej skondensowaną (trudno ubrać mi to lepiej w słowa). Interesujące odczucia, nie powiem! Obok gromady zaintrygowały mnie kolejne dwie błyskotki o zbliżonej jasności, ale, że tak to ujmę, o różnym balansie kolorów – jedna z nich wpadała bowiem w chłodny odcień, druga natomiast emanowała ciepłym światłem, przy czym obie wciąż pozostawały białawe! Po tych barwnych wrażeniach postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę i zagrzać się trochę w domu, a gdy wróciłam na zewnątrz, zmianie uległa moja formuła obserwacji – z racji zbliżającego się nieubłaganie wschodu Księżyca, przestałam zapisywać na bieżąco notatki dotyczące widzianych obiektów i dopiero po zakończeniu sesji, bazując na mojej pamięci i mapach, z których korzystałam, dokonałam spisu zaobserwowanych DSów. Po powrocie z przerwy stanęłam przed dylematem pod tytułem „gdzie teraz skierować lornetkę”, problem ten rozwiązałam jednak stosunkowo szybko. Po prostu wcelowałam losowo gdzieś w kierunku Perseusza, od razu trafiając na jakieś zgrupowanie gwiazd, które, po szybkim sprawdzeniu w Interstellarum, okazało się być NGC 1528. Po przyjrzeniu się wspomnianej gromadzie rozpoczęłam działanie podobne do tego z pierwszych obserwacji tą lornetą - powolne przeczesywanie nieba, ale tym razem wzbogacone o zahaczanie po drodze o konkretne obiekty. W ten sposób zapoznałam się z NGC 1545 i NGC 1513, a następnie, mijając gwiazdy 48 i 53 Persei, postanowiłam spróbować z ciemnymi mgławicami, oznaczonymi jako B 15-17. Zważywszy na miejsce obserwacji nie spodziewałam się fajerwerków. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałam się niczego, aczkolwiek muszę przyznać, że w miejscu, w którym rzeczone Barnardy miały się znajdować gwiazd było zdecydowanie mniej. Nieopodal usytuowana była NGC 1605. Mówiąc szczerze, trochę czasu zajęło mi stwierdzenie, które dokładnie miejsce na nieboskłonie zajmuje ta gromada, w tym celu naprawdę dokładnie przeanalizowałam całe jej gwiezdne sąsiedztwo. O wiele łatwiej poszło mi z niedaleką NGC 1582, poniżej niej znalazłam zaś błyskotkę o numerze 57 Persei i pięknym otoczeniu pełnym gwiazd, przybierających rozmaite fantazyjne kształty, a na wschód od tej – 59 Persei i dalej – NGC 1664. No, ta należąca już do Woźnicy gromada była zdecydowanie większa od poprzedniczek, ale ja nie poprzestałam na niej – wędrując dalej minęłam ε Aur, Kapellę i dotarłam do NGC 1857, St 10, ASCC 13 i 15 (swoją drogą chyba pierwszy raz się spotkałam z takim katalogiem), M 38 i 36, NGC 1907 i 1893, Mel 31… I w tym momencie zauważyłam, że Księżyc znajduje się już ponad horyzontem i to całkiem wysoko. Chwyciłam statyw z lornetką i udałam się w miejsce, gdzie spomiędzy drzew mogłam dostrzec świecącego w kwadrze Munia. Wtedy zwróciłam też uwagę, że po nieboskłonie zaczęły przewijać się raz po raz niegroźne obłoki. Sunęły szybko, przybierając wydłużone kształty i otulając Srebrny Glob mglistą pierzynką. Falowały wokół niego, wykonując ruchy podobne do tych, jakimi charakteryzują się obłoki srebrzyste, tyle że o wiele szybciej. I wyglądały jakby iryzowały, przybierając perłowe kolorki! Obok przeleciał samolot, a na chmurach koło Księżyca na chwilę uwidocznił się cień rzucany przez smugę kondensacyjną. Sam nasz naturalny satelita prezentował się nie mniej efektownie – terminator na jego powierzchni rysował piękne kontury. Chyba jedynie seeing nie współgrał z resztą okoliczności sprawiając, że szczegóły Księżyca delikatnie falowały… Muniowi poświęciłam chyba kilkadziesiąt minut i mimo że zmarzłam, było warto! Oh, jak dobrze, że tego dnia przywiozłam sprzęt z Krakowa! Część II – Krótka zapowiedź zimy (7 listopada) Perspektywa przyjazdu do domu na jedną noc w środku tygodnia nieszczególnie mi się uśmiechała, do czasu aż nie sprawdziłam prognoz pogody – szykowały się piękne warunki. Mimo konieczności wyspania się przed następnym dniem, nie mogłam pozwolić na zaprzepaszczenie tak wspaniałego zbiegu okoliczności i w połowie nocy wybrałam się na chwilę z lornetką. Zaczęłam oczywiście od mojego OT, z którym bezskutecznie próbowałam zawalczyć ostatnim razem. Tej nocy na szczęście było inaczej i dość szybko udało mi się dostrzec drobny, trochę nieostry, świetlisty punkt blisko Miracha w miejscu, w którym powinien się znajdować. Następnie przeniosłam się do Plejad, by podziwiać ich lodowate światło skąpane w delikatnej mgiełce Mgławicy Merope, a potem, przesuwając powoli pole widzenia, skierowałam się ku Hiadom i dalej – aż do M 1, mijając po drodze piękne obszary nieba usiane gwiazdami. Krab jawił mi się jako rozmyta plamka, delikatnie wydłużona z jednej strony. Nagle wcelowałam w M 42, przesunęłam się trochę, by rozpoznać skrytą w blasku Alnitaka Mgławicę Płomień wraz z dzielącą ją na pół ciemną przerwą, a następnie trafiłam na M 78 rozwarstwioną na dwie części podobnie jak poprzedniczka. Zawróciłam znów do M 42 i otwierając szczegółową jej mapę w Interstellarum, poczęłam rozkładać jej otoczenie na czynniki pierwsze. I tak – poniżej naszej głównej bohaterki zidentyfikowałam gromadę NGC 1980 (przy okazji chyba rozdzielając gwiazdę Σ 752), powyżej M 43 natomiast – NGC 1981. Tymczasem pomiędzy dwoma ostatnimi obiektami znajdowało się coś. To coś było tam od kiedy pamiętam, ale muszę się Wam przyznać, że chyba nigdy na to coś nie zwróciłam szczególnej uwagi, po prostu przyjmowałam do wiadomości jego obecność tam. Co mam na myśli? Oczywiście NGC o numerach 1973, 1975 i 1977. Wszystkie jej fragmenty przejawiały bardzo podobną jasność, no może jedynie ostatni (1977) wydawał się być odrobinę wyraźniejszy od pozostałych. Jak do tego doszło – nie wiem, ale naprawdę, pierwszy raz obserwowałam tę mgławicę świadomie. Potem pobuszowałam jeszcze po okolicach Jednorożca, już bez namierzania konkretnych obiektów, a następnie zwlekłam się do domu, trochę z powodu zimna i gigantycznej wilgoci, a trochę z konieczności wczesnej pobudki. Część III – Powinniście mnie za to ukatrupić! (10/11 listopada) Dobra, te obserwacje to w ogóle dziwne były. Naprawdę. Znaczy, zaczęły się normalnie – koło 23 wyszłam z domu, zachwyciłam się niebem i rozstawiłam sprzęt. Wcześniej przejrzałam trochę Interstellarum, by wybrać na tę noc jaki konkretniejszy rejon nieba, oprócz tego biłam się z myślami czy na bieżąco notować zaliczane obiekty, czy potraktować je po macoszemu i już po zakończeniu sesji tylko odnotować ewentualne ich zdobycie. Ostatecznie stwierdziłam, że poświęcę trochę czasu i będę zapisywać to co widzę… Tak więc na samym początku standardowo rozejrzałam się po wszystkim dobrze znanych klasykach, by następnie przejść do górnych partii Oriona, gdzie moim pierwszym celem stała się NGC 2169 ze swym ciekawym, wręcz intrygującym kształtem, który zresztą jest trafnie opisywany przez nazwę „The 37 Cluster”. Niewielki ruch lornetą pozwolił mi znaleźć się przy kolejnej gromadzie. NGC 2194 może na pierwszy rzut oka nie wyskakiwała agresywnie z tła, wręcz przeciwnie – stanowiła niepozorną bladą plamkę pośród lśniących wokół ostrych gwiazdek, ale wystarczyło dać jej trochę czasu, by, zwłaszcza zerkaniem, zaczęła przejawiać ziarnistość, jak gdyby powstała z wysypanego w tamtym miejscu drobniutkiego brokatu, który teraz delikatnie mienił się na tle nieba. Wraz ze swym bez wątpienia atrakcyjnym otoczeniem bardzo mi się spodobała. W planach miałam powolne poszukiwanie kolejnych gromad, ale jakoś tak wyszło, że pogubiłam się wśród ogromu gwiazd i ostatecznie krążyłam po całym Jednorożcu chłonąc jego bogactwo. Podróż przez te piękne widoki przerwały mi, a jakże, wilgoć oraz okropne zimno. Ponieważ od jakiegoś czasu zbierało mnie niewielkie przeziębienie, zrobiłam sobie przerwę w domu… i tak już zostało! Tak. Przeniosłam lornetę do, nie zgadniecie! Kuchni! Tamtejsze okno wychodzi niemal idealnie na południe, nie zasłania go od góry żaden daszek, no i oczywiście w kuchni nikogo nie obudzę, no może jedynie śpiącego na rogówce kota. A więc zrobiłam sobie pół litra herbaty w tacinym kuflu na piwo, kawę w jakimś kubku, dwururkę na statywie ustawiłam najniżej jak się da, by wygodnie obserwować siedząc na podłodze, do tego na taborecie rozłożyłam atlas i notatnik. Obok grzejnik – cieplutko, milutko, żyć nie umierać. Poczułam się trochę jak za początków moich obserwacyjnych podbojów, kiedy to wszystko odbywało się z okna mojego pokoju, również zwróconego ku południu, w ukryciu przed rodzicami. Powiem Wam, że mimo świadomości jak straszną zbrodnię właśnie popełniałam, czułam się zaskakująco dobrze w swoim nowym „centrum dowodzenia”. Ku mojemu zdziwieniu, nie czułam żadnego dyskomfortu z faktu oglądania nieba przez szybę, jedynym utrudnieniem mogło być ograniczenie pola widzenia z każdej strony przez ściany domu, aczkolwiek akurat tak dobrałam sobie obserwacyjne plany, że wszystko pięknie się zgadzało, a interesujące mnie obiekty miałam idealnie na środku mojego okna. Kuchenne centrum dowodzenia i towarzysz obserwacji i wdzięcznym imieniu "Kiwi". (Proszę raz jeszcze, nie zjadajcie mnie za to ) Ponieważ wcześniej, podchodząc do obiektów zimowej Drogi Mlecznej od strony północnej, bardzo szybko pogubiłam się wśród jej bogactwa, tym razem postanowiłam spróbować trasy południowej. Zaczęłam od M 41, by mijając następnie Syriusza i kilka kolejnych gwiazd zatrzymać się na NGC 2360, znanej też jako Gromada Karoliny. Udało mi się wyróżnić z niej kilka pojedynczych klejnotów, podczas gdy reszta pozostała skryta w postaci mrowiącego pyłu, którego wygląd chyba najlepiej opisze zdecydowanie mniej poetyckie porównanie do suchej kaszy jęczmiennej zmieszanej z kaszą manną Nieco poniżej odnalazłam NGC 2358, która w przeciwieństwie do towarzyszki bardzo słabo wyróżniała się z tła, zlewając się z gwiazdami bogatego otoczenia. Ruszyłam z powrotem ku Gromadzie Karoliny, minęłam ją i przesuwając się dalej postanowiłam zająć się obiektem trochę innej natury niż poprzednie. NGC 2359 widziałam do tej pory tylko na zdjęciach i nawet nie podejrzewałam, że można ją zobaczyć „własnoocznie”, dopóki niedawno nie mignęła mi gdzieś informacja na temat jej obserwacji teleskopowych. A czy da się dostrzec ją w lornetce? Moja odpowiedź brzmi: „Tak, da się, i to nawet przez szybę ?”. Oczywiście z początku nie byłam ufna czy zaobserwowane pojaśnienie przypadkiem mi się nie uroiło, toteż dokładnie przeanalizowałam gwiazdy wokół niego, porównując je skrupulatnie z mapą w atlasie. Oprócz tego potrząsałam delikatnie dwururką oraz odsuwałam kilkukrotnie oczy od okularów, by po chwili raz jeszcze sprawdzić czy widać to samo co wcześniej. Wszelka ekspertyza wykazała, że to musiał być Hełm Thora. Próbując odnaleźć kolejny obiekt naprawdę długo nie byłam pewna gdzież on się znajduje, jednak ostatecznie doszłam do tego, gdzie na niebie usytuowana jest NGC 2374. Bardzo podobnie było z kolejną gromadą – NGC 2396. Postanowiłam jeszcze raz przyjrzeć się „czapce nordyckiego boga”, a tu pole widzenia przeciął mi meteor! Wooooow! W zasadzie to już trzeci tej nocy, wcześniej jeden przeleciał mi również podczas patrzenia przez lornetę, ale w okolicy Rigela, a drugi, gdy gołym okiem podziwiałam gwiazdozbiór Jednorożca. Dla odmiany od poprzedniczek, wypatrzenie NGC 2353 okazało się zdecydowanie łatwiejsze. Gromadka usytuowana pomiędzy dwoma jasnymi błyskotkami bardzo ładnie uzupełniała je swoją najjaśniejszą gwiazdą, choć w sumie nie mam pewności, czy faktycznie należy ona do tego klastra, czy to tylko przypadkowe ułożenie na niebie. Jakkolwiek by nie było, całość stanowiła cudowny widok. Niecałe 2° wyżej natrafiłam na rozrzedzone skupisko gwiazd o tajemniczym oznaczeniu Al 21 (podejrzewam, że skrót ten oznacza katalog Alessi, aczkolwiek nie znalazłam na jego temat zbyt wielu informacji). W pobliżu napotkałam jeszcze dwa drobne klastry – NGC 2349 oraz Dias 3 (kolejny egzotyczny katalog), by następnie udać się do M 50. Prawdę mówiąc nie mam pewności czy kiedykolwiek wcześniej widziałam tę eMkę, teraz jednak nie miało to szczególnego znaczenia, bo teraz oto gromada ta niezwykle efektownie prezentowała się przede mną, zachwycając zróżnicowaniem jasności mnóstwa gwiazd zanurzonych w delikatnej poświacie słabszych składników usytuowanych gdzieś w tle. Przecudowne! Niżej, w okolicy Mgławicy Mewa wyodrębniłam dwa klastry położone w jej granicach – NGC 2335 i 2343, a gdy jeszcze dalej odnalazłam NGC 2345 w polu widzenia śmignął mi kolejny meteor. Miałam zamiar skierować się do zachodnich rejonów Jednorożca, jednak na drodze stanęła mi… ściana, toteż powędrowałam na północ, gdzie wypatrzyłam delikatną, lecz przy tym łatwo wpadającą w oczy NGC 2324, a także NGC 2319 i ASCC 31, które z kolei słabo wyróżniały się pośród gwiezdnego otoczenia. Robiąc dość duży skok w kierunku wschodu natrafiłam na drobną i również niezbyt wyraźną NGC 2394, by potem nagle przenieść się do Messierów o numerach 46 i 47. Jak ja dawno na nie nie patrzyłam! Gromady pięknie uzupełniały się nawzajem swoją odmiennością: pierwsza – delikatna, pełna drobniutkich gwiazdek lśniących niczym śnieg w świetle Słońca, druga zaś jakby szkatułka skrzących się intensywnie białawych klejnotów, jednak w mniejszej liczbie niż u sąsiadki. Chciałam pokręcić się jeszcze trochę po okolicy wspomnianej parki, ale coś stanęło mi na przeszkodzie… Nie, tym razem nie była to ściana. To rejon tych pięknych gromad wkroczył właśnie w obszar, na którym królowała ledowa łuna pobliskiej lampy ulicznej, zmuszając mnie do znalezienia jakiejś alternatywy… Wędrując więc na wschód stwierdziłam, że mieniący się niezwykłym pomarańczowym blaskiem Alphard (α Hydrae) prezentuje się naprawdę zacnie, podobnie zresztą jak lśniąca żółtym światłem 27 Hydrae z położoną tuż obok niebieską sąsiadką. Sunąc tak przez wiosenne gwiazdozbiory zatrzymałam się na Lwie, by sprawdzić jak nowa lornetka pokaże mi tamtejsze galaktyki. A zatem – Triplet Lwa! Messiery 65 i 66 rzuciły się w oczy praktycznie z marszu, Hamburger zaś potrzebował troszkę więcej czasu, ale po chwili także ukazał swoje oblicze. Pozostając w obrębie tej samej konstelacji zaliczyłam jeszcze M 95 i M 96, M 105 oraz NGC 3384 tudzież NGC 3412. Godzina 5:02, noc astronomiczna się skończyła, z pokoju wyżej dochodzą jakieś dźwięki – dziadek się obudził, za chwilę pewnie przyjdzie i zaświeci światło. A ja? Prawie zasypiam. Ale było fajnie. I bardzo komfortowo. Dobranoc.
  46. 1 punkt
    Pierwsze obserwacje po Zatomiu. Strasznie brakuje mi tamtejszej atmosfery i zlotowiczów. To dziwne poczucie pustki może załagodzić chyba tylko jedna rzecz. A więc teraz tu jestem. Przed domem, na krześle wyniesionym z garażu, z notesem w dłoni i czerwoną latarką w zębach. Przede mną stoi GSO, który koło południa wrócił kurierem z wycieczki przez prawie całą Polskę. Wokół roztacza się słodki zapach winogron, docierający do mnie z drzewa oddalonego o kilka metrów, na twarzy czuję lekki powiew ciepłego wiatru, wszystko w akompaniamencie świerszczy. Tylko jadące co jakiś czas drogą krajową samochody przerywają tę przedziwną atmosferę, tnąc ją hałasem na odrębne fragmenty spokoju. Nade mną rozciąga się czyste niebo. Chociaż… Czy aby na pewno jest czyste? Zanieczyszczają je setki latarni, świecących w promieniu dziesiątek kilometrów. Nie jest całkiem czarne, ale jakby lekko sprane. Niby widzę Drogę Mleczną, ale ona też jest jakaś taka wyblakła… Poniżej Orła zauważam jeden jej jasny obłoczek, trochę wyżej mogę wypatrzeć, że nasza Galaktyka przedzielona jest ciemnym pasmem na dwa jaśniejsze obszary. W Łabędziu i Cefeuszu widzę ją najwyraźniej, ale to moje dzisiejsze „najwyraźniej” jest jedynie lichym cieniem cudownych marmurkowych struktur, które rysując się na firmamencie tworzyły nad Zatomiem bogatą strukturę Drogi Mlecznej. Takie beznadziejne mi się teraz to moje przydomowe niebo wydaje, mimo że w przeszłości tyle razy potrafiłam się nim zachwycać. To pewnie z powodu kontrastu między nim a jakże znakomitymi zatomskimi warunkami. Mam też wrażenie, jakby dzisiaj coś w powietrzu wisiało, taka M31 nieraz wydawała się o wiele lepiej widoczna… Ale trzeba się zadowolić tym co się ma, jednak wciąż lepsze takie niebo z zarysami Drogi Mlecznej, niż pomarańczowa poświata nad najludniejszymi miastami, ledwo pozwalająca przebić się światłu Księżyca, planet czy najjaśniejszych gwiazd… Nie jest źle. Jest dobrze. Ciepło, sucho też, bez porównania z zimnymi i wilgotnymi zlotowymi nocami. Hmm, może wypadałoby zacząć obserwacje? Siedzę i myślę już prawie 20 minut... Ale od czego by tu zacząć? Na początek powinnam chyba zjustować szukacz. Czynność tę wykonałam na Wedze. Przy okazji chyba pierwszy raz gwiazda ta przykuła moją uwagę tak bardzo. Oglądałam ją w różnych powiększeniach, obserwując i analizując otaczające ją słabsze gwiazdki. Potem przeniosłam się do najjaśniejszego w tamtej chwili obiektu na niebie – Mars płonął ciepłym światłem nad beskidzkim szczytem o nazwie Czuby. Gołym okiem prezentował się bardzo ładnie, ale w teleskopie… Niestety – zły seeing i nie najlepsza przejrzystość atmosfery zrobiły swoje. Następny cel nasunął mi się na myśl sam, bez głębszego zastanawiania. Przeniosłam się zatem do Strzały, by schwytać M71. Jednej nocy na zlocie wcelowała w nią moim teleskopem Ewa, by potem wraz z grupką forumowiczów podziwiać jej ładnie rozkładające się w przestrzeni zarysy, utworzone z ogromnej liczby odległych słońc. Poświęciłam jej jeszcze parę minut i po kilku ruchach tubą teleskopu znalazłam się przy M27. Zawsze kierowałam się do niej w dość dziwaczny sposób – przedłużałam linię łączącą M57 z Albireo w kierunku Liska i gdzieś po drodze na Ogryzek natrafiałam. Dopiero kilka dni temu Zielu oświecił mnie, że przecież wystarczy przesunąć się trochę w górę od ostatniej gwiazdy Strzały. Właśnie tę metodę obrałam dzisiejszej nocy, a dotarcie do Hantli poszło mi nadzwyczaj sprawnie. Bardzo lubię widok tej mgławicy, zwłaszcza w szerszym polu okularu 30 mm, ale trzeba przyznać, że jednak w Zatomiu prezentowała się trochę lepiej, jej otoczka była wyraźniejsza względem tła, cały obiekt odcinał się na niebie odrobinę mocniej. Ale i tak jest cudowna! Delikatna, z krawędziami rozpływającymi się w przestrzeni, ale przy tym bardzo zdecydowana. I w koło tyle gwiazd ostrych jak szpileczki i kontrastujących tą swoją ostrością z mydlanym wyglądem mgławicy. Ślicznie! Po raz kolejny pomyślałam mimowolnie o jakimś obiekcie. Tym razem była nim NGC 6826 – Mgławica Mrugająca. Na zlocie oglądaliśmy ją pierwszej nocy z „samo-naprowadzającego-się-na-obiekt” teleskopu Virusa. Ja, mimo naprawdę długiej walki, nie mogłam jej tamtej nocy odnaleźć, chociaż miałam ją już w swoim dorobku obserwacyjnym. Być może, jako dla obserwatora na niezbyt wysokim poziomie wtajemniczenia, gwiazd pod ciemnym zatomskim niebem jest dla mnie za dużo i zaczynam się pośród nich gubić. Bo jednak nie za często zdarzyło mi się w życiu przebywać w tak wolnych od zaświetlenia miejscach, a co dopiero prowadzić tam obserwacje. W każdym razie, dziś Mgławicę Mrugającą udało mi się zobaczyć praktycznie z marszu, co więcej – prezentowała się naprawdę wspaniale. Intensywne szmaragdowe zabarwienie było najlepiej widoczne podczas patrzenia na wprost, podczas gdy zerkaniem stawało się jaśniejsze, bardziej zbliżone do białawej barwy okolicznych gwiazd. Zerkaniem nasza niepozorna zielona gwiazdka wielokrotnie powiększała też swoje rozmiary, w 9-milimetrowym okularze wydawała mi się nawet nie tyle okrągła, co lekko rozciągnięta w jednej osi. Czemu na zlocie nie mogłam jej znaleźć? – Nie mam pojęcia, ale podobnie było z kilkoma innymi planetarkami, np. NGC 6884 czy NGC 7008, a także z NGC 6543. Tej ostatniej, mimo podejmowania wielu prób, jeszcze nigdy nie udało mi się namierzyć. I tutaj znowu na zlocie z pomocą przyszedł Meade Virusa, który również pierwszej nocy pokazał Kocie Oko jako ładne, jaśniejsze w środku i lekko spłaszczone koło o subtelnym niebiesko-zielonym zabarwieniu. A propos mgławic planetarnych, przez wspomniany teleskop oglądaliśmy jeszcze M27 i M57 (z nakładką bino, muszę przyznać, że całkiem inaczej patrzy się obojgiem oczu, jakoś tak przyjemniej) oraz NGC 2392 (Mgławica Eskimos). Ta to była piękna! Jasny środek, wokół słabsza otoczka, ale jednak nie całkiem jednolita, w niektórych miejscach odrobinkę jaśniejsza. Od pierwszej chwili zachwycił mnie ten widok, z mojego podwórka i teleskopu nigdy nie podobała mi się aż tak bardzo. No to się rozpłynęłam we wspomnieniach. Pamiętam jeszcze M57 z 16” Ignisa. Wielkie lustro robi swoje – pierwszy raz widziałam Pierścionek tak duży i jednocześnie tak jasny i wyraźny, budujące go struktury też stały się o wiele lepiej dostrzegalne. O, a Veil z 14” Jacka! Jaka to była potęga. Z moimi „o-czami” (nie mam pojęcia dlaczego tyle osób nazywało mój filtr O-III w ten sposób ) i okularem 31 mm (chyba ES jeśli dobrze pamiętam) wyglądał fenomenalnie! Miotła rozgałęziała się w wielu iteracjach, jak delikatna sieć lub welon. Trójkąt Pickeringa też był mocno postrzępiony, a między nim i Miotłą jakieś farfocle wyskakiwały z tła. Tam w ogóle wszędzie wokół były jakieś farfocle! A Veil wschodni… To dopiero! Na styk prawie się mieścił w polu widzenia, tak niesamowicie rozbudowany, niczym półprzeźroczysta tkanina. Wszędzie odnogi i rozgałęzienia snujące się w przestrzeń. Przecudowny! Veil z tego teleskopu został przez kilka osób okrzyknięty obiektem zlotu, a ja się z nimi zgadzam, aczkolwiek podobne wrażenie wywarł na mnie wschodzący w piątek nad ranem wąziutki sierp Księżyca, obserwowany przez virusowe Meade 10” z nakładką bino, patrząc na niego czułam się jak w kinie 3d albo jak gdybym unosiła się gdzieś blisko na jego orbicie. Jeszcze wracając do zlotowego Veila, widziałam go także przez TS-kę Alicji i tę wielką lornetę kątową Qbanosa. W obu był bezproblemowo zauważalny, chyba pierwszy raz widziałam ten obiekt nie przez teleskop. I to w takim szerokim polu, zacne to było! Na zlocie, pierwszej nocy, patrząc do Interstellarum, chyba pierwszy raz zwróciłam uwagę na obiekt zwany Mirach’s Ghost – NGC 404. Od razu stwierdziłam, że brzmi ciekawie, kojarzyłam też gdzieś z tyłu głowy, że kiedyś musiał się na forum przewinąć. Skierowałam się zatem ku mieniącemu się pomarańczowo-żółtym blaskiem Mirachowi i od razu w oczy rzucił mi się „jego duch”. Był bardzo wyraźny, z jednej strony (dalszej od gwiazdy) troszkę się wyciągał, stając się w tym miejscu ciemniejszym. Także i dzisiaj skierowałam GSO na tę mgławicę, a zastałam tam bardzo podobny widok co na zlocie z tym, że Duch trochę mniej wybijał się z tła. Spojrzałam sobie teraz chwilę na Plejady. Z nimi to bardzo ciekawa sprawa wyszła na zlocie. Nigdy nie mogłam dopatrzeć się na nich Mgławicy Merope. Jednej nocy (nie jestem pewna której ) podczas obserwacji M45 podzieliłam się powyższym faktem z współtowarzyszami (znowu nie jestem w stanie określić z kim konkretnie), a zaraz potem stwierdziłam, że chyba znowu zaparowało mi lustro, chociaż przed chwilą je suszyłam. Wtedy zostałam uświadomiona, że to właśnie ta mgławica. Niezłe zaskoczenie, nie powiem. Od pewnego czasu po niebie zaczęły przewijać się jakieś cienkie chmurki, ale teraz, koło 1, nastąpił atak cirrusów, więc póki co kończą się moje obserwacje tej nocy. Jednak myślę, że skoro zaczęłam już nawiązywać do obserwacji ze zlotu, dokończę ten wątek w poście poniżej, a tymczasem zapodam kilka zdjęć zrobionych jeszcze dziś nad ranem. Bawiłam się trochę nowym nabytkiem, ciekawe wyszły te zdjęcia, a pierwsze w ogóle jest dość przerażające. Gdy tylko zaczęła znikać ciemność, cirrusy także zniknęły...
  47. 1 punkt
    W końcu 12 września wieczorne niebo zrobiło się całkowicie wolne od chmur. Piękny czerwony zachód słońca zwiastował dobre warunki. Mimo środka tygodnia i perspektywy porannej pobudki do pracy postanowiłem czekać na kometę 21P, którą aby zobaczyć w najlepszym przydomowym skrawku nieba musiałem czekać tak do pierwszej w nocy. Jednak widok zachodzącego ok. 20.00 rożka Księżyca z pięknym purpurowym światłem zacienionej części nie pozostawiał nic o dyskusji - warunki są wręcz idealne i nie ma co czekać na pierwszą w nocy i polować tylko na kometę. Tylko w dolinie zbiera się mgiełka, ale spokojnie na szczęście dom 100m w pionie powyżej dna dolin i mgła nic nie popsuje. Więc o 21.00 100mm kątowa lorneta rozstawiona na statywie, a obok krzesełko. Księżyc już pod horyzontem, a na coraz ciemniejszym niebie mrowie gwiazd z wyraźnym zarysem drogi mlecznej. Gwiazdy gołym okiem piękne, punktowe, wyraziste i bogate w kolory. Do tego powietrze bardzo ciepłe i spokojne, a dookoła jeszcze gdzieniegdzie spóźnione świerszcze dają koncert. Tak to wymarzone warunki jak na prawie połowę września, a zasięg gwiazdowy w przydomowych warunkach wręcz rekordowy - nie sprawdzałem dokładnie, ale 5,5 mag gołym okiem widziane na wprost bez wysiłku. Nie czekałem więc dłużej i lornetą uzbrojoną w 12mm TV delosy (powiększenie x 46) wycelowałem na oślep i od razu piękne punktowe mrowie gwiazd ostre po same brzegi pola widzenia. Pierwsze cele to wspomnienie lata - w kierunku dość nisko położonego już Strzelca, w który wplótł się jeszcze Saturn. To on wyznaczał mi cel na pobliską M8 Mgławicę Laguna - piękne zamglenie, ale z racji bliskości horyzontu już nie tak efektowna jak w środku lata. Podobnie M20 Trójlistna Koniczyna, widoczna bez problemu ale, już tak jak gdyby wypłowiała. Za to powyżej M24 spowodowała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Jakże wspaniały widok skupiska gwiazd z przyciemnionymi w sąsiedztwie obszarami. Piękny, hipnotyzujący widok, który na liście lornetkowych obserwacji DS-ów powinien moim zdaniem być obowiązkowy. Dalej wycelowałem jeszcze troszkę wyżej w Tarczy w M22 Gromada Dzika Kaczka - piękne skupisko rozsypanych blisko siebie brylancików. Wycentrowana gromada wypełniała jakieś 25-30% pola widzenia i dopisana do listy obowiązkowych i topowych obiektów wśród gromad. Dalej postanowiłem wykorzystać dobre warunki w kierunku południowej części nieba i celować w coś bardziej egzotycznego. Wybrałem będącą u stup Wodnika NGC 7293 Mgławice Ślimak - do tej pory jeszcze nie widzianą przeze mnie. Nie wiedząc czego się spodziewać powoli skanowałem miejsce przewidzianej lokalizacji. Po dość krótkiej chwili jest - okrągłe zamglenie, którego intensywność i przede wszystkim rozmiar mnie zaskoczył. Mgławica bardzo wyrazista z nieco wygaszonym środkiem - dla lornety idealny obiekt. Jako że był to debiut poświęciłem Mgławicy Ślimak dłuższą chwilę i wśród DS jest to naprawdę dla mnie szokujące pozytywnie odkrycie. Uzbroiłem również okulary w filtry UHC. Widok z filtrami znacznie jeszcze lepszy - obrzeże mgławicy wręcz zaświeciło - od razu uruchomiłem wyobraźnie i porównałem ją do M27 Mgławicy Pierścień tyle, że w mega powiększeniu. Rozochocony postanowiłem poszukać następnej dla mnie nowości tj. Mgławicy Kocie Oko (NGC 6543) w Smoku. Cel dość wysoki i mniej wygodny. Szukam, szukam (i już mam nadzieję, że zobaczę coś podobnego na wzór Ślimaka), ale nic z tego. Poza czymś w rodzaju gwiazdki, może lekko rozmytej nic nie zobaczyłem. Uzbroiłem okulary jeszcze w wspomniane wcześniej filtry, ale nic nie pomogły. Lekkie rozczarowanie, ale to chyba jednak DS nie dla lornetki. Na pocieszenie wycelowałem w znaną M31 Galaktykę Andromedy. Nie ściągnąłem jednak filtrów i widok taki sobie -tło wyczernione, ale i obiekt wyraźnie wygasł. wykręciłem więc filtry i czystymi okularami wycelowałem w galaktykę. Od razu znacznie lepiej, a nawet za bardzo, bo obiekt się już zdecydowanie nie mieści w polu widzenia. Postanowiłem wymienić okulary na fabryczne APM 18mm dające mniejsze powiększenie (x30) i szerze pole widzenia. Wymiana okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko szersze pole pomogło, ale przede wszystkim zwiększona źrenica spowodowała, że galaktyka znacznie pojaśniała. Mało tego widziany obraz bardzo przypominał widoki 3D jak z fotografii. Galaktyka stała się bardziej dyskiem, a nie tylko owalna gęstniejącą w centrum mgiełką. Oczywiście sąsiadki M110 i M32 widziane wyraźnie. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak w M31 owalne przyciemnienie w jej strukturze, które rozbijało ją na dwie części - to było dla mnie zaskoczenie nie mniejsze jak wielkość mgławicy Ślimak. Można powiedzieć, że przy rekordowo dobrych warunkach odkryłem Galaktykę Andromedy na nowo. Jednak warunki robią robotę. Rozochocony wycelowałem poniżej w kierunku M33 Galaktyka Trójkąta, która kiedyś już "zaliczyłem" tyle że w innej lornecie tj. prostej APM MS 25x100, gdzie widoczna była tylko jako ledwie dostrzegalna szeroka plama/mgiełka. Nie robiłem wiec sobie wielkich nadziei na coś więcej. Zostałem przy fabrycznych okularach dających powiększenie x30. M33 zaskakująco łatwo dostrzegalna mgiełka. mało tego lekko postrzępiona mgiełka. Zmieniłem z ciekawości okuary na TV delos (x46) co ty razem poprawiło widok. WOW - M33 nie tylko większa, ale również zerkaniem wychodził zarys głównych ramion. Sam nie wierzyłem, że to możliwe, ale później sprawdziłem w Stellarium i się nie myliłem co do skręcenia ramion. Później celowałem w wiele znanych obiektów. Na wyróżnienie zasłużył Łabędź ze swoimi słynnymi Mgławicami: NGC7000 Ameryka , Wschodni NGC 6992 i Zachodni NGC 6960 Welon. Tutaj najlepszy widok w powiększeniu x30z filtrami UHC, gdzie obiekty widoczne w jednym polu widzenia w całości na styk. Ameryka Północna bardzo wyraźna w całości, a Zatoka Meksykańska to dosłownie świeciła - coś pięknego. Nie gorszy widok Wschodniego Welonu - gdzie słynna "miotła czarownicy" z wyraźnie postrzępionymi końcówkami zrobiła duże wrażenie. Najpiękniejszy widok to jednak Zachodni Welon - podłużna jasna smuga, jak dym z papierosa w przyciemnionym barze - widoki wręcz nierealne, odcinające od rzeczywistości. Na wyróżnienie zasługuje również gromada podwójna w Perseuszu. Obiekt wcześniej znany mi, jednak to co mnie zaskoczyło to mrowie gwiazd w bardzo wyraźnym efektem odczuwania przestrzeni. Patrząc obuocznie przez okulary miałem naprawdę realne wrażenie, że poszczególne gwiazdy lub zgrupowania gwiazd w gromadzie znajdują się w rożnych odległościach od Ziemi. Na koniec wycelowałem w Plejady. W powiększeniu x46 piękne, ale troszkę zbyt szerokie ocierające się o krawędź pola widzenia. W powiększeniu x30 znacznie lepiej, a chyba najlepiej w maleńkim Nikonie EII 8x30. Takim sposobem przechodząc z letnich do zimowych obiektów DS ok. 1.30 w nocy doczekałem się wyjścia komety 21P Giacobini–Zinner. Kometa znajdowała się praktycznie na jednej linii i w połowie drogi między gromadami M37 i M35. Kometa wyraźna z jasną głową i subtelnym warkoczem jako wydłużonym pojaśnieniem. Nawet w Nikonie EII 8x30 widoczna bez problemu. Miałem czekać jeszcze na Oriona, ale jakieś wysokie gęstniejące chmurki nie pozwoliły mi na jego zobaczenie. Generalnie zakończyłem obserwacje na komecie, ale wcześniejsze obiekty DS były bardzo piękne. Wspólnym mianownikiem był charakterystyczny widok z wrażeniem w trzech wymiarach. Do tego idealne warunki jak na przydomowe miejsce obserwacji sprawiły, że niepozorne pierwotnie zamiary tylko upolowania komety przerodziły się w niezapomniane obserwację wielu obiektów, których w większości odkrywałem na nowo. Była więc to spokojna, ciepła, magiczna noc, pewnie ta wyjątkowa w ciągu roku, której miłośnicy obserwacji astronomicznych sobie życzą i która napędza motywację do dalszego zgłębiania nieba. Takiej nocy Wam również życzę, Dziękuję.
  48. 1 punkt
    Gdy do rodzinnego wyjazdu do Grecji zostały dwa tygodnie, powiedziałem swojej lepszej połówce, że tym razem weźmiemy na urlop teleskop. Mina mówiła wszystko, ale że werbalnie kategoryczny sprzeciw nie został wyrażony, postanowiłem zignorować niewerbalne komunikaty. Stalowe nogi odpadły w przedbiegach, a gdy aluminiowy LT1 z AZ4 zajęły pół walizki stało się jasne, że tak to się nie uda, bo było wiele osób i rzeczy chciało załapać się na wyjazd: Żona Dwóch łobuziaków w wieku 3 i 6 lat 60kg niezbędnych rzeczy w 3 walizkach Wózek spacerówka Dwa plecaczki pełne zabawek oraz pluszaki: kot Fikuś, wąż Stefan i Strażak Sam - czyli podstawowy zestaw przetrwania. Na całe szczęście udało się zabrać jako bagaż podręczny plecak wypełniony po brzegi skarbami: MAK 127 Kątówka 2” Okulary: SWAN 33mm i 20mm oraz BCO 10mm Filtry: Baader UHC-S 2” i księżycowy 0.6 1.25” Statyw Manfrotto MT190GOA4 Głowica Manfrotto Junior 410 Szukacz kątowy 8x50 GSO i red dot finder SkySurfer III Lornetka Nikon Action 7x35 EX Czołówka TREK ONNIGHT 100 Wyjazd nie był planowany jako wyjazd astronomiczny więc wyszło, że miałem tylko dwa pierwsze dni na obserwacje DSów, po potem księżyc nie będzie dawał szans na dalsze obserwacje. Przez dwa tygodnie przed wyjazdem sprawdzałem codziennie pogodę i ani jednej chmurki nie było, ale wcale się nie zdziwiłem, że wieczorem pierwszego dnia po przylocie chmury zakryły praktycznie całe niebo. Następnego dnia było już lepiej. Próba wynajęcia samochodu się oczywiście nie powiodła. Na noc nie wypożyczają, a na dwa dni to trzeba zarezerwować z wyprzedzeniem. Nie zrażony po zachodzie słońca mimo pojawiających się chmur wziąłem plecak ze skarbami i ruszyłem w drogę - aby dalej od miasta. Sprawa z początku wyglądała beznadziejnie. Po obu stronach drogi drzewa i żadnego miejsca by rozłożyć sprzęt. Po około pół godzinie wreszcie znalazłem wąską ścieżkę odbijającą w bok i wijącą się stromo w górę. Pięć minut wspinaczki i jak się odwróciłem moim oczom ukazał się Strzelec. Prześwit między drzewami mały, ale Strzelec jest, chmur nie ma, Księżyc zachodzi, a tuby nie trzeba chłodzić a raczej trzeba grzać, bo teleskop był w klimatyzowanym pokoju. Szybko się rozstawiłem i zacząłem obserwacje. Najpierw szybki rzut okiem na Saturna, który właśnie urzędował w Strzelcu. Szukacz i SkySurfer zostały szybko ustawione. BOC 10mm dał bardzo ładny obraz Saturna z wyraźną przerwą Cassiniego. Nadszedł czas na rozeznanie się po niebie lornetką. Pierwsze co rzuciło się w oczy to M7 czyli Gromada Ptolemeusza. Szybko wycelowałem w nią teleskop z okularem na SWAN 33mm, ale efektu brak - ach to małe pole w MAKu. Wróciłem do lornetki - chwilkę delektowałem się tą od starożytności znaną gromadą i rozpocząłem dalsze poszukiwania. Bez większych problemów znalazłem M6. Przesiadka na teleskop, szybkie celowanie i jest motyl w teleskopie. Tak bardzo jak byłem zawiedziony M7 w teleskopie, tak bardzo M6 mnie zachwycił. Zmiana okularu na SWAN 20mm i wniosek jak zawsze - warto mieć wyciąg 2” właśnie, żeby używać SWANa 33mm. Skorpion był już nisko więc stwierdziłem, że poszukam M4 póki jest jeszcze czas. Gromada odnaleziona w teleskopie bez problemu, ale jednak niskie położenie nad horyzontem sprawiło, że ta kulka nie pokazała swojego potencjału. Krótka refleksja - Cały Strzelec wysoko jak nigdy dotąd, a ja tuż nad horyzontem się męcze. Gdzie tu logika? Więc zmieniłem taktykę wycelowałem w Kaus Borealis i szybki "star hop" do M22. Tu zaliczyłem opad szczęki. Myślałem, że M13 jest królem gromad kulistych na północnej półkuli. No i M13 rządzi, ale jak się mieszka w Gdyni - w Grecji to M22 robi większe wrażenie. Nic też dziwnego, M22 jest przecież jaśniejszy (5.1 mag vs 5.6 mag) i większy (24’ vs 16’), bo jest ponad dwa razy bliżej ziemi niż M13. Tutaj zmiana okularu na SWAN 20mm sprawiła, że w ogóle nie chciało się oderwać wzroku od okularu. Następna gromada kulista to M28. I od razu ta myśl w głowie: "Najpierw trzeba było oglądać M28, a potem M22." M28 wyglądał bardzo dobrze, ale nie miał szans wywołać efektu wow po takim poprzedniku. Nie pozostało nic tylko zmienić rodzaj obserwowanych obiektów. Szybko zakładam SWAN 33mm i od Saturna, który świetnie się sprawdzał jako drogowskaz, skok do Mgławicy Laguna. Mgiełka wyraźnie widoczna. Założyłem filtr Baader UHC-S i mgiełka stała się jeszcze bardziej widoczna. I znów kolejna refleksja: "Niby taki ciemny ten MAK, ale daje radę." Nic tylko się cieszyć - skok do M20. Trójlistna koniczyna wyglądała jakby miała tylko dwa listki, ale to wystarczyło, abym się nią zachwycił. Szybko zdjąłem filtr i obejrzałem M8 i M20 jeszcze raz. Filtr jednak coś daje … Teraz szybki skok do M21. Mała gromadka uciszyła oko, ale po głowie cały czas chodziły mi mgławice emisyjne. Założyłem znów filtr i odszukałem Mgławicę Omega i udało się dostrzec łabędzia. Dość długo delektowałem się widokiem. Skok do Mgławicy Orzeł nie był wcale taki szybki, bo zaczęły pojawiać się chmury. W końcu udało się i tą mgiełkę wypatrzeć. Następnie jeszcze odszukałem Dziką Kaczkę, gdy stało się jasne, że chmury nie odpuszczą i że to koniec na dziś i koniec oglądania głębokiego nieba w Grecji, bo Księżyc będzie już królował całe noce. Rozpocząłem powolne pakowanie mając nadzieję, że chmury się może rozwieją, ale niestety nadzieja rozwiała się pierwsza. Gdy założyłem plecak na plecy uświadomiłem sobie jak bardzo jestem zmęczony. Zupełnie zapomniałem, podczas obserwacji o piciu mimo, że noc była gorąca - pół litra wody wypiłem duszkiem. Do tej pory też nie miałem świadomości jak bardzo jestem pocięty przez komary. Rozpocząłem powolny marsz do hotelu i tak sobie myślałem: "Tyle wożenia, żeby jeden dzień głebokiego nieba pooglądać... Chmury i Księżyc znów przeciwko mnie… To wąskie pole i mała źrenica wyjściowa mojego MAKa…, No i brak microficusa... Ten za mało stabilny statyw fotograficzny i nie dość sztywna głowica fotograficzna… Kurcze, ale jestem zmęczony i o głupotach myślę - przecież było niesamowicie. Jedna z najlepszych obserwacji w moim życiu!"
  49. 1 punkt
    Wieczór marzeń Zaćmienie księżyca 27 lipca i inne atrakcje Podobnie jak wszyscy, wyczekiwałem tego wieczoru. W piątek po południu wyjechałem na wschód od Warszawy aż poza Łochów, pod porządne wiejskie niebo. To znaczy, ono tam bywa porządne, gdy nie ma chmur. Tym razem jednak były. Może nie jakieś tragiczne, lecz przesłonić niski Księżyc mogły, nie mówiąc o Marsie, choćby nawet w opozycji. Jednak jeszcze przed zmierzchem Wenus było widać. Wkrótce tez pojawił się też Jowisz. Więc warto wyciągnąć statyw i zamontować lornetę (Miyauchi 20x77). Wieczór jest ciepły, więc chociaż na Jowisza sobie popatrzę. W powiększeniu 20x pasów wprawdzie nie widać, lecz miniaturowa tarczka przyciemniona pośrodku, z czterema księżycami jak czubki szpilki po bokach też przyspiesza puls astroamatora. Kumulusy rozbudowane na wschodzie nie rokują dobrze. Co raz wydaje mi się, że coś je rozświetla tu czy tam, lecz alarm jest przedwczesny. Księżyca jak nie było, tak nie ma. Pomimo tego, z tymi chmurami nie jest tak źle. Na południu, tuż ponad dachem sąsiada pojawia się pomarańczowy punkt. Czyżby Antares? Lornetka wyprowadza z błędu. To Saturn. Ziarenko otoczone miniaturowym pierścieniem cieszy oko. Widok jest wyraźny, ostrzutki, znaczy – atmosfera czysta i powietrze nie drży. Jednak Księżyca nadal ani śladu. Okrążam dom szukając dostępu do różnych fragmentów horyzontu i ciągle nic. Zrezygnowany zdejmuję lornetę ze statywu, niosę do domu. I wtedy, podczas ostatniej rundy patrolowej widzę go! Jest bardziej na południu, niż się spodziewałem i już wcale nie tak nisko. Właśnie wyłonił się sponad chmur. Tarcza barwy czystej miedzi, lecz wąziutki prawy górny skraj świeci złotem. A tram poniżej wychyla się Mars. Oj, jaki czerwony. Jest wyraźnie jaśniejszy niż Jowisz. Niedaleko ponad Marsem wychwytuję znajomy układ gwiazd – róg Koziorożca (Algiedi, α1 i α2 Cap z leżącymi w jednej linii 3 i 8 Cap). Więc Miyauchi z powrotem na statyw, na szyję - Kowa Prominar 12x56. Odtąd patrzę na zmianę przez obie. Ciemne plamy mórz księżycowych nadzwyczaj wyraźne. Na skraju Morza Przesileń dopatruję się nawet krateru Proclus z trzema charakterystycznymi promieniami. W południowej części tarczy, poniżej Morza Nektaru widać także podwójną plamę kraterów Stevinus A i Furnerius A. Wkrótce znikają wraz z zanikiem złocistego sierpa na górnej krawędzi tarczy – resztek zaćmienia częściowego. Teraz tarcza jest rozświetlona a raczej przyciemniona równomiernie i ma barwę starej, jeszcze czerwieńszej miedzi. Po pewnym czasie, około godziny dwudziestej trzeciej delikatnie jaśnieje na dolnym, południowo-wschodnim skraju. Tymczasem niebo zapełniło się gwiazdami. Pomimo niedalekich latarni daje się dostrzec droga mleczna. Majestatycznie przemierza nieboskłon międzynarodowa stacja kosmiczna. Widzę gwiazdy Orła, więc nurkuje poniżej i w prawo, w stronę Tarczy, Strzelca i centrum Galaktyki. W międzyczasie zmieniłem sprzęt na poręcznego lecz wciąż potężnego Vortexa Kaibab 15x56. Wychwytuje i pokazuję towarzyszącemu mi synowi najpierw M11 – gromadę otwartą Dzika Kaczka, później chmurę gwiazd w Strzelcu (M24) z gromadami M23 i M25 po bokach. Jeszcze później udaje mi się wyłuskać ponad gałęziami drzew mgławicę Laguna (M8). Od niej w lewo znajduję także i demonstruję synowi gromadę kulistą M22. Dla syna jest to ten pierwszy raz. Dotychczas nie miał okazji widzieć takich cudów. Przy wciąż pogodnym niebie co raz błyska się. Błyskawice widać coraz jaśniej na północnym wschodzie. Zaczynamy się zwijać. Przenosimy statyw na drugą stronę domu, bliżej jego schowka. A tam Kasjopeja z Perseuszem! Celuję w Chichoty – sławną Gromadę Podwójną (NGC 869 i NGHC 884). Muszę to pokazać mojej (całkiem dojrzałej) latorośli. Uczę go zerkania, przy którym Chichoty wybuchają w Vorteksie fajerwerkami gwiazd. Więc może coś jeszcze? Dyszel Wielkiego Wozu w korzystnym położeniu. Pod nim Psy Gończe. Szukam Galaktyki Wir (M51). Nie jestem lordem Rosse a mój sprzęt to nie Lewiatan z Parsonstown, lecz mam ją! Syn też widzi. Znaczy, obserwowaliśmy galaktykę nie tylko przy pełni Księżyca, lecz także w burzę. I jak ja to teraz powiem znajomym niedowiarkom?
  50. 1 punkt
    No to pogalaktyczyłem. A było to tak: Szykował się rodzinny wyjazd na wieś. Więc możliwe będą obserwacje. Ale czy na pewno? Według prognoz pogoda miała być niezła, lecz raczej taka dla wczasowiczów, niekoniecznie dla astroamatorów. Meteo.pl wręcz straszyło pochmurną nocą. Więc pokusa – wziąć tylko jedną poręczną Kowę Prominar 12x56 na ptaki i ewentualne gwiazdki wśród obłoków. Bagażu jest i tak cała góra do zabrania. Jednak nie – nie po to kupowałem dopasowane do sprzętu, wygodne torby fotograficzne, bym miał zostawiać je wraz z lornetkami w domu. Więc biorę komplet – kątową Miyauchi 20x77, Vortexa Kaibab 15x56, jasnego Fujinona HB 10x60 i rzeczoną Kowę. W sumie to i tak niewielki bagaż w porównaniu z całą resztą wyposażenia Babci-Teściowej, jadącej do swojego królestwa. A tam na miejscu klęska żywiołowa. Bobry podeszły rowem melioracyjnym i powaliły na rodzinnym terenie dwie potężne topole. Żeby powaliły! Kilkudziesięciometrowe drzewa wiszą oparte o inne, ponad ogrodzeniem oraz wodą. Zrobienie z tym porządku nie jest na moje siły, ani jak się wydaje kogokolwiek innego bez fachowej wiedzy i sprzętu. Jednak zjechało się nas kilkoro. Szwagier nie rezygnuje. Już szykuje piłę łańcuchową i drabinę. Przecież go nie zostawię samego z tym przedsięwzięciem godnym Wyrwidęba. Tak więc skończyłem dzień po przeciągnięciu, przeniesieniu lub przewiezieniu na taczkach poprzez kretowiska ładnych paru ton pni. Tymczasem wieczór robi się nadzwyczaj pogodny. Ja jednak padam z nóg, droga na miejscówkę nie obadana po zimie a wjazd pod górkę pomiędzy drzewami i krzakami to w najlepszym razie ryzyko podrapania karoserii. W gorszym razie można nie wrócić do domu. Z żalem odmawiam niezawodnemu koledze, który wyczuł moją obecność w okolicy i proponuje wspólny wyjazd. Więc pozostaje podwórko. Okolica nie jest zła, bo to Nadbużański Park Krajobrazowy, jednak we wsi są liczne latarnie a i z sąsiednich domów świecą okna. No ale działka jest spora i można się spróbować ukryć w cieniu budynków. Jak tylko zaczęło się ściemniać, zawiesiłem Miyauchi na statywie i spojrzałem na Żłóbek, gromadę M35 i dostępne jeszcze na zachodzie Plejady. Żłóbek w tych warunkach przecudny ze swoimi trójkami i parami gwiazdek, na M35 trochę jeszcze za wcześnie lecz i tak widać co najmniej tuzin ziarenek, zaś Plejady bladawe nisko na zachodnim niebie. Bliskie gromady otwarte prezentują się pięknie w powiększeniu 20 razy, pomimo, że jeszcze jest półwidno. Cóż jednak znaczy wiejskie niebo! A było ono w dodatku świetnej jakości, bo prognozy szczęśliwie zawiodły. Powietrze jak żyletka. Po przeczekaniu zmierzchu powtórnie ruszam do akcji. Udało się schować przed wszystkimi światłami wraz z lornetą na statywie. Więc adaptacja wzroku do ciemności. Namierzam M51, Galaktykę Wir, obok końcówki dyszla Wielkiego Wozu - eta UMa (Alkaid). To niezawodny cel. Będę do niego dzisiaj wracał wielokrotnie. Jak to M51 – widoczna jest od razu, jednak z czasem rośnie i pojawia się obok niej satelitarna galaktyka NGC 5195. Widok jest coraz lepszy, widać wyraźnie obok siebie dwa obiekty, nie jakiś tam krążek z wypustką. Poświęcam mu wiele czasu, dawno nic podobnego nie oglądałem. Kolejnym celem jest nieodległa galaktyka M101 (Wiatraczek), z drugiej strony dyszla Wielkiego Wozu. Nie zawsze jest oczywista, lecz tej nocy, w tym miejscu i przez ten sprzęt – jak najbardziej. Wyraźna, mleczna plama widziana na wprost, bez żadnych kombinacji, tak jak lubię. Też nie żałuję na nią czasu, choć wzywa mnie już Lew. Pamiętajmy, że obszar nieba mam ograniczony przez ten mój ciemny lecz ciasny schowek. Jednak do lwiej słabizny dobrać się mogę. Pod lwim podbrzuszem, gwiazdą theta Leo (Chertan) odnajduję przełamaną linijkę słabszych gwiazd i pod tą narożną od razu zauważam plamkę najjaśniejszej galaktyki ze sławnego Tripletu Lwa – M66 (9,66 mag). Niemal równocześnie wyskakuje słabsza M65 (10,25 mag). Walczę z najtrudniejszą z Tripletu NGC 3628 lecz do końca nie mam pewności, czy to, co mi momentami majaczy jest rzeczywiście szukanym obiektem a nie iluzją pamięci. Tu niestety potrzebna byłaby prawdziwa miejscówka, dalej od świateł wsi. Jednak z drugiej, zachodniej strony gwiazdozbioru Lwa, pod jego żuchwą (pomarańczowa gwiazda lambda Leo – Alterf) bez trudu zauważam obiekt pominięty przez Messiera – galaktykę NGC 2903). Nie jest imponująca, lecz też nie do przeoczenia. Porzucam Lwa lecz błądzę blisko poza nim. Na Łańcuch Markariana nie liczę, choć w Pannie majaczą jakieś plamki na skraju percepcji. Kieruję się do kity na lwim ogonie – oczywistej gromady Melotte 111 już w Warkoczu Bereniki. Przez parę chwil wpatruję się w miejsce, gdzie musi znajdować się Igła – subtelna i smukła galaktyka NGC 4565. Nie ma co się jednak łudzić, naprawdę widziałem ją tylko pod bieszczadzkim niebem w Stężnicy. Za to Galaktykę Czarnooką (M64) wyłapuję bez trudu błądząc nieco na oślep po Warkoczu. Jak zawsze niezawodna, choć struktury jakiejkolwiek oczywiście nie widzę. Znów robię przerwę. Powracam za pewien czas odświeżony (ha,ha!) napojem niskoprocentowym, na wszelki wypadek bez dużej lornety ani statywu, za to z fotelikiem postawionym na okrągłej płycie dla ułatwienia manewrowania. Wracam do galaktyk, z których większość wyłapuję w powiększeniach 15x i 12x choć niekoniecznie przy 10x, odnajduję Gromadę Podwójną i Perseusza poniżej niej. Bez tego nie ma obserwacji, Chichoty są tym, na co patrzy się zawsze. Znów oceniam, że jasna lornetka 10x60 już nie jest na moje oczy. Źrenica wyjściowa 6 mm to już nie moja bajka. Szkoda, bo Fujinonek zaczyna się u mnie marnować. Jednak Vortex i superwygodna Kowa pracują dzielnie. Pora kończyć. Czuję w kościach dzień a w głowie wieczór. Może przyśnią mi się gwiazdozbiory i wyspy Wszechświata? Po takim dniu nie mają wyjścia.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy pliki cookies w Twoim systemie by zwęszyć funkcjonalność strony. Możesz przeczytać i zmienić ustawienia ciasteczek , lub możesz kontynuować, jeśli uznajesz stan obecny za satysfakcjonujący.

© Robert Twarogal, forumastronomiczne.pl (2010-2019)