Skocz do zawartości

Ranking


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 17.12.2018 uwzględniając wszystkie działy

  1. 5 punktów
    Ręce opadają Po cholerę jątrzyć? Proste pytanie - prosta odpowiedź. Sorki, że papram wątek zjawiskowej kometki ale mój mózg takiej postawy pojąć nie może Over.
  2. 4 punkty
  3. 3 punkty
    Udało się, 46P zaliczona Wcześniej za dzieciaka jedynie widziałem kometę Halleya (tak tata mi mówił, że to ona), ale to było tak dawno, że niewiele z tego pamiętam Dzisiaj pomimo dobrych prognoz na wieczór nic tak na prawdę nic nie wskazywało na to, aby pogoda miała się polepszyć. Od 16:00 do prawie 19:00 chmury, jedynie Księżyc majaczył gdzieś tam wysoko. Około 19:15 odsłoniłem roletę i zobaczyłem Kapellę świecąco wysoko i kilka dużych dziur pomiędzy chmurami. Bez chwili wahania ubrałem pierwszą lepszą kurtkę, stare buty sportowe i wyszedłem na balkon. Z minuty na minutę sytuacja się polepszała, gdy odsłonił się Byk bez trudu w 10x50 znalazłem Plejady zerkam niżej i...nic. Trochę rozczarowany szukam i szukam, coś tam jakby się odcinało od tła, ale pewny nie byłem czy to Wirtannen czy wyobraźnia płata figle. Druga próba w 15x70 opartej na barierce, kilka chwil i znalazłem kometę. U mnie na niebie podmiejskim w 15x70 widoczna jako delikatna szara, okrągła mgiełka, choć po dłuższej adaptacji wzroku i zerkaniem tak jakby jej jądro/środek był trochę jaśniejszy. Później próbowałem jeszcze raz w 10x50 i faktycznie również w niej była widoczna, ale bardzo słabo. Spodnie przemoczone od śniegu, ręce czerwone od mrozu, ale jestem zadowolony z obserwacji, bo 46P spisałem już na straty, a tu proszę cuda się zdarzają ☺️
  4. 2 punkty
    No i się udało. Niebo w Norwegii okazało sie laskawe. Na parę godzin chmury zniknely . Az nie do wiary . Było mało czasu ale się udało. Nie wiem jak dzisiaj przeżyje w pracy do 3 w nocy siedziałem przy kompie. Canon 1100D 75 mm 120x6 sek
  5. 2 punkty
    Proszę admina o zamknięcie wątku.
  6. 2 punkty
    - Sąsiedzie, coście wczoraj za święto mieli, żeście tak wszyscy tańczyli na tej waszej działce? - Żadne święto, dziadek ul przewrócił.
  7. 1 punkt
    Jeśli nie lubisz słabych opisów z obserwacji przejdź do pytań proszę... na samym dole... Wstęp - można pominąć: W kwietniu 2017 roku kupiłem swój pierwszy teleskop: MAK 127. W nim królowały planety i gwiazdy podwójne z balkonu. Uwielbiam oglądać kuleczki M13, M92 i M5. Udało się też upolować M81 i M82 oraz M42, M57 i M27. Odkąd w maju tego roku kupiłem refraktor SW 120ED moje obserwacje diametralnie się zmieniły. Okazało się, że gromady otwarte są piękne i to co do tej pory omijałam bo nie zachwycało mnie w MAKu w EDku okazało się wspaniałe. Niestety ostatnio zrozumiałem, że wpadłem w schemat: Chichotki, gromady otwarte w Kasjopei, Plejady, M31, M57, M27, M39, M35, M42… Złapałem się nawet na tym, że nawet przestałem oglądać gromady kuliste, które tak lubiłem… Nadchodzi Wiktor: Patrząc na prognozy pogody wprost nie mogłem uwierzyć - wyż Wiktor króluje nad Polską. Oczywiście miała nas odwiedzić w tym czasie rodzinka, która u nas nie była prawie sześć lat. I ktoś mnie teraz przekona, że ogólne prawa Murphy'ego nie istnieją... Mimo tych niedogodności stwierdziłem, że na obserwacje muszę pojechać. Co więcej miały to być obserwacje inne niż poprzednie. Obserwacje przełamujące utarty schemat. Wyjąłem: Wydrukowaną Tabelę Wimmera Komórkę z Mobile Observatory i SkySafari Pro I komputer z książkami: "Turn Left at Orion" Consolmagno, Guy; Davis, Dan M. "A Year of Star Hopping: [...]" Hearn, David "Star Watch: [...]" Harrington, Philip S. Notatki ze swoich starych obserwacji Wydrukowany atlas gwiazd i zacząłem robić listę obiektów, których nigdy nie widziałem lub widziałem tylko raz czy dwa razy w życiu. No i postanowiłem wykorzystać okazję i poczytać o tych obiektach trochę. To były chyba najdłuższe przygotowywania do obserwacji w mojej, jak krótkiej karierze astronomicznej. Bliziny 11.10.2018 Wiedziałem, że w weekend nie będzie czasu. Więc w czwartek jak tylko dzieci zasnęły zacząłem pakować sprzęt do samochodu. Do Blizin jechałem prawie godzinę mając w głowie cały czas silne postanowienie - oglądamy same nowe (dla mnie) DSy. Szybko rozstawiam sprzęt - tym razem na SkyTee obok SW120ED powiesiłem swój nowy nabytek AT72ED. To maleństwo wyposażone w okular SWAN 33mm i red dot finder sprawia, że poszukiwanie obiektów jest bajecznie proste. Niektórzy pewnie powiedzą, że to barbarzyństwo używać taki teleskop jako szukacz. Z drugiej strony jak już mam, to czemu nie używać, jak się sprawdza? Normalnie zacząłbym od Chichotek, potem sprawdził czy dam radę określić jasność Algola i uderzyłbym w Kasjopeję... Ale dziś miało być wszystko inaczej. Szybkie zerknięcie w notatki i jest pierwszy cel: M34. Znaleziony bez problemu. Jak to się stało, że do tej pory przeoczony? Nie mam zielonego pojęcia. Ach ta różnica w jasności tych gwiazd w tej gromadzie... To wygląda świetnie... Dobra następny... Ale moment po co się spieszyć. To, że zaplanowałem oglądać nowe nie znaczy, że mam oglądać szybko. Więc popatrzyłem przez różne okulary w dwóch teleskopach. Głęboki oddech i czas iść dalej: M33 - w notatkach zaznaczone, że próba odnalezienia na początku roku w MAKu 127 się nie udała. Notatki zdradzają, że miejscówka była słaba z dużym zanieczyszczeniem światłem. W Tabeli Wimmera nie ma tego obiektu. Tym razem galaktyka odnaleziona bez większego problemu. Widoczna zerkaniem maleństwie AT72ED i znacznie wyraźniej w SW 120ED. Ale bez żadnego konkretnego kształtu. W małym powiększeniu wyglądała jak mgiełka zamknięta w pudełku z gwiazdek. Mała przerwa na przegląd nieba lornetką. Pomyślałem, że jak oczy troszkę odpoczną to może za chwilę jakiś kształt się ukaże w okularze. Niestety muszę uwierzyć na słowo, że w większym teleskopie ta galaktyka przypomina wiatraczek, bo sam tego nie dostrzegłem. Czas na zaniedbane puchatki* - na początek M15. Nie wiem czy to wina M13, który jest tak piękny, że zawsze chce się do niego wracać. Jednak M15 widziałem do tej pory tylko dwa razy w życiu. Więc i ta gromada kulista znalazła się na liście. I dobrze! Szybko odnaleziona cieszyła oko dość długo. Z jakiegoś dziwnego powodu przywołała wspomnienia z pierwszych obserwacji M13 w MAKu. Ta myśl sprowokowała całą lawinę myśli i emocji. M13 - pierwszy DS oglądany w życiu przez teleskop... Obiekt, który sprawił, że porzuciłem balkon z widokiem na rozświetlony port kontenerowy i zacząłem jeździć coraz dalej w poszukiwaniu ciemności i gwiazd. M15 może nie tak okazały, ale ES 11mm w 120EDku pokazał gwiazdki na obrzeżach gromady. Zachęcony przeskoczyłem do M2. Aż nie do wiary, ale do tej pory widziałem go tylko raz w życiu. Wydał się mniejszy i nie byłem w stanie rozbić gwiazdek, ale był też niżej niż jego sąsiad. Tak to jest, jak się nie umie planować obserwacji... trzeba było zacząć od tych właśnie gromad kulistych. Z silnym postanowieniem, że na każdej obserwacji powinna być choć jedna kuleczka wziąłem kolejny obiekt z listy: Caldwell 4 (Iris Nebula). Kurcze??? Jak on się znalazł na liście? No tak, przecież ostatnio błądząc po wirtualnym niebie w SkySafari zaintrygował mnie ten kształt. Dodałem go później do listy z adnotacją, że może być ciekawe połączenie mgławicy refleksyjnej z gromada otwartą o jasności 7.1 mag. Niestety nie udało mi się jej odnaleźć. Już raczej dla zabawy założyłem filtr Baader UHC-S. Warunki były dobre, więc może zmęczenie odegrało tu jakąś rolę. Po ok 15-20 minutach stwierdziłem, że może nie ma się co frustrować, tylko czas iść dalej. Stwierdziłem, że skoro mam już filtr to może nagnę trochę reguły gry. Wycelowałem w M27. Znalazłem ją bez trudu. Z filtrem wyglądała przepięknie. Czasami jednak warto wrócić do znanych obiektów. Niektóre po prostu się nie nudzą. Zawsze się zastanawiam jak musiał wyglądać moment powstania takiej mgławicy. No i w tej mgławicy schował się największy biały karzeł znany ludzkości... Filtr miałem wkręcony w kątówkę, a że na SkyTee mam dwa teleskopy zamiast bawić się w wkręcanie i wykręcanie filtra po prostu zamieniłem kątówki. Tak filtr naprawdę pomaga w oglądaniu M27. No to jak już łamiemy reguły to szybki skok do M57. Dziurka w obwarzanku widoczna, ale filtr tu już nie za bardzo pomagał. Czas odłożyć filtr i odszukać coś naprawdę nowego: M71, jak już jesteśmy w pobliżu. Z mag 8.2 to najciemniejszy obiekt podczas tych obserwacji. Ale łatwo znaleziony i prezentował się zaskakująco fajnie w 120EDku. Myślałem czy nie skończyć na dziś, bo zmęczenie już brało górę, ale na liście były jeszcze trzy obiekty, które musiałem zobaczyć. Gromady otwarte w Woźnicy. Odkąd na samym początku zabawy z astronomią nie mogłem ich znaleźć, trafiły chyba na czarną listę w mojej podświadomości. Szybki rzut okiem Nikonem 7x35 na Woźnicę. Wszystkie trzy gromady widoczne... Jak ja ich mogłem nie znaleźć? Na pierwszy strzał poszło M36 - kilka jaśniejszych diamencików na tle innych ciemniejszych gwiazd. Takie gromady otwarte chyba lubię najbardziej: dość gęste, z gwiazdami o zróżnicowanej jasności. Zmęczenie jakoś uleciało i zacząłem spokojnie oglądać i zmieniać okulary. M37 - większa, bardziej rozległa, ale ciemniejsza gromada. Mi najbardziej podobała się w małym powiększeniu, gdzie na obrzeżach okularu widać było pojedyncze jaśniejsze gwiazdy, które kontrastowały z gromadą i dodawały jej uroku. Na sam koniec M38. Ta gromada zaskakuje obfitością gwiazd. Jednak zmęczenie już wraca z podwójną siłą. Powoli pakuje cały sprzęt i wracam do domu. Droga powrotna zawsze się dłuży. Myślę, że ta obserwacja jest jedną z przełomowych... Bliziny 15.10.2018 Jest poniedziałek wieczór, a Wiktor nie odpuszcza. Sprzęt do samochodu udało mi się już pakować dzień wcześniej, ale wyjechać się wczoraj nie udało. Dziś dzieci po przedszkolu zmęczone szybko zasnęły. Dojechałem dość szybko do Blizin i sprzęt w konfiguracji sprzed kilku dni został rozstawiony błyskawicznie. Znów Chichotki kuszą aby od nich zacząć, ale nie... Stwierdziłem że zaczniemy przewrotnie od innych dwóch gromad otwartych w Perseuszu: NGC 1528 i NGC 1545. W małym powiększeniu w SW 120ED udało mi się umieścić w jednym polu widzenia. To nie są Chichotki, ale te gromady mają swój nieodparty urok i do tego te trzy jasne gwiazdy, jakby oddzielające je od siebie. Nasuwa mi się taka myśl, że to trochę jak z odkrywaniem albumu muzycznego. Zaczynasz od kawałka promującego album i jesteś nim zachwycony. Więc przesłuchujesz całą płytę i nagle okazuje się, że te mniej znane utwory mają swój nieodparty urok.** Te dwie gromady mają taki swój nieodparty urok. Nie są hitem omawianym w każdej książce dla zaczynających przygodę z astro, ale na pewno znalazły stałe miejsce w moim sercu. Następnie przechodzę do Łabędzia. Tu zawsze oglądałem M39 i Albiero. Więc tym razem poluję na M29 - notatki zdradzają, że gromada poszukiwana była na początku maja 2017 i nie odnaleziona, ale w październiku 2017 znaleziona bez problemu, jednak od tamtego czasu nie obserwowana. To jest niesamowite jak bardzo każda obserwacja rozwija. Szczególnie to jest odczuwalne na początku przygody, kiedy ma się jeszcze mało doświadczenia. Ta gromada jest tak zwarta, że pokusiłem się o jej obserwowanie w ES 11mm. Pamiętam dokładnie jak obserwowałem ją w MAKu i taki powrót po roku ma w sobie coś magicznego. Z jednej strony wiem dokładnie czego się spodziewać, a z drugiej strony obserwuję ten obiekt zupełnie inaczej. Delektuję się szczegółami, których jeszcze rok temu nie dostrzegałem. Przypomina mi to słuchanie jazzu.** Wracasz do jakiegoś kawałka i zamiast na saksofonie skupiasz się na basie i odkrywasz piękno, które niby było tam od zawsze, ale dopiero teraz je doceniasz. Następnie NGC 6871. Na tle drogi mlecznej gromada słabiej jest wyeksponowana i zlewa się z innymi gwiazdami, ale te kilka jasnych gwiazdek sprawia, że nie tylko ją łatwo znaleźć, ale że nabiera ona indywidualnego charakteru. Gromada NGC 6940 - odnaleziona bez problemu, ale niestety mnie nie urzekła. Za to NGC 6811 to prawdziwe cudo. Ten nietypowy kształt... Ta gromada ma potencjał na bycie jedną z moich ulubionych. Tak jak Chichotki zdominowały moje dotychczasowe obserwacje w Perseuszu, tak w Byku zawsze oglądane były Plejady. Pora obejrzeć NGC 1647 i NGC 1746. Obie nigdy wcześniej nie oglądane. Pierwsza odnaleziona błyskawicznie. Dość wyraźnie wyróżnia się od tła, tak jak lubię. Sąsiadka znaleziona równie szybko i zachwyciła mnie swoim nieregularnym kształtem. Na sam koniec coś co widziałem już kilkakrotnie, ale odnajdywanie tych obiektów zajmowało zawsze dłuższą chwilę. M81 i M82 tym razem odnalezione błyskawicznie. Czy to mój AT72ED w roli szukacza tak dobrze się sprawdza, czy może to doświadczenie zdobywane z każdą obserwacje procentuje. Jedno jest pewne - coś się zmieniło, bo między początkiem roku a teraz, to jest niebo a ziemia. Same galaktyki prezentowały się przepięknie. Widać je było tak wyraźnie, że spróbowałem odszukać Nikonem 7x35. W idealnych warunkach te obiekty ponoć są dostrzegalne okiem nieuzbrojonym. W tym małym Nikonie były ledwie widoczne przy zastosowaniu metody zerkania. Choć nawet nie jestem teraz pewien czy na pewno dostrzegłem je w lornetce, czy mi się tylko wydawało. Uznałem, że już wystarczy i pora się zbierać do domu. Droga powrotna jakoś szybko zleciała i była mniej uciążliwa niż zwykle. Na twarzy uśmiech, a w głowie myśl - to były naprawdę dobre obserwacje. O pierwszej położyłem się spać, a o trzeciej przyszedł do mnie mój młodszy syn i wskazując na mnie zawołał: "Kakao chce!". Zaczął się nowy dzień - pomyślałem - troszkę wcześniej niż planowałem. Wnioski - pewnie oczywiste dla wielu z was: Warto: Robić notatki z obserwacji - są bezcenne jak chcemy wrócić do czegoś. Ja to zaniedbałam i bardzo tego żałuje. Poświęcić trochę czasu i zaplanować obserwacje. Mieć listę ciekawych, nowych rzeczy, które warto zobaczyć. Czytać relacje z obserwacji, które są często inspirujące. Wracać do obiektów, których nie udawało się odnaleźć lub którymi się zawiedliśmy. Czasami poszukać nowej miejscówki i poświęcić czas na dojazd. Poczytać bo: "Pure visual spectacle is only one reason to hunt down deep-sky targets; the other is the intellectual enjoyment of contemplating what you are viewing." - "Binocular Highlights: [...]", Seronik, Gary Nie warto: Zniechęcać się niepowodzeniem Odpuszczać wyjazdów z powodu wszechobecne panującego Prawa Murphy'ego Pytania: Jak planujecie swoje obserwacje? Czego używacie do planowania obserwacji? (książki, atlasy, aplikacje, inne) Kupiłem ostatnio "Cosmic Challenge" Harrington, Philip S. - polecacie może jakąś inną książkę, która wyjdzie poza najbardziej znane obiekty? Myślałem o zakupie zakupie atlasu Interstellarum - myślicie że warto? Mam filtr Baader UHC-S - czy warto inwestować w coś innego uwzględniając, że mój duży EDek ma tylko 120mm. Dokumentujecie swoje obserwacje? * Zapożyczone od @Janko, który swoja relacją z obserwacji z balkonu uświadomił mi jak bardzo zaniedbałam gromady kuliste. ** Przyznaję się - podczas obserwacji słuchałem Johna Coltrane'a.
  8. 1 punkt
    Ukazał się nowy "Almanach Astronomiczny na rok 2019" mojego autorstwa. Można go znaleźć na stronie Uranii: http://www.urania.edu.pl/almanach Proszę o opinie i uwagi.
  9. 1 punkt
    Odległość od teleskopu to około 80-100 m. Tak, lekki żółtawy kolor wprowadza ale na zdjęciu mniej widać niż w wizualu.
  10. 1 punkt
    Przyda się tzw. klucz palcowy do odkrecenia srebrnego pierscienia trzymającego oś RA (choć niektórzy radzą sobie np. rozsuniętą suwmiarką), oaz mały klucz imbusowy do odkręcenia trzech śrubek robaczkowych blokujących ten pierścień na osi. Koniecznie najpierw je poluzuj, bo jak zaczniesz na siłę odkręceć pierścień, to uszkodzisz gwint na osi RA. Tu masz filmik z instrukcją co i jak: A tu jest wątek o wymianie podkładek: https://www.astromaniak.pl/viewtopic.php?f=1&t=29629 U siebie zastosowałem smar Shimano DuraAce (albo jakaś podobna nazwa, jest wymieniony bodajże w tym wątku z AM). Nie wiem, w jakim stanie jest ten Twój EQ3-2, ale w moim przesmarownie, regulacja ślimaka / ślimacznicy i wymiana podkładek niewiele zmieniła - i tak nie miałem prawie żadnych luzów
  11. 1 punkt
    No i złapana po raz kolejny, w jednym polu widzenia z Plejadami (na styk w lornetce 12x56) i Geminidem przecinającym kadr. W blasku Księżyca w kwadrze jest cieniem samej siebie. Co ciekawe, o niebo lepiej prezentowała się w dwururce 56 mm niż refraktorze 150 mm. Dawno nie było tak wybitnie "lornetkowej" kometki. A nie, przypominam sobie coś równie wielkiego i rozmytego z późnej wiosny bodajże 2016 roku, gdzieś w Wężowniku. Pewnie Piotrek Guzik będzie pamiętał oznaczenie.
  12. 1 punkt
    Można zobaczyć online - Stellarium online
  13. 1 punkt
    Kochani! Kolejny odcinek grudniowego astrokalendarza A.D. 2018 poświęcam komecie roku. 46P/Wirtanen jest w zasięgu nieuzbrojonego oka, a jej wizualny rozmiar przekracza wielkość tarczy Księżyca w pełni. Przed świętami Bożego Narodzenia obiekt porusza się w bardzo malowniczej części wieczornego nieboskłonu, więc zapraszam na krótki poradnik dla początkujących. Czystego nieba!
  14. 1 punkt
    Nie ma dobrej pogody u nas więc nawet sekundę się nie zastanawiałem jak Maciek ( Naski) zaproponował mi wspólną sesję ze zdalną obsługą jego setupu w Bolzano ( Włochy północne). 12 grudnia pogoda tam była wyśmienita a wieczór Maciek urozmaicał nocnymi widokami Bolzano i okolic z webcamer. Bajka uwierzcie mi!!! Setup Maćka nie za bardzo pasuje do takich dużych obiektów, ale.... nie mieliśmy wyboru. Trochę technikaliów: astrograf AP 155 f7, kamera QSI 690 ( z takim samym chipem jak ATIK ONE 9.0) na montażu ASA DDM 85. Używałem moduł śledzenia komet. Kometa: Luminancja 24x120 sekund, RGB 12x120 na każdy kolor. Tło: 4x(10x120) LRGB. Przy tym f7 ledwo ledwo dopatrzyłem się na zielonym kolorze śladu warkocza. Niebieska najjaśniejsza gwiazdka w prawo od komety to 6 Tau ( 5.7 mag) Bolzano, 12.12.2018 godz. 23:11 CET
  15. 1 punkt
    Tak prezentuje się u mnie. Materiał zbierany 4 grudnia 2018 NEQ-6 SYN SCAN, TS TRIPLET APO 90/600, TS 80/330, ALccd 5T, ATIK383L+ 12x300s L 6x120s RGB
  16. 1 punkt
    Wczoraj na szczęście zrobiła się dziura pogodowa więc wyskoczyłem szybko w teren i zlapałem kometke również.
  17. 1 punkt
    To miała być kolejna pochmurna noc od kiedy zakupiłem swoją pierwszą lornetkę. W ciągu dnia lekko na plusie, brak wiatru i chmury, chmury, chmury... Nic nie zapowiadało poprawy pogody. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy już po zmroku (17:00 - jeszcze nawet nie wieczór) zobaczyłem przez okno kilka jasnych punkcików. Nie dowierzając ruszyłem na balkon - są! Chmury prawie zupełnie się rozstąpiły a ja miałem przed sobą tu i ówdzie rozsianych kilkanaście najjaśniejszych gwiazd! Zapakowawszy się w ciepłe ubranie wyciągnąłem nowy nabytek i rozsiadłem się na balkonie. Uzbrojony w lornetkę spojrzałem w niebo i nagle kilkanaście gwiazdek zamieniło się w kilkadziesiąt, a może i kilkaset. Błądziłem chwilę bez celu kiedy nagle dostrzegłem kilka gwiazd ułożonych w prostej linii i odchodzący od nich jakby haczyk... Czyżby od razu takie szczęście bez wcześniejszego sprawdzania? Szybki rzut oka na mapkę nieba i... tak! Od niechcenia udało się ustrzelić Wieszak w Lisku. Zachęcony tym małym sukcesem postanowiłem pójść za ciosem. Mieszkam na obrzeżach niewielkiego miasta i do względnie ciemnej miejscówki mam 10 minut pieszo. Z lornetką - żaden problem. Jeszcze rzut oka w niebo: chmury widoczne jedynie miejscami. Niestety temperatura już kilka stopni poniżej zera. No cóż, coś za coś... Na szczęście 3 warstwy ubrania dadzą radę. Zabieram jeszcze folię do rozłożenia na trawie jak będę obserwował zenit i w drogę! Po dotarciu na miejsce rzucam folię na ziemię, lornetka do ręki i zaczynamy. Najlepsze warunki na wschodzie, Orion niestety jeszcze za horyzontem a więc idziemy wyżej. Hiady w Byku i coś co roboczo nazwałem sobie Domkiem. Grupa 7 gwiazd po dwie z dołu i z boków, jedna na szczycie. Pięknie widoczne. Teraz nieco w lewo w stronę Woźnicy, Jasno świecącą Capellę wykorzystałem do skorygowania ustawienia ostrości na prawe oko. Wydawało mi się że trochę ucieka... Teraz powrót w stronę Byka i w górę! Plejady. O tej porze są już wysoko. Łapię w okular i jest - piękny mały wózek. Alkione z warkoczem Przepiękne choć nieco mniejsze niż w starej radzieckiej lornetce jaką testowałem jakiś czas temu. Ale za to pole widzenia większe, łatwiej będzie zorientować się skacząc od gwiazdy do gwiazdy. Co teraz? Patrzę prosto w górę - o tak! Tyle gwiazd! Rzucam się na folię. Pierwszy - Perseusz. Okolica Mirfaka cała usiana gwiazdami, w tym malowniczy łańcuszek przypominający haczyk... Dalej w górę wzdłuż ramienia i oto 2 gromady - Chichotki. Kolejny sukces! W głowie zakołatała mi nieśmiało myśl - a może by tak spróbować z Andromedą? Do tej najjaśniejszej i największej na naszym niebie galaktyki podchodziłem kilka razy, ale były to próby wspomnianą wcześniej radziecką konstrukcją. Nie wiem czy ze względu na parametry lornetki, warunki pogodowe czy też miejsce obserwacji (obrzeże miasta bądź co bądź) nigdy nie udało mi się dostrzec szarawego dysku wokół świetlistego jądra... Z pewną więc nieśmiałością skierowałem lornetkę na Kasjopeję, zlokalizowałem swego rodzaju strzałkę utworzoną przez jej 3 pierwsze gwiazdy, wziąłem głębszy oddech i powędrowałem zgodnie z kierunkiem który wskazywała... Spokojnie, jeszcze trochę... Nic nie ma. Znowu? Jak to? Może za jasno? Jeszcze raz. Strzałka w Kasjopeji, teraz powoli wzdłuż... Zaraz, chwila, przecież na mapie to nie było dokładnie na wprost! Wypatrzyłem takie 3 gwiazdki w gwiazdozbiorze Andromedy tworzące jakby ramię i na jego końcu miała się znajdować galaktyka. Więc do trzech razy sztuka. Lecę za strzałką, trafiam na pierwszą gwiazdę, teraz druga... W tej chwili doceniam szerokie pole widzenia, szersze niż w standardowych 10x50. Naprawdę spore ułatwienie. Z drugiej już tylko krok do trzeciej i nagle na skraju pola widzenia... JEST!!! Łapię w centrum dużą plamkę światła i rozciągający się w górę i dół od niej szary dysk. Inna galaktyka! Miliardy słońc i jeszcze więcej światów wokół nich. Dostrzeżona całkowicie na własną rękę! Co za przeżycie. I choć wiadomo, w lornetce to tylko szara mgiełka, niech mi ktoś powie, że lepiej obejrzeć zdjęcie z Hubbla w internecie
  18. 1 punkt
    Wczoraj testowałem nowy montaż i na pierwszy rzut poszła kometa. Warunki słabe, ale kolejna trafia do kolekcji. Dodatkowo zmontowałem filmik ruchu komety w ciągu godziny.
  19. 1 punkt
    Nie mam zielonego pojęcia jak to wszystko opisać. Na pewno nie mogę narzekać – jak na to, że od blisko dwóch miesięcy większość czasu spędzam w zaświetlonym Krakowie, bilans obserwacyjny z ostatnich trzech tygodni mam naprawdę zadowalający, śmiem twierdzić, że lepszy nawet niż z czasów liceum. Najpierw udało mi się zerknąć w niebo tuż przed listopadowym świętem – 31 października, potem 7 listopada, kiedy to musiałam wrócić do domu z powodu egzaminu na prawo jazdy (), a na koniec w weekendową noc 10/11 listopada. Tylko kurczę, jak to ubrać wszystko w słowa tak, by było strawne dla czytelnika… Każda z tych sesji była w pewien sposób, hmm, wyjątkowa. W próbie opisania tego wszystkiego wcale nie pomaga fakt, że ostatnimi czasy lornetka uczyniła w mych oczach niebo niezwykle spójnym bytem, od którego czasem nie tak łatwo oderwać się nawet do sprawdzenia map, a co dopiero do pisania notatek! Kto by się spodziewał takiego obrotu spraw… Prawdę mówiąc z tego całego zamieszania (przynajmniej w mojej głowie), zaczęłam zastanawiać się czy może nie powinnam pozostawić tych obserwacji tylko dla siebie, ale zaraz potem pomyślałam, że jak to, przecież tak nie można, trzeba dbać o ten nasz wizual na Forum! No więc, kończąc już ten przydługi wstęp, siadłam i zaczęłam pisać… A w trakcie jakoś tak natchnienie samo przyszło. Ostrzegam, będzie długo, ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. Część I – Zdążyć przed Księżycem (31 października) Było po 20, kiedy wyszłam z lornetką na pole. Od razu zaczęłam rozkładać się do obserwacji, jednak ponieważ jeszcze nie przyzwyczaiłam się do nowego sprzętu, nim przeszłam do konkretów, musiałam się troszkę „ogarnąć ze sobą”. W tym celu pobłądziłam trochę po chylącemu się ku zachodowi Łabędziu, przyjrzałam się moim wspaniałym omikronowi i omedze Cygni, zahaczyłam o pobliską NGC 6866… A potem odnalazłam Veila. Niby nic niezwykłego, ot klasyk letniego nieba, ale oglądając go uważnie pierwszy raz przez swoją lornetkę, mogłam spojrzeć na niego z całkiem innej perspektywy niż do tej pory. Bez teleskopu, a przede wszystkim bez filtra rysował się na niebie bardzo delikatnie. Najbardziej zachwyciła mnie jego wschodnia część, która wyglądała niczym ulotna mgiełka otulająca diamentowy pył niezwykle lśniących drobnych gwiazdek. Uroczy widok! Chciałam sprawdzić czy uda mi się wypatrzeć mój Obiekt Tygodnia – NGC 404 (Duch Mirach), ale póki co poległam, za to w pewnym momencie omsknęła mi się ręka i trafiłam na… M 33. Woo! Cudo! Jeszcze w żadnym innym sprzęcie tak mi się nie podobała. Puchata, jakby mięciutka, z kilkoma nieregularnościami w jasności, ułożonymi w kształt kojarzący mi się z trójkątem (hmm, Galaktyka Trójkąta, ciekawe ). Otoczenie eMki też nie zawiodło – rozstawienie gwiazd wokół niej przywodziło mi na myśl magiczną różdżkę/berło z mieniącą się wewnątrz „chmurką magii”. Jako, że to dopiero moje drugie podejście do tej lornetki, nie do końca opanowałam jeszcze orientację z jej pomocą. Z tego względu zagubiona odrobinę pośród gwiazd, trafiłam na jakąś gromadę otwartą. Szybkie sprawdzenie w atlasie powiedziało, że to NGC 752 w gwiazdozbiorze Andromedy. Moją uwagę w tym obiekcie szczególnie przykuły pewne trzy gwiazdki w jej wnętrzu. Nie wiem jak to odpowiednio ująć - miałam wrażenie, że są najostrzejsze pośród pozostałych, a jedna z nich wydawała się lśnić najczystszą i najintensywniejszą bielą, taką, hmm, jakby najbardziej skondensowaną (trudno ubrać mi to lepiej w słowa). Interesujące odczucia, nie powiem! Obok gromady zaintrygowały mnie kolejne dwie błyskotki o zbliżonej jasności, ale, że tak to ujmę, o różnym balansie kolorów – jedna z nich wpadała bowiem w chłodny odcień, druga natomiast emanowała ciepłym światłem, przy czym obie wciąż pozostawały białawe! Po tych barwnych wrażeniach postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę i zagrzać się trochę w domu, a gdy wróciłam na zewnątrz, zmianie uległa moja formuła obserwacji – z racji zbliżającego się nieubłaganie wschodu Księżyca, przestałam zapisywać na bieżąco notatki dotyczące widzianych obiektów i dopiero po zakończeniu sesji, bazując na mojej pamięci i mapach, z których korzystałam, dokonałam spisu zaobserwowanych DSów. Po powrocie z przerwy stanęłam przed dylematem pod tytułem „gdzie teraz skierować lornetkę”, problem ten rozwiązałam jednak stosunkowo szybko. Po prostu wcelowałam losowo gdzieś w kierunku Perseusza, od razu trafiając na jakieś zgrupowanie gwiazd, które, po szybkim sprawdzeniu w Interstellarum, okazało się być NGC 1528. Po przyjrzeniu się wspomnianej gromadzie rozpoczęłam działanie podobne do tego z pierwszych obserwacji tą lornetą - powolne przeczesywanie nieba, ale tym razem wzbogacone o zahaczanie po drodze o konkretne obiekty. W ten sposób zapoznałam się z NGC 1545 i NGC 1513, a następnie, mijając gwiazdy 48 i 53 Persei, postanowiłam spróbować z ciemnymi mgławicami, oznaczonymi jako B 15-17. Zważywszy na miejsce obserwacji nie spodziewałam się fajerwerków. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałam się niczego, aczkolwiek muszę przyznać, że w miejscu, w którym rzeczone Barnardy miały się znajdować gwiazd było zdecydowanie mniej. Nieopodal usytuowana była NGC 1605. Mówiąc szczerze, trochę czasu zajęło mi stwierdzenie, które dokładnie miejsce na nieboskłonie zajmuje ta gromada, w tym celu naprawdę dokładnie przeanalizowałam całe jej gwiezdne sąsiedztwo. O wiele łatwiej poszło mi z niedaleką NGC 1582, poniżej niej znalazłam zaś błyskotkę o numerze 57 Persei i pięknym otoczeniu pełnym gwiazd, przybierających rozmaite fantazyjne kształty, a na wschód od tej – 59 Persei i dalej – NGC 1664. No, ta należąca już do Woźnicy gromada była zdecydowanie większa od poprzedniczek, ale ja nie poprzestałam na niej – wędrując dalej minęłam ε Aur, Kapellę i dotarłam do NGC 1857, St 10, ASCC 13 i 15 (swoją drogą chyba pierwszy raz się spotkałam z takim katalogiem), M 38 i 36, NGC 1907 i 1893, Mel 31… I w tym momencie zauważyłam, że Księżyc znajduje się już ponad horyzontem i to całkiem wysoko. Chwyciłam statyw z lornetką i udałam się w miejsce, gdzie spomiędzy drzew mogłam dostrzec świecącego w kwadrze Munia. Wtedy zwróciłam też uwagę, że po nieboskłonie zaczęły przewijać się raz po raz niegroźne obłoki. Sunęły szybko, przybierając wydłużone kształty i otulając Srebrny Glob mglistą pierzynką. Falowały wokół niego, wykonując ruchy podobne do tych, jakimi charakteryzują się obłoki srebrzyste, tyle że o wiele szybciej. I wyglądały jakby iryzowały, przybierając perłowe kolorki! Obok przeleciał samolot, a na chmurach koło Księżyca na chwilę uwidocznił się cień rzucany przez smugę kondensacyjną. Sam nasz naturalny satelita prezentował się nie mniej efektownie – terminator na jego powierzchni rysował piękne kontury. Chyba jedynie seeing nie współgrał z resztą okoliczności sprawiając, że szczegóły Księżyca delikatnie falowały… Muniowi poświęciłam chyba kilkadziesiąt minut i mimo że zmarzłam, było warto! Oh, jak dobrze, że tego dnia przywiozłam sprzęt z Krakowa! Część II – Krótka zapowiedź zimy (7 listopada) Perspektywa przyjazdu do domu na jedną noc w środku tygodnia nieszczególnie mi się uśmiechała, do czasu aż nie sprawdziłam prognoz pogody – szykowały się piękne warunki. Mimo konieczności wyspania się przed następnym dniem, nie mogłam pozwolić na zaprzepaszczenie tak wspaniałego zbiegu okoliczności i w połowie nocy wybrałam się na chwilę z lornetką. Zaczęłam oczywiście od mojego OT, z którym bezskutecznie próbowałam zawalczyć ostatnim razem. Tej nocy na szczęście było inaczej i dość szybko udało mi się dostrzec drobny, trochę nieostry, świetlisty punkt blisko Miracha w miejscu, w którym powinien się znajdować. Następnie przeniosłam się do Plejad, by podziwiać ich lodowate światło skąpane w delikatnej mgiełce Mgławicy Merope, a potem, przesuwając powoli pole widzenia, skierowałam się ku Hiadom i dalej – aż do M 1, mijając po drodze piękne obszary nieba usiane gwiazdami. Krab jawił mi się jako rozmyta plamka, delikatnie wydłużona z jednej strony. Nagle wcelowałam w M 42, przesunęłam się trochę, by rozpoznać skrytą w blasku Alnitaka Mgławicę Płomień wraz z dzielącą ją na pół ciemną przerwą, a następnie trafiłam na M 78 rozwarstwioną na dwie części podobnie jak poprzedniczka. Zawróciłam znów do M 42 i otwierając szczegółową jej mapę w Interstellarum, poczęłam rozkładać jej otoczenie na czynniki pierwsze. I tak – poniżej naszej głównej bohaterki zidentyfikowałam gromadę NGC 1980 (przy okazji chyba rozdzielając gwiazdę Σ 752), powyżej M 43 natomiast – NGC 1981. Tymczasem pomiędzy dwoma ostatnimi obiektami znajdowało się coś. To coś było tam od kiedy pamiętam, ale muszę się Wam przyznać, że chyba nigdy na to coś nie zwróciłam szczególnej uwagi, po prostu przyjmowałam do wiadomości jego obecność tam. Co mam na myśli? Oczywiście NGC o numerach 1973, 1975 i 1977. Wszystkie jej fragmenty przejawiały bardzo podobną jasność, no może jedynie ostatni (1977) wydawał się być odrobinę wyraźniejszy od pozostałych. Jak do tego doszło – nie wiem, ale naprawdę, pierwszy raz obserwowałam tę mgławicę świadomie. Potem pobuszowałam jeszcze po okolicach Jednorożca, już bez namierzania konkretnych obiektów, a następnie zwlekłam się do domu, trochę z powodu zimna i gigantycznej wilgoci, a trochę z konieczności wczesnej pobudki. Część III – Powinniście mnie za to ukatrupić! (10/11 listopada) Dobra, te obserwacje to w ogóle dziwne były. Naprawdę. Znaczy, zaczęły się normalnie – koło 23 wyszłam z domu, zachwyciłam się niebem i rozstawiłam sprzęt. Wcześniej przejrzałam trochę Interstellarum, by wybrać na tę noc jaki konkretniejszy rejon nieba, oprócz tego biłam się z myślami czy na bieżąco notować zaliczane obiekty, czy potraktować je po macoszemu i już po zakończeniu sesji tylko odnotować ewentualne ich zdobycie. Ostatecznie stwierdziłam, że poświęcę trochę czasu i będę zapisywać to co widzę… Tak więc na samym początku standardowo rozejrzałam się po wszystkim dobrze znanych klasykach, by następnie przejść do górnych partii Oriona, gdzie moim pierwszym celem stała się NGC 2169 ze swym ciekawym, wręcz intrygującym kształtem, który zresztą jest trafnie opisywany przez nazwę „The 37 Cluster”. Niewielki ruch lornetą pozwolił mi znaleźć się przy kolejnej gromadzie. NGC 2194 może na pierwszy rzut oka nie wyskakiwała agresywnie z tła, wręcz przeciwnie – stanowiła niepozorną bladą plamkę pośród lśniących wokół ostrych gwiazdek, ale wystarczyło dać jej trochę czasu, by, zwłaszcza zerkaniem, zaczęła przejawiać ziarnistość, jak gdyby powstała z wysypanego w tamtym miejscu drobniutkiego brokatu, który teraz delikatnie mienił się na tle nieba. Wraz ze swym bez wątpienia atrakcyjnym otoczeniem bardzo mi się spodobała. W planach miałam powolne poszukiwanie kolejnych gromad, ale jakoś tak wyszło, że pogubiłam się wśród ogromu gwiazd i ostatecznie krążyłam po całym Jednorożcu chłonąc jego bogactwo. Podróż przez te piękne widoki przerwały mi, a jakże, wilgoć oraz okropne zimno. Ponieważ od jakiegoś czasu zbierało mnie niewielkie przeziębienie, zrobiłam sobie przerwę w domu… i tak już zostało! Tak. Przeniosłam lornetę do, nie zgadniecie! Kuchni! Tamtejsze okno wychodzi niemal idealnie na południe, nie zasłania go od góry żaden daszek, no i oczywiście w kuchni nikogo nie obudzę, no może jedynie śpiącego na rogówce kota. A więc zrobiłam sobie pół litra herbaty w tacinym kuflu na piwo, kawę w jakimś kubku, dwururkę na statywie ustawiłam najniżej jak się da, by wygodnie obserwować siedząc na podłodze, do tego na taborecie rozłożyłam atlas i notatnik. Obok grzejnik – cieplutko, milutko, żyć nie umierać. Poczułam się trochę jak za początków moich obserwacyjnych podbojów, kiedy to wszystko odbywało się z okna mojego pokoju, również zwróconego ku południu, w ukryciu przed rodzicami. Powiem Wam, że mimo świadomości jak straszną zbrodnię właśnie popełniałam, czułam się zaskakująco dobrze w swoim nowym „centrum dowodzenia”. Ku mojemu zdziwieniu, nie czułam żadnego dyskomfortu z faktu oglądania nieba przez szybę, jedynym utrudnieniem mogło być ograniczenie pola widzenia z każdej strony przez ściany domu, aczkolwiek akurat tak dobrałam sobie obserwacyjne plany, że wszystko pięknie się zgadzało, a interesujące mnie obiekty miałam idealnie na środku mojego okna. Kuchenne centrum dowodzenia i towarzysz obserwacji i wdzięcznym imieniu "Kiwi". (Proszę raz jeszcze, nie zjadajcie mnie za to ) Ponieważ wcześniej, podchodząc do obiektów zimowej Drogi Mlecznej od strony północnej, bardzo szybko pogubiłam się wśród jej bogactwa, tym razem postanowiłam spróbować trasy południowej. Zaczęłam od M 41, by mijając następnie Syriusza i kilka kolejnych gwiazd zatrzymać się na NGC 2360, znanej też jako Gromada Karoliny. Udało mi się wyróżnić z niej kilka pojedynczych klejnotów, podczas gdy reszta pozostała skryta w postaci mrowiącego pyłu, którego wygląd chyba najlepiej opisze zdecydowanie mniej poetyckie porównanie do suchej kaszy jęczmiennej zmieszanej z kaszą manną Nieco poniżej odnalazłam NGC 2358, która w przeciwieństwie do towarzyszki bardzo słabo wyróżniała się z tła, zlewając się z gwiazdami bogatego otoczenia. Ruszyłam z powrotem ku Gromadzie Karoliny, minęłam ją i przesuwając się dalej postanowiłam zająć się obiektem trochę innej natury niż poprzednie. NGC 2359 widziałam do tej pory tylko na zdjęciach i nawet nie podejrzewałam, że można ją zobaczyć „własnoocznie”, dopóki niedawno nie mignęła mi gdzieś informacja na temat jej obserwacji teleskopowych. A czy da się dostrzec ją w lornetce? Moja odpowiedź brzmi: „Tak, da się, i to nawet przez szybę ?”. Oczywiście z początku nie byłam ufna czy zaobserwowane pojaśnienie przypadkiem mi się nie uroiło, toteż dokładnie przeanalizowałam gwiazdy wokół niego, porównując je skrupulatnie z mapą w atlasie. Oprócz tego potrząsałam delikatnie dwururką oraz odsuwałam kilkukrotnie oczy od okularów, by po chwili raz jeszcze sprawdzić czy widać to samo co wcześniej. Wszelka ekspertyza wykazała, że to musiał być Hełm Thora. Próbując odnaleźć kolejny obiekt naprawdę długo nie byłam pewna gdzież on się znajduje, jednak ostatecznie doszłam do tego, gdzie na niebie usytuowana jest NGC 2374. Bardzo podobnie było z kolejną gromadą – NGC 2396. Postanowiłam jeszcze raz przyjrzeć się „czapce nordyckiego boga”, a tu pole widzenia przeciął mi meteor! Wooooow! W zasadzie to już trzeci tej nocy, wcześniej jeden przeleciał mi również podczas patrzenia przez lornetę, ale w okolicy Rigela, a drugi, gdy gołym okiem podziwiałam gwiazdozbiór Jednorożca. Dla odmiany od poprzedniczek, wypatrzenie NGC 2353 okazało się zdecydowanie łatwiejsze. Gromadka usytuowana pomiędzy dwoma jasnymi błyskotkami bardzo ładnie uzupełniała je swoją najjaśniejszą gwiazdą, choć w sumie nie mam pewności, czy faktycznie należy ona do tego klastra, czy to tylko przypadkowe ułożenie na niebie. Jakkolwiek by nie było, całość stanowiła cudowny widok. Niecałe 2° wyżej natrafiłam na rozrzedzone skupisko gwiazd o tajemniczym oznaczeniu Al 21 (podejrzewam, że skrót ten oznacza katalog Alessi, aczkolwiek nie znalazłam na jego temat zbyt wielu informacji). W pobliżu napotkałam jeszcze dwa drobne klastry – NGC 2349 oraz Dias 3 (kolejny egzotyczny katalog), by następnie udać się do M 50. Prawdę mówiąc nie mam pewności czy kiedykolwiek wcześniej widziałam tę eMkę, teraz jednak nie miało to szczególnego znaczenia, bo teraz oto gromada ta niezwykle efektownie prezentowała się przede mną, zachwycając zróżnicowaniem jasności mnóstwa gwiazd zanurzonych w delikatnej poświacie słabszych składników usytuowanych gdzieś w tle. Przecudowne! Niżej, w okolicy Mgławicy Mewa wyodrębniłam dwa klastry położone w jej granicach – NGC 2335 i 2343, a gdy jeszcze dalej odnalazłam NGC 2345 w polu widzenia śmignął mi kolejny meteor. Miałam zamiar skierować się do zachodnich rejonów Jednorożca, jednak na drodze stanęła mi… ściana, toteż powędrowałam na północ, gdzie wypatrzyłam delikatną, lecz przy tym łatwo wpadającą w oczy NGC 2324, a także NGC 2319 i ASCC 31, które z kolei słabo wyróżniały się pośród gwiezdnego otoczenia. Robiąc dość duży skok w kierunku wschodu natrafiłam na drobną i również niezbyt wyraźną NGC 2394, by potem nagle przenieść się do Messierów o numerach 46 i 47. Jak ja dawno na nie nie patrzyłam! Gromady pięknie uzupełniały się nawzajem swoją odmiennością: pierwsza – delikatna, pełna drobniutkich gwiazdek lśniących niczym śnieg w świetle Słońca, druga zaś jakby szkatułka skrzących się intensywnie białawych klejnotów, jednak w mniejszej liczbie niż u sąsiadki. Chciałam pokręcić się jeszcze trochę po okolicy wspomnianej parki, ale coś stanęło mi na przeszkodzie… Nie, tym razem nie była to ściana. To rejon tych pięknych gromad wkroczył właśnie w obszar, na którym królowała ledowa łuna pobliskiej lampy ulicznej, zmuszając mnie do znalezienia jakiejś alternatywy… Wędrując więc na wschód stwierdziłam, że mieniący się niezwykłym pomarańczowym blaskiem Alphard (α Hydrae) prezentuje się naprawdę zacnie, podobnie zresztą jak lśniąca żółtym światłem 27 Hydrae z położoną tuż obok niebieską sąsiadką. Sunąc tak przez wiosenne gwiazdozbiory zatrzymałam się na Lwie, by sprawdzić jak nowa lornetka pokaże mi tamtejsze galaktyki. A zatem – Triplet Lwa! Messiery 65 i 66 rzuciły się w oczy praktycznie z marszu, Hamburger zaś potrzebował troszkę więcej czasu, ale po chwili także ukazał swoje oblicze. Pozostając w obrębie tej samej konstelacji zaliczyłam jeszcze M 95 i M 96, M 105 oraz NGC 3384 tudzież NGC 3412. Godzina 5:02, noc astronomiczna się skończyła, z pokoju wyżej dochodzą jakieś dźwięki – dziadek się obudził, za chwilę pewnie przyjdzie i zaświeci światło. A ja? Prawie zasypiam. Ale było fajnie. I bardzo komfortowo. Dobranoc.
  20. 1 punkt
    Taaa... Tegoroczny październik okazał się totalną anomalią pogodową (in plus), a listopad nie chce być gorszy. Grzechem byłoby nie wykorzystać takiej aury, tym bardziej, że niedługo rozświetlą się wściekle stacje narciarskie (z pier...ą Bialką na czele), a śnieg – o ile się pojawi – jeszcze pogorszy sytuację, wzmagając LP. Noc z poniedziałku na wtorek zapowiadała się pogodnie (i taka była), więc koło pierwszej zebrałem astroklamoty i pojechałem na Domański Wierch, wznoszący się łagodnie pomiędzy Czarnym Dunajcem a Cichem. Kilka godzin wcześniej wyjąłem ze skrzynki pocztowej nowy nabytek, w postaci dwucalowej habety Lumicona. Miałem kiedyś to cudeńko (w wersji 1,25"), więc wiedziałem, co potrafi. Tym razem postanowiłem zaszaleć z szerokimi kadrami. Na kompromisy sprzętowe szkoda mi już czasu (i pieniędzy), zatem z miejsca skreśliłem wszelkie wynalazki typu TPL (miałem, nie polecam, niewiele widać) czy Explore Scientific (po przeczytaniu recenzji na niemieckim forum, z której jasno wynikało, że filtr ten jest po prostu za szeroki). Cena, niestety, nie zawsze czyni cuda. Filterek wkręciłem w Baadera Asferyka 31 mm, a całość wylądowała w wyciągu achromatu 150/750. Zanim to jednak nastąpiło, trza było dojechać na miejscówkę. Okazało się, że nie jestem tam sam. Terenu strzegły owczarki podhalańskie (w liczbie trzech, każdy wielkości małego cielaka), a nieopodal słychać było delikatnie pobrzękiwanie zbyrcoków (to te dzwoneczki na szyjach owiec). Okolica była dokumentnie obsr..., upss, znaczy zanieczyszczona owczym i krowim łajnem. Mocno się zastanawiałem, czy nie pojechać gdzieś indziej; szczególnie niepokoiła mnie obecność psiaków, które potrafią zachować się czasem dość nieprzewidywalnie (czytaj: agresywnie). Na szczęście po obwąchaniu mnie i samochodu gdzieś sobie polazły i do końca sesyjki miałem spokój. Był przymrozek, było przejrzyście, w powietrzu unosiła się woń obornika i ten specyficzny, trudny do opisania zapach głębokiej nocy. Było fantastycznie. Zacząłem od wiszącej w zenicie Kalifornii (NGC 1499). Widok przeszedł najśmielsze oczekiwania. Obie krawędzie – południowa i północna – obramowane były kontrastowymi, zdecydowanie jaśniejszymi od reszty mgławicowego obłoczku włóknami. Nie potrafiłem ocenić, które z nich jest wyraźniejsze – oba wydały mi się jednakowo oczywiste. Wnętrze wypełniała delikatna, mleczna poświata, a krańce wschodni i zachodni rozpływały się stopniowo, zatracając w czarnej nicości. Całość nie mieściła się w polu widzenia, choć brakowało naprawdę niewiele. Fascynujący, epicki, iście fotograficzny kadr. Po czymś takim pomyślałem, że lepiej być nie może. Faktycznie, nie było, ale gorzej też nie. Nietrudno się domyślić, że następnym celem musiał być Orion. Nie, nie przeskoczyłem od razu do Qnia – to miał być deser, crème de la crème. Na przystawkę wziąłem Pętlę Barnarda. Po raz pierwszy widziałem ją w takim FOV. Trzy stopnie pola pozwoliło dostrzec wyraźnie łukowato wygięte, szerokie pasmo. Dość wyraźnie zarysowała się wschodnia krawędź Pętli – wreszcie nie musiałem poruszać tubusem, by zauważyć przeskok pomiędzy szarością a czarnym, wykastrowanym z gwiazd tłem nieba nieco dalej. Zachęcony efektem, odbiłem nieco na północ, w okolice lambdy Oriona. Pełno tam wodoru, tworzącego pierścień wokół Meissy. Łatwe to nie było, oczywiste – bynajmniej, ale wydaje mi się (znaczy jestem prawie pewien), że tło w tym rejonie delikatnie się odznaczało, w sensie subtelnego pojaśnienia, z trudnymi do jednoznacznego wychwycenia granicami. Trza będzie tam wrócić, może podczas zimowego zlotu w Beskidzie Niskim? Dobra, koniec przynudzania – mam Alnitaka, mam Płomień (choć nieco przygaszony przez filtr), jest IC 434. Wschodnia krawędź (w okularze prawa) wodorówki wyraźnie się wyróżnia – prosta, pionowa, jak odcięta nożem. Przeciwległy kraniec stopniowo rozpływa się w czerni Kosmosu; tuż poniżej środkowej z trzech gwiazdek o zbliżonej jasności pojawia się to, na co czekam – ciemne, całkiem spore wcięcie. Nie, nie widać znanego ze zdjęć kształtu końskiej głowy. To raczej odcisk brudnego palucha na tle bladej poświaty. Niby nic, a fascynuje, hipnotyzuje, wciąga. Dlaczego aż tak bardzo? Dobre pytanie... Spróbowałem jeszcze z Lumiconem UHC. Heh, to świetny filtr, ale o Koniku można zapomnieć. IC 434 ledwo majaczy, Alnitak wali po oczach. Wiem już, że wąskie pasmo to w tym przypadku podstawa. Habetka nieźle sprawdziła się też przy skanowaniu okolic AE Aur. Mgławica Płonąca Gwiazda (IC 405) nie jest może w wizualu nazbyt spektakularna, ale rozległego halo wokół gwiazdy nie da się przeoczyć. Szkoda, że to zenit, bo okular wisi nisko nad wątpliwej czystości asfaltem. Co tam jeszcze? Była Mewa (IC 2177), były zawalone wodorem okolice Choinki (NGC 2264), był Abell 21 w szerokim kadrze (tutaj doskonale spisał się Astronomik OIII, podobnie jak w przypadku Rozety), były gromadki w Rufie, Wielkim Psie i Jednorożcu... Owce ucichły, wokół panuje totalna, niczym nie zmącona cisza. Dochodzi czwarta. Wciągam łyk mroźnego powietrza. Pora wracać.
  21. 1 punkt
    Zapowiedzi pogody jak zwykle były niejednoznaczne. Jednak sobotnie popołudnie z ciężkimi chmurami i mżawką nie pozostawiało złudzeń. Dobrze, że nie ciągnąłem się z moim kompletem lornetek – dwiema torbami zawierającymi lornetę kątową oraz trzy mniejsze. Ot tak na wszelki wypadek, zabrałem Vortexa 15x56. Statyw i fotelik z oporządzeniem i tak trzymam na wsi. Wkrótce mżawka zelżała na tyle, że mogłem poćwiczyć na świeżym powietrzu moim ulubionym odważnikiem. Strzelnicy łuczniczej nie rozkładam jednak. Szkoda moczyć siatkę chwytającą strzały i słomianą podkładkę pod tarczę. Niebo wciąż ponure. Tak więc program na wieczór to życie rodzinne. Trudno się czegoś więcej spodziewać. Tymczasem wyjście z domu o dziesiątej wywoduje szok. Całe niebo w gwiazdach! No, nie do wiary! Vortex leży jak zawsze w sionce obok drzwi, co ułatwia szybki podgląd. To nie złudzenie, niebo jest czyste, trochę oparów przy gruncie nie przeszkadza. Nawet najbliższa latarnia szczęśliwie zepsuta a i sąsiedzi nie świecą. Na wschodzie Perseusz z Andomedą, na północnym zachodzie Wielki Wóz jeszcze się nie schował za drzewa, wysoko Droga Mleczna w całej okazałości. Gołym okiem prześwitują Chichoty, ponad czerwoną beta And (Mirach) można dopatrzyć się mgiełki Wielkiej Galaktyki. Patrolowy ogląd przez lornetkę w garści i na stojąco wali przez łeb jak obuchem. Więc warto wyciągnąć Goliata z mojej zbrojowni, gdzie oprócz sprzętu łuczniczego trzymam także pomoce do astronomii. A może tym razem inaczej, lepiej? Na foteliku jest wygodniej a przystawka do mocowania lornetki zamontowana. Od wieków jej nie używałem a przecież to zestaw dopasowany do Vortexa. Kładę więc na trawie wielokątną „podłogę”, wyciągam i rozkładam fotelik. Z podwozia na kółkach rezygnuję. Za dużo komplikacji a fotel daje się suwać i obracać po gładkiej płycie siłą nóg. No i jeszcze delikatna operacja – odblokowanie gwintu do mocowania na lornetce i przykręcenie jej do głowicy przystawki. Wszystko po ciemku, bo szkoda adaptacji wzroku. Dobrze, że przemyślnie wydłużyłem główkę śruby na adapterze lornetkowym, by łatwiej było przykręcać po ciemku. Wreszcie siadam czy też układam się na fotelu, wślizgując pod wiszącą lornetkę, dopasowując jej odległość od twarzy i ustalając kąt oparcia fotela. Wymaga to trochę kombinacji, jednak wynik rekompensuje wszelkie wysiłki. Mam przed twarzą Galaktykę Andromedy, siedząc wygodnie i skupiając się tylko na patrzeniu. M31 jest tak rozległa, że wydaje się jakby wypełniała podczas zerkania niemal całe czterostopniowe pole widzenia. Oczywiście w poziomie, bo w pionie widać ponad nią także satelitarną galaktykę M110 zaś poniżej także M32, gwiazdopodobną przy powiększeniu 15 razy. Manewrując oparciem fotela i głowicą lornetki schodzę poniżej czerwonego Miracha i szybko namierzam Galaktykę Trójkąta – M33. Nie jest to może widok taki jak M31, jednak i tak imponuje. Szczególnie, że mogę napawać się nim siedząc sobie i patrząc, bez drgań sprzętu czy ciągłego poprawiania pozycji ścierpniętych nóg czy zadartej głowy. Galaktyka jest duża, bardzo duża, przy tym całkiem jasna i dość równomiernie rozświetlona. Warunki są naprawdę dobre, bo to przecież nie tak wysoko nad horyzontem. Jak galaktyki, to może też Galaktyka Bodego z Cygarem? Obracam moją maszynerię w samą porę by jeszcze uchwycić tył Wielkiego Wozu przed schowaniem się za drzewa. Odnalezienie M81 z M82 przychodzi tym razem dość łatwo. Galaktyki są wyraźne, jednak w powiększeniu 15 razy nie imponują. Więc szaleństw ciąg dalszy. Delikatna tym razem Galaktyka Wir (M51) odnaleziona już wśród gałązek wiśni. Potem gromady kuliste w Herkulesie. Wspaniała, jasna i duża M13, potem mniejsza choć całkiem intensywna M92. Z kulek wyszukuje jeszcze M15 w okolicach pegazowych nozdrzy – czerwonej gwiazdy Enif (epsilon Peg). To też nie jest najlepszy widok dla piętnastokrotnego powiększenia, choć kuleczka jest jasna i jakby puchata. Wracam do Perseusza. Wpatruję się w otaczające Mirfaka (alfa Per) kłęby jasnych gwiazd – asocjację Melotte 20. To jest obiekt imponujący nawet w najmniejszej lornetce. Wyżej, ponad głową mitycznego obrońcy królewny Andromedy namierzam jego koronę – Gromadę Podwójną. I to właśnie jest obiekt idealny dla mojego Vortexa. Gdy patrzę na wprost, gwiazd jest sporo. Jednak gdy zerkam, obie gromady wręcz wybuchają jak fajerwerki, sypiąc wokół iskrami gwiazdek. Krążę wokół Chichot, wyłapując kolejne obiekty, wznoszę się do Kasjopei, namierzając gromady otwarte poniżej lewego ramienia wielkiej litery W. Potem trafiam do Łabędzia, patroluję obszary wokół Sadra (gamma Cyg), podziwiam łabędzie serce, następnie dziób ptaka – najsławniejszą podwójną gwiazdę Albireo (beta Cyg). Zniżam się do Hantli (M27) – mgławicy planetarnej w Lisku. Jest imponująca w moim sprzęcie, tak jasna, że doszukuję się w niej znanego kształtu „ogryzka”. Czy go widzę – nie wiem, jednak z pewnością próbuję zobaczyć. Przeskakuję do Lutni poszukując drugiej planetarki – Pierścienia (M57). Tu jestem zaskoczony, bo pomimo niewielkiej jasności wyzerkuję obiekt stosunkowo duży, większy niż go pamiętam. Oj, dobre jest niebo. Było jeszcze wiele, wiele więcej. Szalałem po nieboskłonie w swoim stylu, bez ładu i składu, bez atlasu ani notatnika. Obiektywnie może nie trwało to aż tak długo, jednak głowę mam do dziś przepełnioną widokami. Do zobaczenia, wiejskie niebo! Będę tęsknił. http://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/ciekawostki,49/nocne-niebo-w-swietle-galaktyki-andromedy,158072,1,0.html
  22. 1 punkt
    W końcu 12 września wieczorne niebo zrobiło się całkowicie wolne od chmur. Piękny czerwony zachód słońca zwiastował dobre warunki. Mimo środka tygodnia i perspektywy porannej pobudki do pracy postanowiłem czekać na kometę 21P, którą aby zobaczyć w najlepszym przydomowym skrawku nieba musiałem czekać tak do pierwszej w nocy. Jednak widok zachodzącego ok. 20.00 rożka Księżyca z pięknym purpurowym światłem zacienionej części nie pozostawiał nic o dyskusji - warunki są wręcz idealne i nie ma co czekać na pierwszą w nocy i polować tylko na kometę. Tylko w dolinie zbiera się mgiełka, ale spokojnie na szczęście dom 100m w pionie powyżej dna dolin i mgła nic nie popsuje. Więc o 21.00 100mm kątowa lorneta rozstawiona na statywie, a obok krzesełko. Księżyc już pod horyzontem, a na coraz ciemniejszym niebie mrowie gwiazd z wyraźnym zarysem drogi mlecznej. Gwiazdy gołym okiem piękne, punktowe, wyraziste i bogate w kolory. Do tego powietrze bardzo ciepłe i spokojne, a dookoła jeszcze gdzieniegdzie spóźnione świerszcze dają koncert. Tak to wymarzone warunki jak na prawie połowę września, a zasięg gwiazdowy w przydomowych warunkach wręcz rekordowy - nie sprawdzałem dokładnie, ale 5,5 mag gołym okiem widziane na wprost bez wysiłku. Nie czekałem więc dłużej i lornetą uzbrojoną w 12mm TV delosy (powiększenie x 46) wycelowałem na oślep i od razu piękne punktowe mrowie gwiazd ostre po same brzegi pola widzenia. Pierwsze cele to wspomnienie lata - w kierunku dość nisko położonego już Strzelca, w który wplótł się jeszcze Saturn. To on wyznaczał mi cel na pobliską M8 Mgławicę Laguna - piękne zamglenie, ale z racji bliskości horyzontu już nie tak efektowna jak w środku lata. Podobnie M20 Trójlistna Koniczyna, widoczna bez problemu ale, już tak jak gdyby wypłowiała. Za to powyżej M24 spowodowała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Jakże wspaniały widok skupiska gwiazd z przyciemnionymi w sąsiedztwie obszarami. Piękny, hipnotyzujący widok, który na liście lornetkowych obserwacji DS-ów powinien moim zdaniem być obowiązkowy. Dalej wycelowałem jeszcze troszkę wyżej w Tarczy w M22 Gromada Dzika Kaczka - piękne skupisko rozsypanych blisko siebie brylancików. Wycentrowana gromada wypełniała jakieś 25-30% pola widzenia i dopisana do listy obowiązkowych i topowych obiektów wśród gromad. Dalej postanowiłem wykorzystać dobre warunki w kierunku południowej części nieba i celować w coś bardziej egzotycznego. Wybrałem będącą u stup Wodnika NGC 7293 Mgławice Ślimak - do tej pory jeszcze nie widzianą przeze mnie. Nie wiedząc czego się spodziewać powoli skanowałem miejsce przewidzianej lokalizacji. Po dość krótkiej chwili jest - okrągłe zamglenie, którego intensywność i przede wszystkim rozmiar mnie zaskoczył. Mgławica bardzo wyrazista z nieco wygaszonym środkiem - dla lornety idealny obiekt. Jako że był to debiut poświęciłem Mgławicy Ślimak dłuższą chwilę i wśród DS jest to naprawdę dla mnie szokujące pozytywnie odkrycie. Uzbroiłem również okulary w filtry UHC. Widok z filtrami znacznie jeszcze lepszy - obrzeże mgławicy wręcz zaświeciło - od razu uruchomiłem wyobraźnie i porównałem ją do M27 Mgławicy Pierścień tyle, że w mega powiększeniu. Rozochocony postanowiłem poszukać następnej dla mnie nowości tj. Mgławicy Kocie Oko (NGC 6543) w Smoku. Cel dość wysoki i mniej wygodny. Szukam, szukam (i już mam nadzieję, że zobaczę coś podobnego na wzór Ślimaka), ale nic z tego. Poza czymś w rodzaju gwiazdki, może lekko rozmytej nic nie zobaczyłem. Uzbroiłem okulary jeszcze w wspomniane wcześniej filtry, ale nic nie pomogły. Lekkie rozczarowanie, ale to chyba jednak DS nie dla lornetki. Na pocieszenie wycelowałem w znaną M31 Galaktykę Andromedy. Nie ściągnąłem jednak filtrów i widok taki sobie -tło wyczernione, ale i obiekt wyraźnie wygasł. wykręciłem więc filtry i czystymi okularami wycelowałem w galaktykę. Od razu znacznie lepiej, a nawet za bardzo, bo obiekt się już zdecydowanie nie mieści w polu widzenia. Postanowiłem wymienić okulary na fabryczne APM 18mm dające mniejsze powiększenie (x30) i szerze pole widzenia. Wymiana okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko szersze pole pomogło, ale przede wszystkim zwiększona źrenica spowodowała, że galaktyka znacznie pojaśniała. Mało tego widziany obraz bardzo przypominał widoki 3D jak z fotografii. Galaktyka stała się bardziej dyskiem, a nie tylko owalna gęstniejącą w centrum mgiełką. Oczywiście sąsiadki M110 i M32 widziane wyraźnie. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak w M31 owalne przyciemnienie w jej strukturze, które rozbijało ją na dwie części - to było dla mnie zaskoczenie nie mniejsze jak wielkość mgławicy Ślimak. Można powiedzieć, że przy rekordowo dobrych warunkach odkryłem Galaktykę Andromedy na nowo. Jednak warunki robią robotę. Rozochocony wycelowałem poniżej w kierunku M33 Galaktyka Trójkąta, która kiedyś już "zaliczyłem" tyle że w innej lornecie tj. prostej APM MS 25x100, gdzie widoczna była tylko jako ledwie dostrzegalna szeroka plama/mgiełka. Nie robiłem wiec sobie wielkich nadziei na coś więcej. Zostałem przy fabrycznych okularach dających powiększenie x30. M33 zaskakująco łatwo dostrzegalna mgiełka. mało tego lekko postrzępiona mgiełka. Zmieniłem z ciekawości okuary na TV delos (x46) co ty razem poprawiło widok. WOW - M33 nie tylko większa, ale również zerkaniem wychodził zarys głównych ramion. Sam nie wierzyłem, że to możliwe, ale później sprawdziłem w Stellarium i się nie myliłem co do skręcenia ramion. Później celowałem w wiele znanych obiektów. Na wyróżnienie zasłużył Łabędź ze swoimi słynnymi Mgławicami: NGC7000 Ameryka , Wschodni NGC 6992 i Zachodni NGC 6960 Welon. Tutaj najlepszy widok w powiększeniu x30z filtrami UHC, gdzie obiekty widoczne w jednym polu widzenia w całości na styk. Ameryka Północna bardzo wyraźna w całości, a Zatoka Meksykańska to dosłownie świeciła - coś pięknego. Nie gorszy widok Wschodniego Welonu - gdzie słynna "miotła czarownicy" z wyraźnie postrzępionymi końcówkami zrobiła duże wrażenie. Najpiękniejszy widok to jednak Zachodni Welon - podłużna jasna smuga, jak dym z papierosa w przyciemnionym barze - widoki wręcz nierealne, odcinające od rzeczywistości. Na wyróżnienie zasługuje również gromada podwójna w Perseuszu. Obiekt wcześniej znany mi, jednak to co mnie zaskoczyło to mrowie gwiazd w bardzo wyraźnym efektem odczuwania przestrzeni. Patrząc obuocznie przez okulary miałem naprawdę realne wrażenie, że poszczególne gwiazdy lub zgrupowania gwiazd w gromadzie znajdują się w rożnych odległościach od Ziemi. Na koniec wycelowałem w Plejady. W powiększeniu x46 piękne, ale troszkę zbyt szerokie ocierające się o krawędź pola widzenia. W powiększeniu x30 znacznie lepiej, a chyba najlepiej w maleńkim Nikonie EII 8x30. Takim sposobem przechodząc z letnich do zimowych obiektów DS ok. 1.30 w nocy doczekałem się wyjścia komety 21P Giacobini–Zinner. Kometa znajdowała się praktycznie na jednej linii i w połowie drogi między gromadami M37 i M35. Kometa wyraźna z jasną głową i subtelnym warkoczem jako wydłużonym pojaśnieniem. Nawet w Nikonie EII 8x30 widoczna bez problemu. Miałem czekać jeszcze na Oriona, ale jakieś wysokie gęstniejące chmurki nie pozwoliły mi na jego zobaczenie. Generalnie zakończyłem obserwacje na komecie, ale wcześniejsze obiekty DS były bardzo piękne. Wspólnym mianownikiem był charakterystyczny widok z wrażeniem w trzech wymiarach. Do tego idealne warunki jak na przydomowe miejsce obserwacji sprawiły, że niepozorne pierwotnie zamiary tylko upolowania komety przerodziły się w niezapomniane obserwację wielu obiektów, których w większości odkrywałem na nowo. Była więc to spokojna, ciepła, magiczna noc, pewnie ta wyjątkowa w ciągu roku, której miłośnicy obserwacji astronomicznych sobie życzą i która napędza motywację do dalszego zgłębiania nieba. Takiej nocy Wam również życzę, Dziękuję.
  23. 1 punkt
    Gdy do rodzinnego wyjazdu do Grecji zostały dwa tygodnie, powiedziałem swojej lepszej połówce, że tym razem weźmiemy na urlop teleskop. Mina mówiła wszystko, ale że werbalnie kategoryczny sprzeciw nie został wyrażony, postanowiłem zignorować niewerbalne komunikaty. Stalowe nogi odpadły w przedbiegach, a gdy aluminiowy LT1 z AZ4 zajęły pół walizki stało się jasne, że tak to się nie uda, bo było wiele osób i rzeczy chciało załapać się na wyjazd: Żona Dwóch łobuziaków w wieku 3 i 6 lat 60kg niezbędnych rzeczy w 3 walizkach Wózek spacerówka Dwa plecaczki pełne zabawek oraz pluszaki: kot Fikuś, wąż Stefan i Strażak Sam - czyli podstawowy zestaw przetrwania. Na całe szczęście udało się zabrać jako bagaż podręczny plecak wypełniony po brzegi skarbami: MAK 127 Kątówka 2” Okulary: SWAN 33mm i 20mm oraz BCO 10mm Filtry: Baader UHC-S 2” i księżycowy 0.6 1.25” Statyw Manfrotto MT190GOA4 Głowica Manfrotto Junior 410 Szukacz kątowy 8x50 GSO i red dot finder SkySurfer III Lornetka Nikon Action 7x35 EX Czołówka TREK ONNIGHT 100 Wyjazd nie był planowany jako wyjazd astronomiczny więc wyszło, że miałem tylko dwa pierwsze dni na obserwacje DSów, po potem księżyc nie będzie dawał szans na dalsze obserwacje. Przez dwa tygodnie przed wyjazdem sprawdzałem codziennie pogodę i ani jednej chmurki nie było, ale wcale się nie zdziwiłem, że wieczorem pierwszego dnia po przylocie chmury zakryły praktycznie całe niebo. Następnego dnia było już lepiej. Próba wynajęcia samochodu się oczywiście nie powiodła. Na noc nie wypożyczają, a na dwa dni to trzeba zarezerwować z wyprzedzeniem. Nie zrażony po zachodzie słońca mimo pojawiających się chmur wziąłem plecak ze skarbami i ruszyłem w drogę - aby dalej od miasta. Sprawa z początku wyglądała beznadziejnie. Po obu stronach drogi drzewa i żadnego miejsca by rozłożyć sprzęt. Po około pół godzinie wreszcie znalazłem wąską ścieżkę odbijającą w bok i wijącą się stromo w górę. Pięć minut wspinaczki i jak się odwróciłem moim oczom ukazał się Strzelec. Prześwit między drzewami mały, ale Strzelec jest, chmur nie ma, Księżyc zachodzi, a tuby nie trzeba chłodzić a raczej trzeba grzać, bo teleskop był w klimatyzowanym pokoju. Szybko się rozstawiłem i zacząłem obserwacje. Najpierw szybki rzut okiem na Saturna, który właśnie urzędował w Strzelcu. Szukacz i SkySurfer zostały szybko ustawione. BOC 10mm dał bardzo ładny obraz Saturna z wyraźną przerwą Cassiniego. Nadszedł czas na rozeznanie się po niebie lornetką. Pierwsze co rzuciło się w oczy to M7 czyli Gromada Ptolemeusza. Szybko wycelowałem w nią teleskop z okularem na SWAN 33mm, ale efektu brak - ach to małe pole w MAKu. Wróciłem do lornetki - chwilkę delektowałem się tą od starożytności znaną gromadą i rozpocząłem dalsze poszukiwania. Bez większych problemów znalazłem M6. Przesiadka na teleskop, szybkie celowanie i jest motyl w teleskopie. Tak bardzo jak byłem zawiedziony M7 w teleskopie, tak bardzo M6 mnie zachwycił. Zmiana okularu na SWAN 20mm i wniosek jak zawsze - warto mieć wyciąg 2” właśnie, żeby używać SWANa 33mm. Skorpion był już nisko więc stwierdziłem, że poszukam M4 póki jest jeszcze czas. Gromada odnaleziona w teleskopie bez problemu, ale jednak niskie położenie nad horyzontem sprawiło, że ta kulka nie pokazała swojego potencjału. Krótka refleksja - Cały Strzelec wysoko jak nigdy dotąd, a ja tuż nad horyzontem się męcze. Gdzie tu logika? Więc zmieniłem taktykę wycelowałem w Kaus Borealis i szybki "star hop" do M22. Tu zaliczyłem opad szczęki. Myślałem, że M13 jest królem gromad kulistych na północnej półkuli. No i M13 rządzi, ale jak się mieszka w Gdyni - w Grecji to M22 robi większe wrażenie. Nic też dziwnego, M22 jest przecież jaśniejszy (5.1 mag vs 5.6 mag) i większy (24’ vs 16’), bo jest ponad dwa razy bliżej ziemi niż M13. Tutaj zmiana okularu na SWAN 20mm sprawiła, że w ogóle nie chciało się oderwać wzroku od okularu. Następna gromada kulista to M28. I od razu ta myśl w głowie: "Najpierw trzeba było oglądać M28, a potem M22." M28 wyglądał bardzo dobrze, ale nie miał szans wywołać efektu wow po takim poprzedniku. Nie pozostało nic tylko zmienić rodzaj obserwowanych obiektów. Szybko zakładam SWAN 33mm i od Saturna, który świetnie się sprawdzał jako drogowskaz, skok do Mgławicy Laguna. Mgiełka wyraźnie widoczna. Założyłem filtr Baader UHC-S i mgiełka stała się jeszcze bardziej widoczna. I znów kolejna refleksja: "Niby taki ciemny ten MAK, ale daje radę." Nic tylko się cieszyć - skok do M20. Trójlistna koniczyna wyglądała jakby miała tylko dwa listki, ale to wystarczyło, abym się nią zachwycił. Szybko zdjąłem filtr i obejrzałem M8 i M20 jeszcze raz. Filtr jednak coś daje … Teraz szybki skok do M21. Mała gromadka uciszyła oko, ale po głowie cały czas chodziły mi mgławice emisyjne. Założyłem znów filtr i odszukałem Mgławicę Omega i udało się dostrzec łabędzia. Dość długo delektowałem się widokiem. Skok do Mgławicy Orzeł nie był wcale taki szybki, bo zaczęły pojawiać się chmury. W końcu udało się i tą mgiełkę wypatrzeć. Następnie jeszcze odszukałem Dziką Kaczkę, gdy stało się jasne, że chmury nie odpuszczą i że to koniec na dziś i koniec oglądania głębokiego nieba w Grecji, bo Księżyc będzie już królował całe noce. Rozpocząłem powolne pakowanie mając nadzieję, że chmury się może rozwieją, ale niestety nadzieja rozwiała się pierwsza. Gdy założyłem plecak na plecy uświadomiłem sobie jak bardzo jestem zmęczony. Zupełnie zapomniałem, podczas obserwacji o piciu mimo, że noc była gorąca - pół litra wody wypiłem duszkiem. Do tej pory też nie miałem świadomości jak bardzo jestem pocięty przez komary. Rozpocząłem powolny marsz do hotelu i tak sobie myślałem: "Tyle wożenia, żeby jeden dzień głebokiego nieba pooglądać... Chmury i Księżyc znów przeciwko mnie… To wąskie pole i mała źrenica wyjściowa mojego MAKa…, No i brak microficusa... Ten za mało stabilny statyw fotograficzny i nie dość sztywna głowica fotograficzna… Kurcze, ale jestem zmęczony i o głupotach myślę - przecież było niesamowicie. Jedna z najlepszych obserwacji w moim życiu!"
  24. 1 punkt
    Wieczór marzeń Zaćmienie księżyca 27 lipca i inne atrakcje Podobnie jak wszyscy, wyczekiwałem tego wieczoru. W piątek po południu wyjechałem na wschód od Warszawy aż poza Łochów, pod porządne wiejskie niebo. To znaczy, ono tam bywa porządne, gdy nie ma chmur. Tym razem jednak były. Może nie jakieś tragiczne, lecz przesłonić niski Księżyc mogły, nie mówiąc o Marsie, choćby nawet w opozycji. Jednak jeszcze przed zmierzchem Wenus było widać. Wkrótce tez pojawił się też Jowisz. Więc warto wyciągnąć statyw i zamontować lornetę (Miyauchi 20x77). Wieczór jest ciepły, więc chociaż na Jowisza sobie popatrzę. W powiększeniu 20x pasów wprawdzie nie widać, lecz miniaturowa tarczka przyciemniona pośrodku, z czterema księżycami jak czubki szpilki po bokach też przyspiesza puls astroamatora. Kumulusy rozbudowane na wschodzie nie rokują dobrze. Co raz wydaje mi się, że coś je rozświetla tu czy tam, lecz alarm jest przedwczesny. Księżyca jak nie było, tak nie ma. Pomimo tego, z tymi chmurami nie jest tak źle. Na południu, tuż ponad dachem sąsiada pojawia się pomarańczowy punkt. Czyżby Antares? Lornetka wyprowadza z błędu. To Saturn. Ziarenko otoczone miniaturowym pierścieniem cieszy oko. Widok jest wyraźny, ostrzutki, znaczy – atmosfera czysta i powietrze nie drży. Jednak Księżyca nadal ani śladu. Okrążam dom szukając dostępu do różnych fragmentów horyzontu i ciągle nic. Zrezygnowany zdejmuję lornetę ze statywu, niosę do domu. I wtedy, podczas ostatniej rundy patrolowej widzę go! Jest bardziej na południu, niż się spodziewałem i już wcale nie tak nisko. Właśnie wyłonił się sponad chmur. Tarcza barwy czystej miedzi, lecz wąziutki prawy górny skraj świeci złotem. A tram poniżej wychyla się Mars. Oj, jaki czerwony. Jest wyraźnie jaśniejszy niż Jowisz. Niedaleko ponad Marsem wychwytuję znajomy układ gwiazd – róg Koziorożca (Algiedi, α1 i α2 Cap z leżącymi w jednej linii 3 i 8 Cap). Więc Miyauchi z powrotem na statyw, na szyję - Kowa Prominar 12x56. Odtąd patrzę na zmianę przez obie. Ciemne plamy mórz księżycowych nadzwyczaj wyraźne. Na skraju Morza Przesileń dopatruję się nawet krateru Proclus z trzema charakterystycznymi promieniami. W południowej części tarczy, poniżej Morza Nektaru widać także podwójną plamę kraterów Stevinus A i Furnerius A. Wkrótce znikają wraz z zanikiem złocistego sierpa na górnej krawędzi tarczy – resztek zaćmienia częściowego. Teraz tarcza jest rozświetlona a raczej przyciemniona równomiernie i ma barwę starej, jeszcze czerwieńszej miedzi. Po pewnym czasie, około godziny dwudziestej trzeciej delikatnie jaśnieje na dolnym, południowo-wschodnim skraju. Tymczasem niebo zapełniło się gwiazdami. Pomimo niedalekich latarni daje się dostrzec droga mleczna. Majestatycznie przemierza nieboskłon międzynarodowa stacja kosmiczna. Widzę gwiazdy Orła, więc nurkuje poniżej i w prawo, w stronę Tarczy, Strzelca i centrum Galaktyki. W międzyczasie zmieniłem sprzęt na poręcznego lecz wciąż potężnego Vortexa Kaibab 15x56. Wychwytuje i pokazuję towarzyszącemu mi synowi najpierw M11 – gromadę otwartą Dzika Kaczka, później chmurę gwiazd w Strzelcu (M24) z gromadami M23 i M25 po bokach. Jeszcze później udaje mi się wyłuskać ponad gałęziami drzew mgławicę Laguna (M8). Od niej w lewo znajduję także i demonstruję synowi gromadę kulistą M22. Dla syna jest to ten pierwszy raz. Dotychczas nie miał okazji widzieć takich cudów. Przy wciąż pogodnym niebie co raz błyska się. Błyskawice widać coraz jaśniej na północnym wschodzie. Zaczynamy się zwijać. Przenosimy statyw na drugą stronę domu, bliżej jego schowka. A tam Kasjopeja z Perseuszem! Celuję w Chichoty – sławną Gromadę Podwójną (NGC 869 i NGHC 884). Muszę to pokazać mojej (całkiem dojrzałej) latorośli. Uczę go zerkania, przy którym Chichoty wybuchają w Vorteksie fajerwerkami gwiazd. Więc może coś jeszcze? Dyszel Wielkiego Wozu w korzystnym położeniu. Pod nim Psy Gończe. Szukam Galaktyki Wir (M51). Nie jestem lordem Rosse a mój sprzęt to nie Lewiatan z Parsonstown, lecz mam ją! Syn też widzi. Znaczy, obserwowaliśmy galaktykę nie tylko przy pełni Księżyca, lecz także w burzę. I jak ja to teraz powiem znajomym niedowiarkom?
  25. 1 punkt
    No to pogalaktyczyłem. A było to tak: Szykował się rodzinny wyjazd na wieś. Więc możliwe będą obserwacje. Ale czy na pewno? Według prognoz pogoda miała być niezła, lecz raczej taka dla wczasowiczów, niekoniecznie dla astroamatorów. Meteo.pl wręcz straszyło pochmurną nocą. Więc pokusa – wziąć tylko jedną poręczną Kowę Prominar 12x56 na ptaki i ewentualne gwiazdki wśród obłoków. Bagażu jest i tak cała góra do zabrania. Jednak nie – nie po to kupowałem dopasowane do sprzętu, wygodne torby fotograficzne, bym miał zostawiać je wraz z lornetkami w domu. Więc biorę komplet – kątową Miyauchi 20x77, Vortexa Kaibab 15x56, jasnego Fujinona HB 10x60 i rzeczoną Kowę. W sumie to i tak niewielki bagaż w porównaniu z całą resztą wyposażenia Babci-Teściowej, jadącej do swojego królestwa. A tam na miejscu klęska żywiołowa. Bobry podeszły rowem melioracyjnym i powaliły na rodzinnym terenie dwie potężne topole. Żeby powaliły! Kilkudziesięciometrowe drzewa wiszą oparte o inne, ponad ogrodzeniem oraz wodą. Zrobienie z tym porządku nie jest na moje siły, ani jak się wydaje kogokolwiek innego bez fachowej wiedzy i sprzętu. Jednak zjechało się nas kilkoro. Szwagier nie rezygnuje. Już szykuje piłę łańcuchową i drabinę. Przecież go nie zostawię samego z tym przedsięwzięciem godnym Wyrwidęba. Tak więc skończyłem dzień po przeciągnięciu, przeniesieniu lub przewiezieniu na taczkach poprzez kretowiska ładnych paru ton pni. Tymczasem wieczór robi się nadzwyczaj pogodny. Ja jednak padam z nóg, droga na miejscówkę nie obadana po zimie a wjazd pod górkę pomiędzy drzewami i krzakami to w najlepszym razie ryzyko podrapania karoserii. W gorszym razie można nie wrócić do domu. Z żalem odmawiam niezawodnemu koledze, który wyczuł moją obecność w okolicy i proponuje wspólny wyjazd. Więc pozostaje podwórko. Okolica nie jest zła, bo to Nadbużański Park Krajobrazowy, jednak we wsi są liczne latarnie a i z sąsiednich domów świecą okna. No ale działka jest spora i można się spróbować ukryć w cieniu budynków. Jak tylko zaczęło się ściemniać, zawiesiłem Miyauchi na statywie i spojrzałem na Żłóbek, gromadę M35 i dostępne jeszcze na zachodzie Plejady. Żłóbek w tych warunkach przecudny ze swoimi trójkami i parami gwiazdek, na M35 trochę jeszcze za wcześnie lecz i tak widać co najmniej tuzin ziarenek, zaś Plejady bladawe nisko na zachodnim niebie. Bliskie gromady otwarte prezentują się pięknie w powiększeniu 20 razy, pomimo, że jeszcze jest półwidno. Cóż jednak znaczy wiejskie niebo! A było ono w dodatku świetnej jakości, bo prognozy szczęśliwie zawiodły. Powietrze jak żyletka. Po przeczekaniu zmierzchu powtórnie ruszam do akcji. Udało się schować przed wszystkimi światłami wraz z lornetą na statywie. Więc adaptacja wzroku do ciemności. Namierzam M51, Galaktykę Wir, obok końcówki dyszla Wielkiego Wozu - eta UMa (Alkaid). To niezawodny cel. Będę do niego dzisiaj wracał wielokrotnie. Jak to M51 – widoczna jest od razu, jednak z czasem rośnie i pojawia się obok niej satelitarna galaktyka NGC 5195. Widok jest coraz lepszy, widać wyraźnie obok siebie dwa obiekty, nie jakiś tam krążek z wypustką. Poświęcam mu wiele czasu, dawno nic podobnego nie oglądałem. Kolejnym celem jest nieodległa galaktyka M101 (Wiatraczek), z drugiej strony dyszla Wielkiego Wozu. Nie zawsze jest oczywista, lecz tej nocy, w tym miejscu i przez ten sprzęt – jak najbardziej. Wyraźna, mleczna plama widziana na wprost, bez żadnych kombinacji, tak jak lubię. Też nie żałuję na nią czasu, choć wzywa mnie już Lew. Pamiętajmy, że obszar nieba mam ograniczony przez ten mój ciemny lecz ciasny schowek. Jednak do lwiej słabizny dobrać się mogę. Pod lwim podbrzuszem, gwiazdą theta Leo (Chertan) odnajduję przełamaną linijkę słabszych gwiazd i pod tą narożną od razu zauważam plamkę najjaśniejszej galaktyki ze sławnego Tripletu Lwa – M66 (9,66 mag). Niemal równocześnie wyskakuje słabsza M65 (10,25 mag). Walczę z najtrudniejszą z Tripletu NGC 3628 lecz do końca nie mam pewności, czy to, co mi momentami majaczy jest rzeczywiście szukanym obiektem a nie iluzją pamięci. Tu niestety potrzebna byłaby prawdziwa miejscówka, dalej od świateł wsi. Jednak z drugiej, zachodniej strony gwiazdozbioru Lwa, pod jego żuchwą (pomarańczowa gwiazda lambda Leo – Alterf) bez trudu zauważam obiekt pominięty przez Messiera – galaktykę NGC 2903). Nie jest imponująca, lecz też nie do przeoczenia. Porzucam Lwa lecz błądzę blisko poza nim. Na Łańcuch Markariana nie liczę, choć w Pannie majaczą jakieś plamki na skraju percepcji. Kieruję się do kity na lwim ogonie – oczywistej gromady Melotte 111 już w Warkoczu Bereniki. Przez parę chwil wpatruję się w miejsce, gdzie musi znajdować się Igła – subtelna i smukła galaktyka NGC 4565. Nie ma co się jednak łudzić, naprawdę widziałem ją tylko pod bieszczadzkim niebem w Stężnicy. Za to Galaktykę Czarnooką (M64) wyłapuję bez trudu błądząc nieco na oślep po Warkoczu. Jak zawsze niezawodna, choć struktury jakiejkolwiek oczywiście nie widzę. Znów robię przerwę. Powracam za pewien czas odświeżony (ha,ha!) napojem niskoprocentowym, na wszelki wypadek bez dużej lornety ani statywu, za to z fotelikiem postawionym na okrągłej płycie dla ułatwienia manewrowania. Wracam do galaktyk, z których większość wyłapuję w powiększeniach 15x i 12x choć niekoniecznie przy 10x, odnajduję Gromadę Podwójną i Perseusza poniżej niej. Bez tego nie ma obserwacji, Chichoty są tym, na co patrzy się zawsze. Znów oceniam, że jasna lornetka 10x60 już nie jest na moje oczy. Źrenica wyjściowa 6 mm to już nie moja bajka. Szkoda, bo Fujinonek zaczyna się u mnie marnować. Jednak Vortex i superwygodna Kowa pracują dzielnie. Pora kończyć. Czuję w kościach dzień a w głowie wieczór. Może przyśnią mi się gwiazdozbiory i wyspy Wszechświata? Po takim dniu nie mają wyjścia.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy pliki cookies w Twoim systemie by zwęszyć funkcjonalność strony. Możesz przeczytać i zmienić ustawienia ciasteczek , lub możesz kontynuować, jeśli uznajesz stan obecny za satysfakcjonujący.

© Robert Twarogal, forumastronomiczne.pl (2010-2019)