Skocz do zawartości

Ranking użytkowników

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 15.04.2024 uwzględniając wszystkie miejsca

  1. Nie widzieliśmy wtedy jeszcze eksplozji, ale wyczuwaliśmy jej nadejście w z wolna kwietniejącym powietrzu. Zapowiadana fala ciepła początkowo dawała o sobie znać tylko w postaci wiatru przewalającego gęstawe chmury, sporadycznie rozrywające się na tyle, by ukazać namiastkę nieba. Jednak już pierwszego wieczora delikatnie się przetarło, niezbyt śmiało, lecz na tyle skutecznie, żeby pozwolić introwertykom na ucieczkę od rozmów pod pretekstem zajęcia się niebem. Podobno padły wtedy pierwsze strzały, ktoś rzekomo widział wieloryba, ktoś inny igłę w warkoczu, a komuś zawirowało pod niedźwiedzim ogonem. Ale taki już jest ten chaos początkowych doniesień, krzykliwych lecz zbyt mało kuszących, by oderwać się od lampki zupełnie przyzwoitego Château Latour Camblanes, kończyliśmy więc z Pablitem swoje rozmowy o życiu, Wszechświecie i całej reszcie. Wieczór zamienił się w noc, rozmowy cichły z każdym kwadransem, w końcu zrobiło się cicho. Koło trzeciej, po kolejnej nieudanej próbie zaśnięcia, wstałem z powodu duchoty. Otworzyłem okno i dostałem Drogą Mleczną w niedospany łeb - Wega nad czworobokiem Lutni krzyczała świetlistym błękitem, szyja Łabędzia kipiała jasnymi obłokami, inne gwiazdy lśniły jak w najlepsze bieszczadzkie noce, gdzienieniegdzie tylko było widać czarne placki poszarpanych chmur. Wpatrywałem się w ten widok jak oniemiały. Po dwóch-trzech minutach w końcu podjąłem decyzję - zbiegłem na dół po Fujinona, zdjąłem w pośpiechu zaślepki, wyszedłem przed domek - i zobaczyłem tylko błyskawicznie przywiane chmury, spod których już tylko najjaśniejsze słońca mogły się przebić. Po kolejnej chwili jedynymi światłami nad Zatomiem były już tylko sodówki. Ten pozornie nieistotny przypadek rozbudził jednak apetyt. Wiadomo już było, że mimo nie najlepszych prognoz na kolejną noc, lepiej będzie widzieć szklankę do połowy pełną. Następnego wieczoru wystarczyło być w gotowości do okolic 23:00. Gwiazdy zabłysły zupełnie wyraźnie, choć przejrzystości było daleko do tej sprzed dwudziestu godzin. Ale przeciętna noc w Zatomiu i tak przecież oznacza obiektywnie świetne warunki. Miałem do dyspozycji Fujinona 10x50 i nie potrzebowałem wiele więcej (poza statywem, którego akurat nie wziąłem, bo prognozy parę dni wcześniej były przecież beznadziejne). Szybko zacząłem nadrabiać zaległości, nieco w pośpiechu goniąc od Woźnicy po Bliźnięta, przeskakując z jednej emki na drugą, od Kota z Cheshire po Żłóbek. Dalej i wyżej, złapałem śliczne drzazgi M 81-82, następnie Wir i Wiatraczek w ogonie Wielkiej Niedźwiedzicy, Słonecznik i M 94 w Psach Gończych - każda mgiełka tycia, ulotna i jednocześnie w tej tyciości i ulotności przepiękna. Rzuciłem okiem na Chichoty, a potem zatrzymałem się na dłużej przy Róży Karoliny. Ta oczywiście nie była niczym więcej niż jednorodną plamką, ale w małych lornetkach jakoś nigdy nie potrafi mi to przeszkadzać. Więcej, te niedopowiedzenia wynikające z pozornego braku apertury i powiększenia zawsze stanowiły o uroku małych lornetek. Być może na dłuższą metę takie widoki byłyby nudnawe, ale wobec wielomiesięcznego wyposzczenia, cieszyłem się z każdego bladego pojaśnienia wypatrzonego na niebie, choćby z takiej M 48 która wisiała na tyle nisko, żeby nie przypominać nawet samej siebie z zaświetlonych Blizin. Dalej wciąż było skromnie, lecz nie mniej pięknie. Łapałem małe puchate gromady kuliste - M 13, M 92, M 3 i M 5, jedną podobną do drugiej, ale jednak odróżnialne mocniej niż tylko przez swoje kadry. I w momencie, kiedy już miałem zacząć narzekać na przeciągające się obserwacje z ręki, z pomocą przyszła zaparowana lornetka Moonisha, która zwolniła statyw. Zaraz można było iść dalej, by złapać Hantle i M 71 w Strzale, jeszcze mniejszą M 56 w obłędnie bogatym polu gwiazdowym i gwiazdopodobną Pierścieniową w Lutni. Odwiedziłem barwne omikrony Łabędzia, przeskoczyłem do M 39 z nieodłącznym cieniem Barnarda 168. Najpiękniej jednak wyglądała parka drobnych gromad w zachodnim skrzydle, NGC 6866 i 6819. Dwie drobne mleczne plamki zawieszone gdzieś między dziesiątkami gwiazd - i tylko szkoda, że nie mieściły się w jednym kadrze. I nawet większa, wyraźniejsza NGC 6811 nie była z nimi w stanie konkurować. Niewiele później niebo zaszło cirrusem i przestało być obserwowalne. Reszta szklanki była tylko pozornie do połowy pusta. Choć ostatnia noc upłynęła raczej towarzysko, można było jednak zrobić kilka (raczej pamiątkowych) zdjęć, sprawdzić kolimację teleskopu i zerknąć na co jaśniejsze obiekty. Lecz czy to nie do takich nocy się potem najmocniej tęskni, kiedy ziemia pachnie już wyraziście, oddech się pogłębia, a ciemność otula przyjmnym, rześkim ciepłem? Zaś eksplozja w końcu nadeszła, zieleń buchnęła w dzień wyjazdu. Zalała nas fala ciepła, wraz z oślepiającą bielą kwiatów na drzewach owocowych. Wiosno, witaj!
    15 punktów
  2. Wczoraj Księżyc wisiał na tyle wysoko, że około 18:00 był wciąż doskonale dostępny z mojego balkonu (ekspozycja wschodnia), i to mimo młodej fazy. Odkurzyłem czarny kufer, by przeprosić się z Kątunią (APM 82 mm), wstawiłem okulary 16 mm dające powiększenie 30x (największe dostępne, które jeszcze nie zdradza utraty kolimacji). Mimo nie najlepszego kontrastu na wciąż błękitnym niebie, pięknie było widać wszystkie ważniejsze struktury Srebrnego Globu. Oczywiście najdoskonalej widoczne było centralne trio Cyryl-Teofil-Katarzyna i Herkules z Atlasem powyżej, ale moją uwagę przyciągnęło Morze Przesileń, na którym po chwili wpatrywania się pojawił się czarny pieprzyk Picarda. Tuż na lewo świeciły zachodnie stoki Proclusa, mocno wyróżniające się swoim albedo. Najpiękniejsze jednak okazały się zapalające się lampy wierzchołków koron karaterów po ciemnej stronie terminatora, szczególnie ta w okolicach bieguna południowego, wyraźnie bardziej niż inne oddalona od linii terminatora. Jeszcze lepszy widok czekał na mnie godzinę później. Pełniejący złoty sierp był już nad dachem bloku, ale turbulencje pochodzące od ciepła budynku były zaskakująco pomijalne, zaś kontrast zauważalnie wzrósł. Morze Przesileń pokazało kolejne dwa cienie kraterów (Peirce i Oppel), bliźniaczo podobne do Picarda, również odarte z jakiegokolwiek lśnienia, tak jakby oświetlenie potrafiło im nadać wyłącznie cień. Za to ściana Proclusa świeciła chyba jeszcze wyraźniej, zaś wybitna wcześniej Rupes Altai rozpadła się w swojej jasności na kilka mniejszych i nieco słabszych wygięć. Po zachodniej stronie terminatora, w południowej części pozapalało się jeszcze więcej wierzchołków, zaś te które były widoczne wcześniej zyskiwały na długości i łukowatości, a Maurolycus domknął krąg świateł w swojej koronie. Ciekawie układał się cień na Morzu Jasności - w jego centralnej części załamywała się kształtna krzywizna terminatora, zdradzając delikatną depresję terenu względem okolicznych łańcuchów. Chwilę jeszcze powodziłem wzrokiem po siostrzanych wklęśnięciach pomniejszych karaterów w północnej części tarczy (żadne z nich nie było tak jasne jak Proclus), próbowałem też wypatrzyć północną część Doliny Alpejskiej (o dobę za wcześniem, zdaje się) ale trzeba było w końcu uciekać przed coraz bardziej przeszywającym zimnem. I szkoda tylko, że nie mam balkonowych widoków na zachód. ... PS nie wiem, czy nie dubluję tematu - dałbym sobie przyciąć paznokieć, że gdzieś tu był temat "Księżyc przez lornetkę" - ale nie znajduję. Ktoś pomoże?
    5 punktów
  3. Dawno niczego nie publikowałem bo dawno też nie fociłem, ale w końcu po ponad roku udało się trafić w Bieszczadach na w miarę dobre warunki. Łącznie około 16h materiału z czego 5 to kolor reszta luminacja, suby po 60s, materiał zbierany w ubiegły weekend i w marcu rok temu w Dwerniku. Niestety przez tak długi czas umiejętności obróbki też się lekko zdezaktualizowały 😉
    4 punkty
  4. Czwartkowa koniunkcja Łysego i Plejad z 8x30. Robione chlebakiem 😉
    3 punkty
  5. Cieszymy się z Tobą 😁
    2 punkty
  6. Newton 200/1000, Canon 650d, Heq5. Prócz tytułowych galaktyk, na zdjęciu możemy znaleźć NGC 4027 i 4027A, PGC 37910. 180 x 5 minut. Materiał niestety zebrany 50 km na wschód od Warszawy.
    2 punkty
  7. Ja też obserwowałem rogalik przez lornetkę DO extreme ED 7x50 i piękny czysty ostry obraz kraterów na powierzchni księżyca brak kolorowej obwódki na brzegu 😁
    1 punkt
  8. Uwielbiam takie krótsze lub dłuższe wyprawy, zawsze znajdzie się jakiś szczególny obiekt lub miejsce, czasem kilka które przyciągną uwagę wyróżniając się jakimiś detalami. A w ciemnościach kraterów czy po ciemnej stronie często kryją się jakieś niespodzianki 😉
    1 punkt
  9. Pojechalem na 2 dni turystycznie w Bieszczady i zapomnialem sprawdzic czy przypadkiem nie bedzie warunkow na obserwacje, Rozkladam sie do spania a tu jakie niebo ! Mialem tylko lornetke 9x21 ale i tak komete widzialem mimo ksiezyca. Drugiej nocy tez było calkiem całkiem a ja bez sprzetu.....😂
    1 punkt
  10. Wiem, że to mało zabawne, sam nie raz tak miałem, ale jak to czytałem, to i tak wybuchnąłem śmiechem. Nie z cudzej sytuacji (życzę każdemu obserwatorowi tyle nieba, ile będzie w stanie udźwignąć), a raczej z klasycznego przypadku, kiedy to wszystko wydaje się z człowieka robić żarty. Najgorzej, że w tym kraju czasem naprawdę może się niejednemu odechcieć na długo. Bo jest ona taka, jak powinna być:) Jeżeli komuś to miałoby przeszkadzać, to taka osoba chyba nie do końca rozumiałaby przez co patrzy i na co, wtedy jedyny ratunek, to dostosować sprzęt lub omijać cele, które zamiast cieszyć, przeszkadzają. Swoją drogą, w lepszych okolicznościach coś zaczyna się dziać z poświatą NGC 7789 w 10x50. Ja z kolei, planując ostatnio pewne galaktyczne cele na wiosnę, uświadomiłem sobie nagle, że ledwie się rozpoczęła, a pozostał tylko jeden nów choćby na taką Pannę czy Warkocz, nie wspominając o Lwie. Wczoraj miałem niebo, ale przez to, że Księżyc zachodził zbyt późno, i pewne rejony byłyby już daleko za południkiem, odpuściłem całkiem.
    1 punkt
  11. Taki temat znalazłem 😉
    1 punkt
  12. Już dawno nie było takich warunków w Poznaniu. Księżyc w bino - cudo. Szczególnie Theophillus, Cyrillus i Catharina przy Mare Nectaris. Na drugim teleskopie "łapią się" galaktyki 😉
    1 punkt
  13. Melotte 111 - skupisko gwiazd w Warkoczu i kita ponad lwim ogonem - Denebolą (Beta Leonis). Gromada olśniewająca w lornetce 12×56 nawet z miejskiego balkonu.
    1 punkt
  14. Tymczasem wczoraj wieczór F=200mm
    1 punkt
  15. Tak się zastanawiam czy na ocenę jasności nie wpłynął błąd barwy.Gwiazdy pomarańczowe czy czerwone wydają się jaśniejsze i to wraz ze wzrostem apertury,chociaż nie u wszystkich obserwatorów.Przy najbliższej okazji użyję 80/400 oraz lornetki 15x70 i zobaczę co mi wyjdzie
    1 punkt
  16. R Leo nabiera blasku. W małym teleskopie 72/324 widoczna nawet przy Księżycu.Oceniałem wczoraj chociaż Księżyc robił swoje, wyszło mi ~8 mag.Żeby dobrze ocenić trzeba poczekać na niezaświetlone niebo.W lornetce 15x70 nie bardzo mogłem dostrzec. Zachęcam do obserwacji
    1 punkt
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.

© Robert Twarogal 2010-2024