Skocz do zawartości

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów '22x85' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Obserwujemy Wszechświat
    • Astronomia dla początkujących
    • Co obserwujemy?
    • Czym obserwujemy?
  • Utrwalamy Wszechświat
    • Astrofotografia
    • Astroszkice
    • Foto-obserwacje czyli EAA
  • Zaplecze sprzętowe
    • ATM
    • Sprzęt do foto
    • Testy i recenzje
    • Moje domowe obserwatorium
  • Astronomia teoretyczna i badanie kosmosu
    • Astronomia ogólna
    • Astriculus
    • Astronautyka
  • Astrospołeczność
    • Zloty astromiłośnicze
    • Konkursy FA
    • Sprawy techniczne F.A.
    • Astro-giełda
    • Serwisy i media partnerskie

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


MSN


Website URL


ICQ


Yahoo


Jabber


Skype


Zamieszkały


Interests


Miejsce zamieszkania

Znaleziono 3 wyniki

  1. Dziwna ta zima, podczas której śnieg widzieliśmy tylko przez godzinę, a mrozów nie było praktycznie wcale. Jedynie w pogodne noce niestrudzony Myśliwy, wraz z wiernymi psami powtarza mantrę o porze roku, której nie ma. Gdy we wtorkowy wieczór łowca znów się zjawił, jego psy zawyły głośniej niż zwykle, a ja zebrałem się błyskawicznie. Czasu miałem niewiele - okno pogodowe dawało mi maksymalnie półtorej godziny obserwacji. Ale nie chodziło przecież o długi maraton, a raczej o chwilę spokoju i sprawdzenie, czy wszystkie messiery świecą na swoich miejscach. Po dwudziestu paru kilometrach jazdy odbijam w lewo, w błotnistą drogę po lasem - auto zaczyna tańczyć, koła buksują raz po raz, ale ten nieco stresujący, trzystumetrowy poślizg doprowadza mnie w końcu do trawiastej zatoczki pod lasem. Tu się stoi niemal pod drzewami, których gałęzie zabierają kawał wschodu i zachodu, za to mniej dokucza wiatr i nie trzeba brodzić w błocie. Temperatura jest znośna, a ziemia i trawy są przesiąknięte wonią przedwiośnia. Toczący się nisko nad zachodnim horyzontem wał chmur każe się spieszyć, więc nie tracę czasu na wyjmowanie atlasu, a od razu wieszam Tereskę na Sliku, a Fujinona na szyi. Parę głębokich wdechów i szybkie spojrzenie w niebo, by wiedzieć czego szukać, a co odpuścić. Klepsydra Oriona wyraźnie się już przechyla w prawo, Zając zagrzebuje łapy w ciemnych zabudowaniach na horyzoncie, a Byk kładzie pokornie głowę. Od wschodu, tam gdzie Spica ledwo wystaje ponad linię drzew, słychać głośno krzyczące żurawie. Pod Lwem zieje pustka ledwo zaznaczona grzbietem Hydry, ginącym w coraz wyższych łunach nieodległych miejscowości. Pierwsze spojrzenie na M 42 rozczarowuje. Może to brak adaptacji, a może warunki nie są najlepsze. Przeskakuję na Chichoty, ale coś je odziera z blichtru. Myślę, że to trójmiejska łuna, ale szybko okazuje się, że w ciągu paru chwil nadciągnęła forpoczta zachmurzenia. Jakieś drobne, ledwo widoczne włókna wyraźnie przygaszają nawet najjaśniejsze obiekty głębokiego nieba. Wycelowuję w piętę Kastora, Messier 35 nie powala. Podobnie jest ze słabą w tych warunkach M 41. Chyba długo nie zabawię, ale głód każe mi jeszcze zostać. Zostawiam Tereskę, i skaczę sobie beztrosko po klasykach z Kową 12x56. Chwilę później zamieniam ją na Fujinona 10x50. Cóż, zawsze się to tak kończy - chyba, że w pobliżu jest Nikon WX. Gołym okiem wyłapuję asteryzm Kij Lacrosse, chwilę później jestem tam już z Fujinonem. Cała menażeria wokół Kota z Cheshire jest wyraźna i przestrzenna. Kawałek w lewo kipi jasna M36. Przypominam sobie o Barnardzie 34 i LDN 1550, ale tego pierwszego nie widzę, a położenia drugiej nie pamiętam dość dokładnie. Muszę się więc zadowolić ledwo widoczną lub wyobrażoną smugą LDN 1555 i 1557. Chyba jednak wyobrażoną. Wracam do Koźląt - tutaj wyobraźnia nie musi nic dodawać, widzę ślad wachlarza LDN 1477, a na prawo jakieś dalsze pociemnienia. Notuję jeszcze w pamięci wyciągnięty romb wokół Collindera 62 i odwiedzam Perseusza, tu i ówdzie okraszonego przepływającymi, rdzawymi od lamp chmurami. Miejscami daje to niesamowity efekt, jakby ktoś wyciął ze zdjęć dobry tuzin barnardów i nałożył je na widoczny w lornetce kadr. Rzeczywiste ciemnotki są znacznie skromniejsze - ślad Tokyo 994 jest nikły, choć pobliskie Melotte 20 i NGC 1528 mają swoje lepsze momenty. Przeskakuję na wschód, gdzie niebo jest chyba mniej zapaskudzone. Galaktyki są skromne, a przepływające chmury zabierają nawet te, które zwykle są nietrudne do wyłapania. W Lwie dostrzegam tylko M 66, NGC 2903 gdzieś mi się gubi. Odwracam się ku Niedźwiedzicy przebijającej przez gałęzie. Jest coś urzekającego w parce messierowych smug nad Dubhe. Messier 51 również daje się łatwo złapać, lecz Sowa jest już nieco wątpliwa. Wpadam jeszcze nad ogon Niedźwiedzicy po Messiera 101, wyłuskuję Słonecznik (M 63) i małą krągłą M 94 nad Sercem Karola. Ponownie odwiedzam M 42 i tym razem jest nadspodziewanie pięknie. Wracam do Tereski, a ta potwierdza, że niebo się przeczyściło. Wielka Mgławica rozpościera zachodnie ramię na ponad 20 minut łuku. Nie przypominam sobie, żeby tak daleko sięgał jej płaszcz. Wschodnie ramię jak zwykle - bardziej wyraziste, lecz wąskie i krótkie. Nic się nie zmienia od lat, ale oko wciąż nie może się napatrzeć. Rybi Pysk wżera się mocno i wyraziście, a tuż pod Trapezem laserunek mgławicy przechodzi w mocny impast. Przechodzę wyżej, przez wyraźne M 43 i NGC 1981 do M 78. Zachodnia krawędź jest mocno odcięta za sprawą LDN 1627, wschodnia rozlewa się wachlarzem i urywa szybko. Bez trudu łapię najjaśniejszy fragment Pętli Barnarda i wiszącą obok NGC 2112. Jeszcze raz odwiedzam piękną już M 35 z towarzyszkami (NGC 2158 i 2129), lecz moją uwagę najskuteczniej przyciąga Collinder 89. To chyba jeden z moich najulubieńszych kadrów zimowych, w którego przestrzeni, kolorystyce i asteryzmach zatapiam się przez dłuższą chwilę. Robię się zmęczony, więc lista klasyków gwałtownie się kurczy. Łapię w Teresce cały Triplet Lwa, jeszcze raz odwiedzam M 51 z jej magellanem, chwilę męczę kark na trójcy M 81 - M 82 - NGC 3077 i wracam do Fujinona. Zatrzymuję się na obu messierach w Raku, ale moją uwagę dłużej przykuwa sześćdziesiąty siódmy. Dostrzegam wyraźny pierścień Rozety, a kawałek nad Betelgezą - uroczą plamkę NGC 2194. Tej ostatniej poświęcam parę minut, próbując dostrzec ślad ziarnistości, ale tu nawet 22x85 się poddaje. Chwilę jeszcze wpatruję się w tę gromadę przez Fujinona, odcinając wszelkie myśli. Ale w końcu przychodzi ta, która każe się zwijać. Na parkingu pod domem Lew wisi zaskakująco wysoko, a ja dobrą chwilę się zastanawiam, czy w Blizinach był niżej nad horyzontem, czy po prostu bliżej.
  2. Chcących poczytać o Nibiru i końcu świata właśnie w takim ujęciu, z góry przepraszam za rozczarowanie. Dla mnie koniec świata to niektóre miejsca w Bieszczadach, a że spędziłem tam niedawno 2 noce na gapieniu się w niebo, to znów o tym ponudzę. Z każdym kilometrem bliżej końca świata niebo obiecywało coraz więcej. Kiedy wyjeżdżałem z domu przed południem, ciężkie deszczowe chmury wisiały nad całym widnokręgiem. Na granicy świętokrzyskiego i podkarpackiego walka pomiędzy kolorem szaroburym a błękitnym wyglądała na wyrównaną, a niebo u podnóża Bieszczad zdobiły już tylko pojedyncze niskie chmury, powoli sunące za czysty horyzont. Prognoza okazała się bardzo dokładna i pierwszy wieczór obserwacyjny rozpoczęliśmy jakoś po godzinie 21. Jeśli chodzi o jakość nieba, to najprawdopodobniej nie ma ciemniejszego w granicach Rzeczpospolitej. Koniec kropka. Z tym faktem wiąże się niestety mój ?syndrom Bieszczadzki?, mianowicie chodzi o to, że oszołomiony takimi warunkami, odchodzę od wszelkich ambitniejszych planów obserwacyjnych na rzecz klasyków, które po prostu już nie mogą wyglądać lepiej. A co zrobić jeśli do tego obok stoi 12 calowe lustro? A co jeśli to lustro wyewoluowało do lornety? Taurus Łukasza i nasadka bino wraz z parką Panopticów 24mm użyczone przez Dominika rozbiły bank, a rozbijając M 13 dostarczyły mi widoku numer 1 podczas tego spotkania. Niesamowite poczucie przestrzenności i wygoda patrzenia obojgiem oczu plus czerń bieszczadzkiego nieba nikogo nie pozostawiły obojętnym. To samo z M 27 ? przepiękny ?ogryzek? z ogromem detalu. Był oczywiście i Veil, była M 57 i parę słabszych obiektów, jak np. Róża Karoliny (NGC 7789), była moja ulubiona M 11 (choć tu musi być większe pole) i wiele innych. Już nie pamiętam czy z pomocą nasadki, czy też nie, ale obiekty takie jak Crescent (NGC 6888), niewielka NGC 6520 wraz z Barnardem 86 (Ink Spot), czy Kokon (IC 5146) padały jeden po drugim. Do ideału brakowało tylko suchego powietrza. Niestety, przez całą noc walczyliśmy z wilgocią, która przychodziła jakby falami. Zenit był idealny, ale obiekty tuż nad horyzontem ? mocno przygaszone. Przypuszczam, że udając się trochę wyżej nie byłoby tego problemu, ale oprócz gapienia się w niebo lubię czasami piwo w dobrym towarzystwie, więc nie byłem już mobilny. Oczywiście miałem też moją TS 22x85, a obok stała ?seta? lukosta. Muszę przyznać, że te 15mm różnicy w aperturze wyraźnie przekładało się na zasięg. A w lornetach podziwialiśmy? mgławice planetarne. Powiedzmy sobie szczerze, większość tych obiektów w lornetce to słabe, co najwyżej gwiazdopodobne obiekty do odhaczenia, ale jest pewna ich grupa oferująca więcej. Taki na przykład Ślimak (NGC 7293), najpierw 100mm i nie dało się jej przeoczyć, piękny duży bąbel z kilkoma gwiazdkami w środku, to samo w 85mm, choć tu obraz troszkę ciemniejszy. No to dalej. Spojrzenie przez dachówkę 12x56 i mgławica widoczna od razu. Lornetka Vortex 10x42 była ostatnim, już najmniejszym przyrządem, jakim dysponowaliśmy, w którym Ślimak był widoczny, bo gdybyśmy mieli mniejszą, to też nie zawahałbym się jej użyć. Mgławica Czaszka (NGC 246) w Wielorybie, to kolejna z listy planetarek dostępnych dla lornetek. Da się ją zidentyfikować już w 15x70, a stumilimetrowe obiektywy pokazały nam wyraźną okrągłą mgiełkę i z tego co pamiętam nawet jakieś gwiazdki na jej tle. Jako następna padła NGC 6781 w konstelacji Orła. Była niewiele mniejsza od poprzedniej i chyba trochę trudniejsza w dostrzeżeniu, ale jej widoczność w TS Marine 22x85 ciągle nie pozostawiała wątpliwości. Mgławica znajduje się powyżej 2 niezbyt jasnych gromadek otwartych NGC 6759 i NGC 6755, które idealnie pasują do trzystopniowego pola lornety. Będąc w tym rejonie nieba, koniecznie zerknijcie na odległą jakieś 7 stopni na zachód przepiękną gromadę IC 4756 oraz nie mniej zjawiskową NGC 6633 ? jeszcze ok. 3 stopnie na zachód. Najbardziej podoba mi się w nich zróżnicowanie jasności i kolorów gwiazd. W mojej lornecie dopadłem też wreszcie Galaktykę Barnarda (NGC 6822), której nigdy wcześniej nie widziałem. Resztę nocy spędziłem na gapieniu się na ciemne obłoki w Orle i Łabędziu, których na moim niebie normalnie nie widać aż w takiej okazałości, a także na porównaniach klasyków widzianych w różnym sprzęcie. Zdjęcie z Wielkiej Rawki, najlepiej oddające ducha w jakim upłynął kolejny dzień w Bieszczadach. Prognozy na dugą noc nie były już tak piękne. I rzeczywiście, wysokie chmury ? jak na zdjęciu powyżej snuły się przez cały dzień i kiedy zapadała ciemność wciąż nie ustępowały. Wieczorem przysiadłem przy ognisku rozpalonym przez Ignisa i jeszcze przed jedenastą stwierdziłem, że jest jednak lepiej niż jeszcze 2 godziny wcześniej. Rozstawienie się z lornetką zajęło mi mniej niż 2 minuty. To ogromna zaleta tego sprzętu. M 22 zadziwiała ogromem, ponadto upolowałem też kilka innych kulek, które nie są już tak oczywiste lub nawet niedostrzegalne pod moim podkieleckim niebem. Sporo tego było, oprócz oczywistych eMek m.in. NGC 6638, NGC 6642, NGC 6624 a następnie skarby Strzelca, o których można by napisać dużo, ale i ciężko to zrobić bez wyświechtanych frazesów, więc po prostu napiszę, że największe wrażenie wywarły na mnie M17 i Chmura Gwiazd Strzelca a poza tym, to zrobiło mi się po prostu źle na myśl o tym ile zazwyczaj tracę przez LP. Toż to w ogóle inny świat! W Tarczy widziałem wszystkie 6 gromadek gwiazd wyszczególnionych w moim atlasie i spędziłem może 20 minut studiując otoczenie M 11; ciemne niewielkie farfocle na wschód od niej i potężną granicę pomiędzy światłem i ciemnością na zachodzie. Niebo wprost gotowało się w tym rejonie. Żaden teleskop tego nie pokaże w taki sposób. Później był Łabędź i szlagiery oraz mniej znane cele, na przykład NGC 6866, czyli gromada przypominająca obwarzanek, czy NGC 6819. Nieco poniżej od Veila jest chyba trochę zapomniana a naprawdę spora i bogata gromadka otwarta NGC 6940. Warto ją zobaczyć i wcale nie trzeba mieć do niej bieszczadzkich warunków. Barnard 168, i pobliska M 39 to również jeden z moich ulubionych kawałków tego, co latem ponad głową. Gdzieś w okolicach Jaszczurki czy Cefeusza, zamieniłem lornetę na lornetkę i usiadłszy wygodnie na przenośnym krzesełku skierowanym na wschód z puszką czegoś dobrego obok, nadal wędrowałem wzdłuż Drogi Mlecznej. Prawie leżąca pozycja i Vortex Viper HD 10x42 w rękach skierowany w stronę konstelacji niemal doskonałej ? Kasjopiei. To było to! Esencja relaksu. Wilgoć nie dokuczała aż tak bardzo jak w podczas pierwszej nocy. Już nawet nie zaglądałem do atlasu. Nieskończona ilość gromad otwartych przewijała się aż do momentu oderwania oczu od sprzętu ? raz na jakiś czas ? tylko aby sprawdzić dokąd dopłynąłem i skorygować kurs. Ostatnim co pamiętam przed zapadnięciem w drzemkę, były eMki Woźnicy. Kiedy się ocknąłem, Betelgeza wisiała już nad świerkami. Wziąłem łyk wygazowanego trunku i poszedłem do swojego pokoju. Czystego nieba!
  3. Astronomia uczy cierpliwości w całej swej rozpiętości. Widać to na poziomie zawodowym, kiedy naukowcy rozprawiają o zjawiskach zachodzących w przedziałach czasowych rzędu tysięcy czy milionów lat. Widać to też na poziomie amatorskim, szczególnie w naszym pięknym klimacie. Po posusze obserwacyjnej trwającej równy miesiąc, w poniedziałek 27 lutego pojawiła się szansa na okienko pogodowe. Stwierdziłem, że muszę wyskoczyć pod niebo, choćby częściowo zachmurzone i chwilę pogapić się w gwiazdy. Z godziny na godzinę Sat24 dawał coraz większe nadzieje. Po dojechaniu do Blizin, jak zwykle wysiadłem z auta jeszcze przed dojechaniem na właściwą miejscówkę, żeby wstępnie ocenić jakość nieba. Orion nieźle widoczny, przejrzystość nie najgorsza - więc serce rośnie, bo uda się zaspokoić największy głód. Po przejechaniu paruset metrów od asfaltowej drogi czekała niemiła niespodzianka - w ciągu dwóch minut dosłownie połowa gwiazd została pochłonięta przez świeżo przybyłą, niską chmurę. Ręce mi opadły. Odpaliłem ponownie Sat24, by sprawdzić, czy jest szansa. Niby jest, wystarczy czekać. Dwa kwadranse później miało się ostatecznie zadecydować, czy niebo się przetrze, czy też niska, szara kołderka rozbuduje się i zostanie w Blizinach na dłużej. Skorzystałem z ostatnich dziur w chmurach (lub raczej - z cieńszych warstw), by złapać piękny sierp Wenus. Liczyłem jednak, że wypad będzie nieco owocniejszy niż jedna planeta i dwadzieścia parę minut oddychania świeżym powietrzem. Pięć minut przed upływem ultimatum, niebo zaczęło się przecierać. Po następnych kilku minutach, było już niemal całe wolne od chmurw. Przejrzystość zdawała się być całkiem niezła, ale nie dawała większych nadziei na skuteczne łowienie ciemnotek. Niespecjalnie mnie to martwiło, gdyż post obserwacyjny najłatwiej zaspokoić dawno nie widzianymi klasykami. Wycelowałem w M42. Mgławica nie była tak wyrazista, jak pierwszej i ostatniej nocy w Odernem, ale prezentowała się lepiej, niż drugiej zlotowej nocy. Wobec przebiegających resztek zachmurzenia, przeskoczyłem dość szybko do zenitu. Złapałem Kota z Cheshire wraz z rumianym policzkiem Messiera 38, dalej w lewo przez M36 do M37, przy której zatrzymałem się na dłużej. Pierwsze wrażenie - gromada rozbita na setkę słońc. Kiedy opadły pierwsze emocje, uważniejsze przypatrzenie kazało ostudzić własny entuzjazm, niemniej, dostrzegłem kilkadziesiąt ciasno upakowanych gwiazd, od których wciąż nie mogłem oderwać oczu. M37 zwykle była tą najmniej powalającą z trójcy Messierów w Woźnicy, przynajmniej dopóki obserwowałem przez 10x50 i 16x70. 22x85 zweryfikowała prywatny ranking. Ot, uroki przesiadki sprzętowej. Upojną chwilę później, przypomniałem sobie o pewnej ciemnotce, dość wyraźnej na zdjęciu Marcina Paciorka. Flankuje ona M37 od południowego wschodu (symetrycznie, z drugiej strony jest Barnard 34). Wycelowałem Tereskę we właściwe miejsce. Niemal od razu zaczął przebijać nieco ciemniejszy od tła obszar, jednak przylegająca doń parka gwiazd równie dobrze mogła tylko sugerować oczom pociemnienie (na zasadzie zwykłego kontrastu). Przesunąłem kadr na prawo od M37 - Barnard 34 był niezbyt wyraźny, postanowiłem więc dać swoim oczom nieco więcej czasu na adatację. Przeskoczyłem do stopy Kastora, w okolice M35. Jeśli jest kilka kadrów, które mogą zdecydować, żeby mimo wszelkich niedogodności pogodowych wciąż uparcie trzymać się obserwacji wizualnych, z pewnością widok Messiera 35 z otoczeniem jest jednym z takich widoków. Powoli przeniosłem wzrok na niewiele mniej cudownego Collindera 89, poświęcając mu kolejną chwilę. Sześć najjaśniejszych gwiazd gromady, układających się w charakterystyczny igrekowaty kształt, przepięknie wybijał się ponad okoliczną drobnicę. Klaster pewnie nie byłby tak urokliwy, gdyby nie leżał na tle jednego z bogatszych zakątków Drogi Mlecznej - ale taki już urok obserwowania Wszechświata z powierzchni jednej, mało znaczącej grudki żelaza, krzemu, tlenu i magnezu (plus przyprawy). Kontekst zawsze będzie miał znaczenie. Zarejestrowałem też NGC 2158 i IC 2157, nie siląc się na pobliską IC 2156, który sama z siebie nie zawołała ?hej! tu jestem!?. Wieczór był wciąż młody, a ja wciąż miałem ochotę jedynie na obiekty łatwe i wyraziste (twoje zdrowie, Jurku!). Przypomniałem sobie o ostatnich Obiektach Tygodnia. Wykorzystując górowanie Wielkiego Psa, wycelowałem w Zimowe Albireo. Nalot nie sprawił żadnych trudności. Wystarczyło złapać ? Canis Maioris z charakterystyczną ziarnistą poświatą gromady NGC 2362, a następnie odbić nieco w górę. I znów Tereska pokazała, że jest dwururką, jakiej mi było trzeba. 145 CMa okazała się być cudowna od pierwszego wejrzenia. Lorneta rewelacyjnie pokazała kolory gwiazd (w końcu za to ją parę lat temu pokochałem, kiedy jeszcze była nie-moja, wycelowana w Albireo letnie). Fujinon 10x50 spisał się ciut słabiej - barwy gwiazd były mało wyraziste, a separacja ledwie satysfakcjonująca (zapewne przez niewielką wysokość nad horyzontem). Pozostałem więc dłuższą chwilę przy 22x85. Źródło: Taki Star Atlas Skoro już kręciłem się w okolicach Wielkiej Psiny, postanowiłem odwiedzić Hełm Thora (NGC 2359). Standardowo odbiłem od Syriusza, przez ?CMa - i nie mogłem się nie zatrzymać przy NGC 2360. Kolejna poprzesiadkowa niespodzienka: gromada nie jest już ledwoziarnistą poświatą, a mięsistą gromadą, w której wybijają się dobre dwa tuziny słońc, wyraźnie ciaśniej upakowanych w północnej części. Wracałem do obiektu jeszcze parę razy tej nocy, wciąż niedowierzając, ile nowego może wnieść dodatkowe 20% średnicy obiektywów i niespełna 38% powiększenia. Gromada zaczarowała mnie tak bardzo, że niespecjalnie wiele czasu poświęciłem sporemu, choć i raczej bezkształtnemu pojaśnieniu Hełmu Thora. Postanowiłem za to wyłapać dwie pobliskie gromady - NGC 2358 i Haffner 23. W miejscu, gdzie spodziewałbym się pierwszej z nich, widać było dość rozległą kątowo grupę gwiazd, ciężką do wydzielenia z tła (gdyby nie wskazanie na mapie, nie zwróciłbym na nią uwagi). W Teresce widać było jej trzon - horyzontalny sznurek 6-7 gwiazd z tuzinem słabszych słońc, rozrzuconych nieregularnie dość szeroko wokół. 10x50 pokazała bardzo słabe pojaśnienie od gwiazd, choć i centralny ?sznureczek? dał się wyłapać. Później, zaglądając do źródeł okazało się, że gromada powinna mieć 8? średnicy, choć jest i jedno źródło podające wartość 20? (Interstellarum oznacza ją jako dość sporą kątowo). Gdyby trzymać się tej drugiej wartości, być może okazałoby się, że widziałem cień NGC 2358. Jeśli właściwa jest pierwsza wartość - gromady nie widziałem. Natomiast pobliski Haffner 23 okazał się być jeszcze mniej efektowny - ot, mała koncentracja drobnicy, jakiej wiele w tym rejonie. W zasadzie nie mam pewności, czy ta szczypta słabych słońc należała do gromady. Cóż, wobec takiej sąsiadki jak NGC 2360, sporo obiektów wypada zwyczajnie blado. NGC 2360. Źródło tego i dalszych zdjęć: Aladin Korzystając z niezłej już adaptacji, wróciłem do M37. Upewniwszy się, że Barnard 34 jest całkiem wyraźny, zrobiłem drugie podejście do owej paciorkowej ciemnotki - mowa o LDN 1555. Tym razem nie było wątpliwości - poniżej parki gwiazd dał znać o sobie zupełnie nietrudny, ciemny fasolkowaty kształt. W 10x50 był dużo mniej wyraźny, ale wciąż tylko nieco trudny do wyłapania. Takie to uroki łapania ciemnotek bez mapy - niespecjalnie zaskakują mnie już sytuacje, że oto kolejna całkiem wyraźna mgławiczka cały czas czekała na wyłowienie, często będąc w polu widzenia opatrzonego po stokroć obiektu. Gdyby nie zdjęcie Marcina, pewnie dalej by czekała (i jak tu nie subskrybować czyjejś zawartości na forum?). Miesiąc później dorzucę do kompletu LDN 1560, południowo-wschodnią część tego samego kompleksu pyłowego (przynajmniej na zdjęciach wydaje się być to wszystko powiązane ze sobą). Kolejny przeskok był dość odległy, do zachodniego zakątka Byka, gdzie czekała NGC 1514, zwana gdzieniegdzie Okiem Kleopatry. Nalot na tę mgławicę okazał się być bardzo łatwy - od ? Persei wystarczyło odbić jakieś 2° na wschód do szerokiej trójki dość jasnych gwiazd, a następnie do nieco słabszego trójkąta słońc stopień niżej. Planetarka okazała się być widoczna w zasadzie z przyłożenia. Patrząc na wprost znikała, "odsłaniając" gwiazdę centralną, wyraźnie słabszą niż trzy okoliczne gwiazdki. Zerkaniem - wyraźnie rosła, łapiąc nawet delikatny, niebieski kolorek. Zachęcony wyrazistością obiektu, wycelowałem 10x50. Tutaj sprawa nie była aż tak jednoznaczna, ale bez wątpienia zobaczyłem jedno z dwojga - gwiazdę lub planetarkę. Dłuższe wpatrywanie nie pozostawiało wątpliwości, że "gwiazdka" jest rozmyta. Podchodziłem do obiektu jeszcze kilka razy tego wieczoru, i za każdym razem mgławica uparcie tam była. Po dłuższej adaptacji patrząc na wprost udało mi się wyłuskać (ledwo, ale jednak) gwiazdę centralną. Nie było natomiast najmniejszego śladu koloru. Następną mgławicą na liście była Pętla Barnarda. Przez dłuższy czas coś mi nie grało, kiedy próbowałem ją złapać z doskoku. Jak się okazało, ostatnich parę razy szukałem w złym miejscu. Tamtego wieczoru jednak nie pokpiłem sprawy i dobrze przyjrzałem się mapce. Wycelowałem lornetę nieco powyżej i w lewo od M78. Jaśniejszy pas zaczął się pokazywać najpierw dość nieśmiało, ale z każdą chwilą coraz mocniej. Wsparłem się parą filtrów UHC-E, które bardzo nieznacznie poprawiły widoczność dość szerokiej smugi, przypominającej wielkością i trudnością Kaliforinię (NGC 1499). Spróbowałem przesunąć kadr w poszukiwaniu kontunuacji pojaśnienia - na zachodzie dość szybko ślad się urywał, ale miałem wrażenie (słowo-klucz: wrażenie), że w kierunku południowym da się wyłapać mdłe pojaśnienie, urywające się ciut powyżej wysokości Alnitaka. Zachęcony jedną Mission Impossibru, przeskoczyłem między Rigela a Cursę. Ustawiłem kadr na północny cypel Głowy Wiedźmy (IC 2118), koncentrując się na szukaniu subtelności tła w okolicach trójkąta gwiazd siódmej, ósmej i dziewiątej wielkości, powyżej asteryzmu ?łódeczki?. Momentami miałem wrażenie, że widzę pojaśnienie w miejscu, gdzie znajduje się północny cypel IC 2118, lecz wciąż bez pewności - sąsiadujące gwiazdy znów mogły wprowadzać w błąd. Cóż, kiedyś się uda, na pewno. Następnych parę chwil pokręciłem się w północno-wschodnich rubieżach Oriona. Na pierwszy ogień poszła dość jasna mgławica NGC 2174, zwana Głową Małpy. Obie lornety pokazały wyraźne pojaśnienie wokół gwiazdy siódmej wielkości. Choć w Teresce mglisty owal był zupełnie wyraźny, nie dopatrzyłem się widocznych na zdjęciach nieregularności zachodniej krawędzi obiektu (przez czeski błąd: zapamiętałem sobie ze zdjęć ?tę krawędź? jako lewą, a więc wschodnią). Na pożegnanie Oriona odwiedziłem jeszcze dwie pobliskie gromady otwarte - NGC 2169 (tę od asteryzmu ?37?) oraz NGC 2194. Za pierwszą nigdy nie przepadałem (choć łatwa, jasna i wyraźna), ale przypomniałem sobie, dlaczego zawsze lubiłem tę drugą - lekką, zwiewną i bez śladu rozbicia. Tak, jak Albireo ma swoje zimowe alter ego, tak ta gromada przywodzi mi na myśl jeden z ulubieńszych obiektów w Łabędziu - NGC 7086. Na sam koniec odwiedziłem również łatwą NGC 2184, po czym stwierdziłem, że trzeba dać Myśliwemu odpocząć, a pomęczyć za to chłopaków piętro wyżej? ... To była moja pierwsza solidniejsza sesja z użyciem Tereski (TS Marine 22x85). Owszem, wcześniej było Oderne, jednak stamtąd przywiozłem więcej niedosytu niż wspomnień, poza tym - co to za obserwacje na zmęczonego? Lutowe okno pogodowe (całe półtorej godziny na Pomorzu) wykorzystałem całkiem treściwie, choć gdyby nie Łukasz i jego wytrwałe opisywanie Obiektów Tygodnia, pewnie znów skończyłoby się na chaosie i niedosycie. Samą lornetą jestem zachwycony - przeskok z 10x50 na 22x85 jest znacznie wyraźniejszy niż w przypadku przeskoku z 10x50 na 16x70, a jednocześnie trzystopniowe pole wciąż kadruje obiekty ?po lornetowemu?, na szeroko. Naprawdę miło jest mieć dwie cudowne, świetnie uzupełniające się dwururki. Czuję też wyraźną zmianę (w porównaniu z 16x70) jeśli chodzi o zasięg. Choć mój średnioformatowy Fujinon był naprawdę kapitalny, potrzebowałem czegoś, co pozwoli skuteczniej łowić drobniejsze ciemnotki, pozwoli też sięgnąć po więcej planetarek i odczaruje wiosnę. Ale o tym będzie już inna relacja
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.

© Robert Twarogal 2010-2024