Skocz do zawartości

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'islandia' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Obserwujemy Wszechświat
    • Astronomia dla początkujących
    • Co obserwujemy?
    • Czym obserwujemy?
  • Utrwalamy Wszechświat
    • Astrofotografia
    • Astroszkice
    • Foto-obserwacje czyli EAA
  • Zaplecze sprzętowe
    • ATM
    • Sprzęt do foto
    • Testy i recenzje
    • Moje domowe obserwatorium
  • Astronomia teoretyczna i badanie kosmosu
    • Astronomia ogólna
    • Astriculus
    • Astronautyka
  • Astrospołeczność
    • Zloty astromiłośnicze
    • Konkursy FA
    • Sprawy techniczne F.A.
    • Astro-giełda
    • Serwisy i media partnerskie

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


MSN


Website URL


ICQ


Yahoo


Jabber


Skype


Zamieszkały


Interests


Miejsce zamieszkania

Znaleziono 5 wyników

  1. Przyznam, że chyba pierwszy raz tak bardzo nie wiedziałam jak podejść do napisania relacji, i tak trudno było mi ująć w słowa to, co widziałam. A potem stwierdziłam, że po prostu napiszę wszystko po kolei, i jakoś to poszło. Czas będę podawać w UTC. 😄 Na Islandii spędziliśmy łącznie tydzień - ja, Filip i nasz kolega z dziewczyną - przy czym pogodne nocki były trzy. Spośród nich zaś - dwie wykorzystaliśmy na obserwacje - w jeden wieczór byliśmy tak zmęczeni po całym dniu jeżdżenia i chodzenia, że padliśmy do spania niemal od razu po powrocie. Pierwsze spotkanie miało miejsce wieczorem 28 stycznia na drodze nr 1, gdzieś w połowie odległości między miejscowościami Vík í Mýrdal oraz Kirkjubæjarklaustur. Jak zawsze, praktycznie przez cały czas patrzyłam przez okno - stanowiło to nie tylko profilaktykę przed chorobą lokomocyjną, ale przede wszystkim pozwalało mi podziwiać mijaną okolicę, nawet jeśli było już stosunkowo ciemno. Niedługo przed godziną 19, dostrzegłam na coraz czarniejszym niebie jakieś pojaśnienie… jedno, zaraz potem drugie, oba powoli zmieniające kształt i położenie. Przez chwilę nie byłam pewna czy mi się nie zdaje, ale dosyć szybko wykrzyknęłam - Zorza! W samochodzie zapanowało poruszenie. Przez pewien czas zjawisko, widoczne póki co tylko z mojej części pojazdu, jawiło się niczym kilka łukowatych pojaśnień przesuwających się powoli wokół siebie, jednak w pewnym momencie zorza intensywnie pojaśniała i przybrała formę kilku falujących pasów, w których co jakiś czas rozbłyskiwały jeszcze jaśniejsze filary. Czasem fragment któregoś z pasów ustawiał się do nas krawędzią, co również potęgowało jego intensywność i nadawało mu wygląd ostrej igiełki. Widoczne gołym okiem stało się zielonkawe zabarwienie najjaśniejszych pasm, zaś w miejscach pojawiania się wspomnianych igiełek miałam momentami wrażenie bardziej różanego odcienia. Zorza była widoczna już nie tylko z mojego okna - ku zadowoleniu siedzącego obok mnie Filipa oraz naszych towarzyszy jadących z przodu - rozciągała się ona już w zasadzie na połowę nieba, od zachodu po wschód, przechodząc przez zenit i tańcząc na północnej części firmamentu. Wykonane na szybko zdjęcia telefonem z czasem naświetlania kilku sekund ukazały zielono-purpurowe meandrujące łuki upstrzone jaśniejszymi i ciemniejszymi filarami. Dynamicznie poruszającą się i zmieniającą kształty zorzę podziwialiśmy aż do dotarcia na miejsce noclegu. Przy przenoszeniu bagaży z samochodu do domku trudno było mi się oderwać od tego widoku, mimo że wiedziałam że wrócę do niego jeszcze tej nocy. Niedługo przed 21 wyszliśmy z Filipem na pole. Zorza akurat nie była ta jasna jak wcześniej, ale wciąż stanowiła zadziwiające zjawisko do obserwacji - jaśniejsze pasy falowały na tle delikatnej zorzowej poświaty obejmującej znaczną część nieba. Co jakiś czas trafiał się meteor - szczególnie często przecinając okolice Oriona. Swoją drogą, niebo tutaj było niesamowicie ciemne, znaczy się, tam gdzie akurat nie świeciła zorza. Zdobił je ogrom drobnych gwiazd zagęszczający się w pas zimowej Drogi Mlecznej, leniwie zmierzającej ku zachodowi. Pod tym rozgwieżdżonym niebem i falującą zorzą przyjęłam oświadczyny Filipa. Nie mogłam sobie lepiej wymarzyć tego momentu! Ale o tym może nie będę się rozpisywać. 😄 Około 22 udaliśmy się do domku by uzupełnić nieco zapasy ciepła. Zostawiliśmy jeszcze aparat ustawiony na timelapse, po który wróciliśmy po jakichś 30 minutach, by zagrzać go też nieco i wymienić baterię na naładowaną. Obejrzeliśmy też co zarejestrował w trakcie naszej przerwy - bardzo intensywne pojaśnienie zorzy, najsilniejsze dotąd. Ach, prawo Murphy’ego. No cóż. Wróciliśmy do obserwacji, niedługo później dołączyli też nasi towarzysze. Zorza wciąż była rozległa, zaś jej najjaśniejszy fragment stanowiły niemal równoległe do siebie pasma rozciągające się ze wschodu na zachód i przecinające zenit. Te delikatnie falowały niczym materiał poruszony bardzo delikatnym powiewem, subtelnie. Niezwykła była ta forma, na myśl przywodziła widok pierścieni, gdyby tylko takie posiadała nasza planeta. Kilkanaście minut po 23 zza wschodniego horyzontu wyłoniło się pojaśnienie, które szybko rozprzestrzeniło się ku górze. Pierścienie zafalowały. Wcześniej raczej spokojne pasy zaczęły teraz meandrować, zmieniając się naprawdę dynamicznie. Zorza rozbłysła zielenią. I różem! Szczególnie widowiskowe rzeczy działy się w zenicie, nie skłamię, jeśli powiem, że widok gołym okiem był jak ze zdjęć! Zorza widoczna od spodu w formie korony, szybko zmieniająca kształty, intensywnie zielona z różowymi krawędziami meandrów. Ten widok był absolutnie powalający! Szyja bolała od ciągłego zadzierania głowy ku górze, ale nie dało się oderwać od tego spektaklu. Fala intensywności przesuwała się stopniowo na zachód, i to właśnie tam rozegrała się kolejna część polarnego tańca. W pewnym momencie zorza pojaśniała jeszcze bardziej, do maksimum blasku tej nocy, wijąc się w skomplikowane falbany na zachodnim niebie i dając wrażenie zielonożółtych przebłysków skąpanych w zieleni. Świetliste pasma przechodziły w siebie, łączyły się i rozdzielały, niektóre poboczne znikały i znów się pojawiały. Co któryś moment, szczególnie w północnej części nieba, kolejne losowe filary rozbłyskiwały intensywnym światłem, po czym stopniowo zanikały. Trudno te widoki opisać słowami. Nawet w tamtej chwili nie wiedziałam jak mam wyrazić swój zachwyt - człowiek po prostu stał wpatrzony i nie mógł się oderwać od tego co widział. I to mimo przenikliwego zimna odczuwalnego coraz bardziej. A przynajmniej dla mnie - bo gdy zorza nieco się uspokoiła (choć wciąż była jasna i rozległa) - nasi towarzysze wrócili do ciepła. My zostaliśmy dłużej, choć w końcu i tak Filip musiał mnie niemal zaciągać siłą do domku, haha! Ale w końcu z trudem oderwałam się od zorzy - też byłam zmęczona po całym dniu i tych wszystkich emocjach. Kolejnego wieczoru delikatną zorzę dostrzegłam znowu z okna samochodu, tym razem w drodze powrotnej z Jökulsárlón. Jawiła się w formie bladego pojaśnienia nad północnym horyzontem, trochę jak szeroki i mglisty łuk rozciągający się niewysoko nad nim z zachodu na wschód. Zdjęcie telefonem ujawniło zielonkawe zabarwienie tego pasma. Było około 19:30. Gdy dojechaliśmy do domku, zorza wciąż wyglądała w podobny sposób. Jako że nie była zbyt intensywna, a my byliśmy bardzo zmęczeni, poszliśmy spać bardzo szybko. Trzeciego dnia pogoda miała się popsuć i pozostać taką do końca naszego wyjazdu, i jeszcze dłużej. Pierwotne prognozy w ogóle przekreślały szansę na jakiekolwiek obserwacje zorzy, ale gdy rano sprawdziłam je ponownie, okazało się, że po wietrznym i pochmurnym dniu ma przyjść nocne rozpogodzenie. Jakoś przed 22, czekając aż Filip skończy brać prysznic, uznałam, że co tam - posiedzę przy skierowanym na północ oknie, zobaczę jak tam chmury i a nuż zobaczę jakieś światła zorzy przebijające się zza nich. Już przy pierwszym zerknięciu przez szybę moim oczom ukazały się jasne filary falujące za strzępami ustępującego stratocumulusa. Zmieniały się bardzo dynamicznie, pojawiały się i znikały, rozbłyskiwały intensywną zielenią, a momentami też różem, po czym słaby i jaśniały ponownie. A to wszystko przez szybę! Wyleciałam pod drzwi łazienki, wołając do Filipa, żeby się sprężał i opisując zastane za oknem widoki. Gdy wyszliśmy na pole około 20 minut później, zorza była znacznie mniej intensywna i jawiła się jako zielona wstęga falująca nad północnym horyzontem, w której co jakiś czas rozbłyskiwały filary. Aparat ujawnił dodatkowo czerwone zabarwienie tańczące ponad zielenią. Przez większość czasu zorza była stosunkowo spokojna, a w pewnym momencie wręcz mocno osłabła, chociaż na zdjęciach wciąż było widać, że znaczna część nieba skąpana jest w delikatnej zieleni. A potem najpierw wschodnia część łuku rozjaśniła się nieco, po czym na jego przeciwnym krańcu rozpoczął się zorzowy taniec! Zielona wstęga pojaśniała na zachodzie i podniosła się wyżej ponad horyzont, przybierając kształt meandrującej rzeki, i to rozdzielając się na masę filarów i słupów światła, to łącząc się znowu w bardziej ciągłą strukturę. Wraz z upływem czasu najjaśniejsza część zorzy przesuwała się ku wschodowi, gdzie w pewnej chwili rozświetliła się tak mocno, że zieleń prześwietliła się na zdjęciach, a gołym okiem zaczęła być widoczna czerwień. Jeden z filarów wzniósł się wysoko i przez jakiś czas lśnił jeszcze rubinową barwą, podczas gdy pozostała część polarnych świateł mocno pociemniała. Zorza się uspokoiła i jedynie tuż nad północnym horyzontem jaśniał nisko zielony pas, nad którym aparat rejestrował delikatną czerwień. Momentami zafalowywał on na zachodnim niebie pstrząc się słabymi filarami. Po kilkudziesięciu minutach przerwy na grzanie, a więc jakoś przed północą, wróciliśmy do obserwacji. Zorza znowu zajmowała znaczną część nieba otulając je delikatną poświatą, w sumie podobnie jak pierwszej nocy, była jednak mniej intensywna niż wtedy i w obrębie tej poświaty wykazywała trochę inne kształty. Chooociaż… No dobra, widoczne w zenicie struktury były bardzo zbliżone, po prostu trochę słabsze. W ogóle te okołozenitowe pasma stanowiły jakby granicę zorzy, w kontekście całego zjawiska przywodziły na myśl krawędź jakiejś kopuły czy też po prostu owalu zorzowego. W owalu tym zaś co chwilę rozbłyskiwały smukłe filary jawiące się niczym ostre zielonkawe igiełki. Łączyły się one czasem w intensywne i nieco postrzępione łuki, które rozmywały się następnie w zorzowej poświacie. Cudowne to było! Filip był trochę mniej oczarowany - na nim największe wrażenie wywoływała intensywność i jasność, a pod tym względem zorza z nocy oświadczyn ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko. 😄 Fifi wymarznięty zabrał się do ciepła może kilkanaście minut przede mną. Mnie znowu bardzo ciężko było oderwać się od tego zjawiska, zwłaszcza mając świadomość, że pogoda na pozostałe dni naszego wyjazdu nie zapowiadała się zbyt łaskawie. Tak więc stałam tak jeszcze i chłonęłam widok tego owalu zorzowego. Urzekało mnie zwłaszcza to jak wyglądał w zenicie - surrealistycznie! To patrzenie na zorzę całkiem od spodu, możliwość obserwacji jak przestrzennym jest zjawiskiem! Trudno mi opisać emocje, jakie wywoływał we mnie ten widok. A więc stałam tak wpatrzona w górę. Około 00:30 ostatecznie udało mi się oderwać od tego uroku zorzy i wróciłam do domku, a tam do ciepełka, farelki i Filipka.
  2. Odkąd zacząłem się interesować astrofotografią czyli od roku 2015 jednym z moich marzeń stało się sfotografowanie zorzy polarnej (na żywo zorzę widziałem w 2012 roku). Obserwowałem alarmy zorzowe i w przypadkach dużego prawdopodobieństwa starałem się zawsze wyjechać za miasto z aparatem. Sytuacji nie pomaga fakt, że mieszkam w centralnej Polsce i możliwość zobaczenia/sfotografowania zorzy graniczy z cudem. W te wakacje (18.08) prognozy zorzy były bardzo obiecujące, wybrałem się więc na spotkanie organizowane przez uczestników facebookowej grupy "Gapię się w niebo nocą" w okolicach Warszawy. Tym razem prognozy sprawdziły się i pomimo, że zorza nie była widoczna gołym okiem to na zdjęciach udało się ją zarejestrować. To były moje pierwsze zdjęcia zorzy. Wracając zadowolony do domu nie przypuszczałem nawet, że trzy miesiące później dane mi będzie fotografować to piękne zjawisko w zorzowym raju jakim jest Islandia. Na początku listopada trafiła się okazja dołączenia do wyprawy fotograficznej "Szlakiem Zórz" organizowanej przez Michała Kałużnego jednego z najlepszych astrofotografów w Polsce (jak ktoś nie zna Michała to polecam jego stronę http://astrofotografia.pl/ ). Drugą organizatorką była mieszkająca od 15 lat na Islandii Wioleta Górecka. Wioleta jest przewodniczką zorzową oraz świetną fotografką. Jeśli ktoś ma przyszłoroczny kalendarz astronomiczny z Gazety Wyborczej to Wioleta jest na okładce 🙂. Michała już znałem z warsztatów astrofotograficznych "Szlakiem Gwiazd", więc nie musiałem się długo zastanawiać nad decyzją. I takim oto sposobem jedno z moich marzeń miało stać się rzeczywistością. Czas pozostały do wylotu czyli do poniedziałku 21 listopada upłynął pod znakiem dokształcania się z wiedzy o Islandii oraz kompletowania sprzętu. Jeśli chodzi o sprzęt to po konsultacjach stanęło na dwóch aparatach Nikona D810 oraz D750. Do tego miałem obiektywy Sigma Art 16mm, Sigma Art 20mm, Sigma Art 50mm, Sigma Art 105mm, Sigma 60-600mm. Część obiektywów można było wypożyczyć od Sigma Foto Polska, która była partnerem technicznym. Na zorze były przeznaczone 16 i 20mm. Pozostałe brałem z myślą bardziej o krajobrazach i ewentualnie jakby nie było zorzy o złapanie islandzkiego Oriona (zabrałem też SWSA). Do tego dwa statywy, po dwie baterie na aparat, wężyki spustowe, całą masę kabli..........., czyli podobnie jak na porządną sesję w terenie. Zapakowanie całego tego sprzętu do samolotu nie jest wcale prostą sprawą. Cały delikatny sprzęt czyli aparaty, obiektywy i SWSA trafiły do bagażu podręcznego. Statywy ze względu na rozmiary i wagę zapakowałem do rejestrowanego. Trafił tam też nowy pręt z przeciwwagą od SWSA. Poprzedni zabrałem w wakacje do podręcznego i został skonfiskowany jako narzędzie niebezpieczne 😞 . Muszę napisać, że do odprawy podchodziłem z duszą na ramieniu bo waga i rozmiary mojego bagażu były "trochę" ponad normę. Nareszcie nadszedł dzień wylotu. Wylatywaliśmy z lotniska Okęcie w Warszawie około godziny 23. Lot miał trwać około 4 godzin a celem było lotnisko w Keflaviku ok. 50km od Reykjaviku. Na szczęście bagaże przeszły kontrole bez problemów. Razem ze mną lecieli pozostali uczestnicy wyprawy (3 osoby) oraz organizator i przewodnik Michał Kałużny, który powiedział nam, żebyśmy mieli aparaty pod ręką, bo może się uda ustrzelić pierwsze zorze przez okna samolotu. Zrobienie zdjęcia nocnego aparatem na czasie naświetlania rzędu 1-2s przez okno samolotu to gimnastyka wyższego rzędu 🙂 . Ze względu na światło odbijające się od szyb trzeba zasłonić praktycznie całe okienko a trzeba to zrobić jedną ręką, bo w drugiej trzyma się aparat 🙂 . Do tej pory mam uśmiech na twarzy jak przypominam sobie jak to wyglądało. No więc po mniej więcej dwóch godzinach lotu w zrobionych fotkach można już było zauważyć kolor zielony. Z każdą minutą koloru było więcej i ostatecznie zorzę spokojnie można było obserwować naocznie. Po wylądowaniu na lotnisku czekała na nas Wioleta. Zabrała nas do oddalonego o około 150km domku, który był naszą bazą wypadową przez kolejne dni. Po drodze przez okna samochodu podziwialiśmy wspaniałe, ciemne, islandzkie niebo. Zorza, którą było widać prawie cały czas jawiła się jako delikatne, jasne pojaśnienie horyzontu. Przypominała trochę łunę od miasta, tylko kolor miała biały. Po dojechaniu do bazy pomimo zmęczenia postanowiłem odejść kawałek od latarni i strzelić kilka fotek. W końcu po to tu przyjechałem. Jak widać na poniższych zdjęciach zorza była dość słaba (oczywiście jak na standardy islandzkie), bez struktur i słupów, Cieszyła jednak tak bardzo, że ciężko było usnąć tej nocy. No... w sumie to była już godzina 6 rano, ale wschód Słońca był około 10.15, więc w sumie to była jeszcze noc. Na tym zakończę część pierwszą. Postaram się przez kilka następnych dni streścić pozostałą część wyprawy. Najtrudniej było zacząć.
  3. Doznałem natchnienia i natychmiast po opublikowaniu ostatniego filmu wziąłem się za kolejny. Tym razem chcę pokazać wam Islandię, cudowne miejsce pełne kolorów i zórz polarnych. Mam nadzieję, że się spodoba Film powstał na bazie materiału z dwóch wyjazdów, z czego każdy był wyjątkowy. Podczas pierwszego mieliśmy dużo szczęścia do częstych zórz polanych, ale też burz śnieżnych, które przerywały focenie Na drugim wyjeździe wiały wiatry ponad 100 km/h, a wiele głównych dróg na wyspie była nieprzejezdna. Miejscami śnieg zwiewany z wierzchołków gór ograniczał widoczność do kilku metrów. I za to wszystko kocham Islandię!
  4. Owoc listopadowej wyprawy na podbój zorzy polarnej na Islandii. Mróz, śnieg, huraganowe wiatry i brak noclegu nie zdołały nas powstrzymać. 12000 klatek, 54 ujęcia, 3 noce - to ilość materiału, jaką udało się zgromadzić i przemienić w ten film. Zapraszam do oglądania Koniecznie w fullHD, fullscreen, z dźwiękiem i żadne telefony
  5. Zapraszam na relację z wyprawy na Islandię, w której miałem przyjemność uczestniczyć Czytaj wpis
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.