Skocz do zawartości

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'lornetkowe' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Obserwujemy Wszechświat
    • Astronomia dla początkujących
    • Co obserwujemy?
    • Czym obserwujemy?
  • Utrwalamy Wszechświat
    • Astrofotografia
    • Astroszkice
  • Zaplecze sprzętowe
    • ATM
    • Sprzęt do foto
    • Testy i recenzje
    • Moje domowe obserwatorium
  • Astronomia teoretyczna i badanie kosmosu
    • Astronomia ogólna
    • Astriculus
    • Astronautyka
  • Astrospołeczność
    • Konkursy FA
    • Sprawy techniczne F.A.
    • Zloty astromiłośnicze
    • Astro-giełda
    • Serwisy i media partnerskie

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


MSN


Website URL


ICQ


Yahoo


Jabber


Skype


Zamieszkały


Interests


Miejsce zamieszkania

Znaleziono 4 wyniki

  1. Dziwna ta zima, podczas której śnieg widzieliśmy tylko przez godzinę, a mrozów nie było praktycznie wcale. Jedynie w pogodne noce niestrudzony Myśliwy, wraz z wiernymi psami powtarza mantrę o porze roku, której nie ma. Gdy we wtorkowy wieczór łowca znów się zjawił, jego psy zawyły głośniej niż zwykle, a ja zebrałem się błyskawicznie. Czasu miałem niewiele - okno pogodowe dawało mi maksymalnie półtorej godziny obserwacji. Ale nie chodziło przecież o długi maraton, a raczej o chwilę spokoju i sprawdzenie, czy wszystkie messiery świecą na swoich miejscach. Po dwudziestu paru kilometrach jazdy odbijam w lewo, w błotnistą drogę po lasem - auto zaczyna tańczyć, koła buksują raz po raz, ale ten nieco stresujący, trzystumetrowy poślizg doprowadza mnie w końcu do trawiastej zatoczki pod lasem. Tu się stoi niemal pod drzewami, których gałęzie zabierają kawał wschodu i zachodu, za to mniej dokucza wiatr i nie trzeba brodzić w błocie. Temperatura jest znośna, a ziemia i trawy są przesiąknięte wonią przedwiośnia. Toczący się nisko nad zachodnim horyzontem wał chmur każe się spieszyć, więc nie tracę czasu na wyjmowanie atlasu, a od razu wieszam Tereskę na Sliku, a Fujinona na szyi. Parę głębokich wdechów i szybkie spojrzenie w niebo, by wiedzieć czego szukać, a co odpuścić. Klepsydra Oriona wyraźnie się już przechyla w prawo, Zając zagrzebuje łapy w ciemnych zabudowaniach na horyzoncie, a Byk kładzie pokornie głowę. Od wschodu, tam gdzie Spica ledwo wystaje ponad linię drzew, słychać głośno krzyczące żurawie. Pod Lwem zieje pustka ledwo zaznaczona grzbietem Hydry, ginącym w coraz wyższych łunach nieodległych miejscowości. Pierwsze spojrzenie na M 42 rozczarowuje. Może to brak adaptacji, a może warunki nie są najlepsze. Przeskakuję na Chichoty, ale coś je odziera z blichtru. Myślę, że to trójmiejska łuna, ale szybko okazuje się, że w ciągu paru chwil nadciągnęła forpoczta zachmurzenia. Jakieś drobne, ledwo widoczne włókna wyraźnie przygaszają nawet najjaśniejsze obiekty głębokiego nieba. Wycelowuję w piętę Kastora, Messier 35 nie powala. Podobnie jest ze słabą w tych warunkach M 41. Chyba długo nie zabawię, ale głód każe mi jeszcze zostać. Zostawiam Tereskę, i skaczę sobie beztrosko po klasykach z Kową 12x56. Chwilę później zamieniam ją na Fujinona 10x50. Cóż, zawsze się to tak kończy - chyba, że w pobliżu jest Nikon WX. Gołym okiem wyłapuję asteryzm Kij Lacrosse, chwilę później jestem tam już z Fujinonem. Cała menażeria wokół Kota z Cheshire jest wyraźna i przestrzenna. Kawałek w lewo kipi jasna M36. Przypominam sobie o Barnardzie 34 i LDN 1550, ale tego pierwszego nie widzę, a położenia drugiej nie pamiętam dość dokładnie. Muszę się więc zadowolić ledwo widoczną lub wyobrażoną smugą LDN 1555 i 1557. Chyba jednak wyobrażoną. Wracam do Koźląt - tutaj wyobraźnia nie musi nic dodawać, widzę ślad wachlarza LDN 1477, a na prawo jakieś dalsze pociemnienia. Notuję jeszcze w pamięci wyciągnięty romb wokół Collindera 62 i odwiedzam Perseusza, tu i ówdzie okraszonego przepływającymi, rdzawymi od lamp chmurami. Miejscami daje to niesamowity efekt, jakby ktoś wyciął ze zdjęć dobry tuzin barnardów i nałożył je na widoczny w lornetce kadr. Rzeczywiste ciemnotki są znacznie skromniejsze - ślad Tokyo 994 jest nikły, choć pobliskie Melotte 20 i NGC 1528 mają swoje lepsze momenty. Przeskakuję na wschód, gdzie niebo jest chyba mniej zapaskudzone. Galaktyki są skromne, a przepływające chmury zabierają nawet te, które zwykle są nietrudne do wyłapania. W Lwie dostrzegam tylko M 66, NGC 2903 gdzieś mi się gubi. Odwracam się ku Niedźwiedzicy przebijającej przez gałęzie. Jest coś urzekającego w parce messierowych smug nad Dubhe. Messier 51 również daje się łatwo złapać, lecz Sowa jest już nieco wątpliwa. Wpadam jeszcze nad ogon Niedźwiedzicy po Messiera 101, wyłuskuję Słonecznik (M 63) i małą krągłą M 94 nad Sercem Karola. Ponownie odwiedzam M 42 i tym razem jest nadspodziewanie pięknie. Wracam do Tereski, a ta potwierdza, że niebo się przeczyściło. Wielka Mgławica rozpościera zachodnie ramię na ponad 20 minut łuku. Nie przypominam sobie, żeby tak daleko sięgał jej płaszcz. Wschodnie ramię jak zwykle - bardziej wyraziste, lecz wąskie i krótkie. Nic się nie zmienia od lat, ale oko wciąż nie może się napatrzeć. Rybi Pysk wżera się mocno i wyraziście, a tuż pod Trapezem laserunek mgławicy przechodzi w mocny impast. Przechodzę wyżej, przez wyraźne M 43 i NGC 1981 do M 78. Zachodnia krawędź jest mocno odcięta za sprawą LDN 1627, wschodnia rozlewa się wachlarzem i urywa szybko. Bez trudu łapię najjaśniejszy fragment Pętli Barnarda i wiszącą obok NGC 2112. Jeszcze raz odwiedzam piękną już M 35 z towarzyszkami (NGC 2158 i 2129), lecz moją uwagę najskuteczniej przyciąga Collinder 89. To chyba jeden z moich najulubieńszych kadrów zimowych, w którego przestrzeni, kolorystyce i asteryzmach zatapiam się przez dłuższą chwilę. Robię się zmęczony, więc lista klasyków gwałtownie się kurczy. Łapię w Teresce cały Triplet Lwa, jeszcze raz odwiedzam M 51 z jej magellanem, chwilę męczę kark na trójcy M 81 - M 82 - NGC 3077 i wracam do Fujinona. Zatrzymuję się na obu messierach w Raku, ale moją uwagę dłużej przykuwa sześćdziesiąty siódmy. Dostrzegam wyraźny pierścień Rozety, a kawałek nad Betelgezą - uroczą plamkę NGC 2194. Tej ostatniej poświęcam parę minut, próbując dostrzec ślad ziarnistości, ale tu nawet 22x85 się poddaje. Chwilę jeszcze wpatruję się w tę gromadę przez Fujinona, odcinając wszelkie myśli. Ale w końcu przychodzi ta, która każe się zwijać. Na parkingu pod domem Lew wisi zaskakująco wysoko, a ja dobrą chwilę się zastanawiam, czy w Blizinach był niżej nad horyzontem, czy po prostu bliżej.
  2. Pamięć jest ulotna, ale czasem jeden jej skrawek pozwala trafić na drugi, a potem na trzeci. Czasem tych skrawków starcza na zszycie kawałka materiału, a jeśli jest kawałek materiału, powinna być i relacja. Jeśli coś pamiętam, to z pewnością to, że 26 stycznia 2017 niebo w Odernem było pocięte przesmużeniami i zauważalnie rozświetlone. Miało być zupełnie czysto, więc liczyliśmy, że do wieczora się wyklaruje. Byłem zmęczony, choć zmęczenie nocną jazdą na zlot zwykle mam w standardzie. Co innego jedenastogodzinny dzień pracy tuż przed wyruszeniem w siedemsetkilometrową podróż. Pierwsze kwadranse mijały na powitaniach - cudownie zobaczyć się po raz kolejny. Potem chwila śnieżnego szaleństwa i krótki spacer. Ale ja nie o tym. ... Zapada zmierzch, a Wenus świeci coraz mocniej. Rozstawiamy się dość prowizorycznie na drodze dojazdowej - chyba tylko Grzędziel z Duserem zdążyli się okopać na poboczu. Niebo dość szybko robi się klarowne. Wycelowuję w M42. Zaskakująco często ją odwiedzam tej zimy, praktycznie na każdej sesji poświęcam ładnych parę minut spokojnego wpatrywania się. Chyba na jesieni przegiąłem z Barnardami w Byku, teraz skupiam się więc na łatwej i okazałej zdobyczy. Widok w lornecie 85-milimetrowej jest niesamowity i hipnotyzujący, a mgławica pokazuje naprawdę sporo detalu. Jeśli jej zwiewną poświatę widoczną w lornetce 10x50 porównamy do lekkiej akwareli, widok w TS Marine 22x85 (zwanej Tereską) porównałbym do malarstwa olejnego, tu i ówdzie doprawionego soczystym impastem. Widać charakterystyczną, kanciastą granicę najjaśniejszej partii wokół czteroskładnikowego Trapezu, a pod nim kilka jaśniejszych łat. Od góry mocno wbija się Rybi Pysk, bardziej mięsisty niż zwykle. Szerzej na lewo zdecydowane pociągnięcie wodorowego pędzla zakreśla wschodnie ramię mgławicy, a szerokie, choć delikatniejsze zachodnie skrzydło, opada zanikającym gradientem ku południu. Powyżej Wielkiej Mgławicy miga zerkaniem poświata Messiera 43 i NGC 1977 - Biegacza (Running Man Nebula). Przeskakuję do kolejnej łatwizny, Messiera 41. Łapię diamentowy pył wiszący w dobrze widocznej poświacie Syriusza, wiszącego dziwnie wysoko nad horyzontem. Ktoś powie, że odległość Pruszcz Gdański - Oderne to tylko różnica zaledwie 5° szerokości geograficznej, ale na niebie to naprawdę doskonale widać (vivat rotunditas!). Kolejne cele również nie są wymagające - chwytam Messiery 47 i 46, ledwie siląc się na dostrzeżenie pobliskiej NGC 2423. Zarówno NGC 2438 (planetarka na tle M46), jak łatwą przecież Melotte 71 zwyczajnie odpuszczam. Nie wytrzymuję w swoim postanowieniu i przez następny kwadrans próbuję siłować się z ciemnotami w Byku, lecz bez większej satysfakcji. Niedbale ogarniam najwyraźniejsze partie TMC-1 (a więc Barnardy o numerach 219, 221, 22 i 209), poświęcam krótką chwilę na cholernie ulotną smugę zlanych w jedno B213 i B216, po czym stwierdzam, że klarowność dopisuje, więc warto pomocować się z Barnardem 207 vel LBN 777 alias Mgławica Orlątko (primo voto Baby Eagle Nebula). Wydaje mi się przez moment, że łapię pociemnienie we właściwym miejscu, ale na potwierdzenie brakuje mi sił i koncentracji, zaś w kolejne noce - przejrzystości. Zdjęcie Marcina Paciorka http://www.forumastronomiczne.pl/index.php?/topic/11670-byk-na-szeroko/ Jest też kolejny, bardziej lokalny problem: cyklicznie zapalająca się lampa przed drugim domkiem nie pozwala na pełną adaptację i wyzwala w nas kolejne dawki niepotrzebnej adrenaliny (Komu dać w mordę?! No, komu?!). Dalsze tkwienie na mrozie przestaje powoli mieć sens. Łapię jeszcze trzy łatwe i bardzo wdzięczne obiekty - gromady otwarte na pograniczu Hydry, Jednorożca i Rufy. Pierwszą z nich jest oczywiście M48. Przejrzystość zaczyna siadać, więc gromada nie wybija się bardzo mocno z tła. Zarys serducha, wykreślany przez jaśniejsze gwiazdy na obrzeżach i pionową kolumnę słońc w centrum klastra, sam narzuca się coraz mocniej sklejającym się oczom. Po minucie czy dwóch, przeskakuję do NGC 2506 w Jednorożcu, której delikatna ziarnistość jest dość łatwo wyłapywalna. Ostatnim obiektem tego wieczora jest NGC 2539 - cudowny, ziarnisty kleks doklejony do 19 Puppis. Zmęczenie zaczyna brać górę. Chwilę potem zwijam zabawki i idę spać. ... Dzień drugi zlotu mija mi na stresie preprelekcyjnym, doczytywaniu rzeczy, które powinienem już dawno wiedzieć, spacerowym wietrzeniu czachy, znów na przygotowaniach, a następnie na zazdrości, że taki Karol Wójcicki wychodzi i gada tak wspaniale, że mógłby opowiadać o ściegach krawieckich, a wciąż byłoby ciekawie. Potem już tylko moja nieskładna gadanina, poprelekcyjne wietrzenie czaszki i próba obserwacji. Dość marna, przyznam. Za to towarzysko - wyborna. Obok moich statywów rozłożył się Paweł Trybus i przez najbliższe kilkanaście minut będziemy biegać między jego Miyauczkami - setką i sto-czterdzieści-jedynką. Szczególnie ta pierwsza dostarcza nam wielu pięknych wrażeń. Przy BR-141 wydaje się być maleńka i poręczna, choć to wciąż dwa stumilimetrowe obiektywy! Najwięcej czasu poświęcamy Wielkiej Mgławicy w Orionie, nie żałując lornetom (i sobie) najprzeróżniejszych konfiguracji filtrowo-okularowych, lecz obiektem, który najbardziej zapada mi w pamięć jest M1 - Krab, który w lornecie jest wyraźnie mięsisty. Nie widać w nim żadnego z włókien, niemniej - nie jest to płaski, blady duszek, a wyraźnie “wypukły” (czytaj: jaśniejszy wewnątrz) obiekt. Podchodzi Magda z Olą (“Pokaż coś ciemnego”). Szkoda, że Barnard 361 zdążył już zanurkować w przyhoryzontalne zamglenie i jest cieniem samego siebie (czyli cieniem cienia na niebie). Tokyo 994 również nie pokazuje się z najlepszej strony, ale i tak jest pozytywne zaskoczenie, że “coś widać”. Mogło być gorzej. Dziewczyny, wróćcie na wiosnę. Będzie co oglądać. W międzyczasie Paweł znika, a ja przeskakuję do Jednorożca. Łapię mocno skrzącą Choinkę (NGC 2264), a pod nią - Rozetę (NGC 2237), którą widzę tak wyrazistą chyba po raz pierwszy. Najmocniej wybija się północno-zachodni płatek wodorowego kwiatu, poniżej którego mgławica jest wyraźnie przyćmiona - to tam jest największa wżerka ciemnotek doskonale widocznych na zdjęciach (samych ciemnych pasm nie widzę). Jankowe filtry UHC-E sprawdzają się na tym obiekcie wyśmienicie. Zdjęcie Marcina Paciorka. http://www.forumastronomiczne.pl/index.php?/topic/11783-wodorowy-jednorożec-z-dslra/ Postanawiam zażyć nieco wiosny. Na pierwszy ogień idą M81 i M82, które wiszą już niemal w zenicie. Obie przepiękne i przewyraźne. Próbuję - z sukcesem - wyłapać możliwie szerokie halo ramion większej z galaktyk (nauczyły mnie tego widoki z Argusa, w którym M81 była nieproporcjonalnie przerośnięta). Gdyby mieć jeszcze żurawia… Sprawdzam jeszcze, o ile łatwiej (w porównaniu do 16x70) jest zaobserwować NGC 3077 i 2976 (o wiele łatwiej), a następnie ulegam cichej prośbie własnego karku i wybieram przyjaźniej usytuowany cel. Muskam szybko wzrokiem sporą M101, a następnie zatrzymuję się przy M51 - i chyba jest to najbardziej niesamowity widok tej nocy. Widać dwa wyraźne jądra (M51 i NGC 5195), a kształtne halo messierowych ramion zdaje się nabierać nieznacznych pojaśnień. Czy to autosugestia, czy naprawdę było widać ślad struktury spiralnej? Nie mam pojęcia. Gapię się jak zaczarowany, bo i widok jest magiczny. Po obskoczeniu kilku kolejnych klasyków, wobec znów siadającej przejrzystości nieba, przechodzimy do kiełbasianego bufetu, który w zasadzie kończy obserwacje. Umawiamy się z Pawłem na kolejną noc, ale ilość wiszącej tej nocy wilgoci chyba skutecznie zniechęca Pawła do pojawienia się wieczór później. Szkoda. ... W sobotę zgodnie stwierdzamy z Lukostem, że dość tego nieogarniętego podglądactwa. Czas na choćby mały konkret. Plan wygląda następująco: NGC 1360, 1999, 2371-2, 2022, Trumpler 5 wraz z Barnardem 37-38. A jeśli starczy sił - poprzepychać się z Pętlą Barnarda, Głową Wiedźmy i Mewą. Zaczynamy od planetarki w Piecu (NGC 1360), gdyż ta wisi nisko i najszybciej ucieknie. Choć określana jako lornetkowa z racji jasności i sporych rozmiarów kątowych, dostarcza pewnych trudności. Nie obserwowałem jej dwa sezony i zdążyło mi umknąć, jak niemałego pojaśnienia powinienem szukać. Na całe szczęście łapanką zawiaduje Lukost, który bezbłędnie ustawia mgławicę zarówno w swoim newtonie, jak i w lornecie 22x85. W obu instrumentach pojaśnienie jest spore i mdłe, jednak po chwili zerkania i oswajania kadru - staje się całkiem wyraźne. Przypominam sobie o NGC 1999 - Mgławicy Dziurka od Klucza (Keyhole Nebula). Pamiętam, że to maleństwo jest całkiem jasne i byłoby łatwe, gdyby nie to, że… to prawdziwe maleństwo. Kilka skoków między okularami i atlasem - i Tereska jest przynajmniej teoretycznie wycelowana. Powiększenie 22x, choć skromne dla kolegów cyklopów, okazuje się wystarczające, by szybko zauważyć, że jeden z punktów jest nieco rozciągnięty. Ostatnio polowałem na ten obiekt ładnych parę lat temu i nie wracałem - a jest do czego. Punkcik jak punkcik, sam w sobie niezwykły nie jest. Niezwykły jest kontekst. Drobna, ledwo rozciągnięta plamka zagubiona pośród niezbyt licznych, lecz pięknie skrzących niebieskobiałych gwiazd na czarnym, aksamitnym tle, wisi gdzieś w kadrze zamkniętym u góry majestatycznym wachlarzem M42. Z pewnością jest to najbardziej satysfakcjonujący widok tej części sesji, a ja nie spieszę się ze zmianą kadru. Wycelowuję Fujinona 10x50 w to samo miejsce i z niewielkimi problemami również namierzam NGC 1999. Jednak w tamtym momencie, Tereska rządzi niepodzielnie. Źródło: Aladin Po paru minutach postanawiam posiłować się z innym niewielkim obiektem, lecz znacznie słabszym - usytuowaną nieopodal Lambdy Orionis mgławicą planetarną NGC 2022 (11,5mag). Pamiętam, że udało mi się ją wyłapać późną jesienią w Borach Tucholskich w lornecie 25x100. Mgławiczka stawia dzielnie opór, ale z każdą dłuższą chwilą przybywa gwiazd w kadrze. Nie mając do końca pewności, korzystam z chwilowo opuszczonego Taurusa 12” i wycelowuję w okolice głowy Oriona. Zapamiętuję układ - mgławica jest północno-zachodnim wierzchołkiem trójkąta równoramiennego odwróconego podstawą do góry, tuż na wschód od pary umiarkowanie jasnych gwiazd. Po chwili mam kompletny trójkąt w lornetce, próbuję się więc dopatrzeć jakichkolwiek oznak “niegwiazdowości” NGC 2022. Nie dopatruję się ich, poza większą podatnością na zerkanie. Niemniej, sam obiekt jest złowiony bez cienia wątpliwości. Przychodzi czas na coś jeszcze trudniejszego - Mgławicę Cukierek o podwójnym numerze w Nowym Katalogu Generalnym (NGC 2371-2). Są tylko trzy trudności lornetkowe w łowieniu tej planetarki - jasność, rozmiar i położenie. Cała reszta to łatwizna. Wycelowuję we właściwy obszar i zaczyna się zabawa w oswajanie bardzo słabych gwiazd i łowieniu tej najsłabszej, za to nieznacznie większej. Nie będąc pewnym, uzbrajam Tereskę w filtry UHC-E Astronomika i łapię wyraźnie jaśniejszy punkt. Aby potwierdzić, zahaczam kolegę numer 83. - Jest! Łukasz, widzisz? - To słabe w centrum? Widzę. Podnosimy poprzeczkę i postanawiamy posiłować się z Głową Wiedźmy. Ustawiam lornetę tak, by poświata Rigela przeszkadzała jak najmniej, usuwam też Cursę z pola widzenia. Intensywne zerkanie przynosi parę pojaśnień, lecz jak się potem okaże - nie tam, gdzie być powinny. Wiedźma znów ucieka, choć o tym dowiem się dopiero za pół godziny, jak Łukasz skonfrontuje swoją świeżą pamięć ze zdjęciami z internetu. Pada prośba o Płomień, więc grzecznie wycelowuję, niegrzecznie jednak komentując zbliżające się białe światło, zza którego słychać przepraszający głos Bodiego. NGC 2024 jest ustawiona, Łukasz się wpatruje, a ja szukam adaptacji. Nie spieszy mi się, więc i Bodiego przepuszczam. Po nim ustawiam się sam, łapiąc piękne, wyraziste pojaśnienie przy Alnitaku, rozcięte w połowie ciemnym pasmem. Próbuję doszukać się jakichś nieregularności, ale bez powodzenia. Odbijam do góry, w kierunku Pętli Barnarda i niechcący wpadam na dawno nie widzianą M78. Cóż, Tereska po raz kolejny pokazuje ile jest warta. Mgławica - niewielka, choć i tak zaskakująco spora w powiększeniu dwudziestodwukrotnym - pięknie odchodzi gasnącym wachlarzem od najjaśniejszego, północno-zachodniego cypla, który urywa się dość nagle po prawej. Wisząca nieco powyżej NGC 2071 jest raczej mdłym, jednak oczywistym obiektem o niezapomnianym uroku lekko zaparowanej optyki. Znów dopada mnie lekkie zmęczenie i zaczynam się kręcić bez składu i ładu. Na Pętlę Barnarda nie mam jednak sił (nie chce mi się nawet sprawdzić jej dokładnego położenia w atlasie), na Barnardy 37-38 brakuje powoli przejrzystości, podobnie jest z wiecznie niezaliczonym, pobliskim Trumplerem 5. Zbieram się jednak na tyle, by spróbować tego, co odwlekam od paru lat - wyznaczania jasności gwiazd zmiennych. Decyduję się na U Monocerotis i R Coronae Borealis. Jasność U Mon wyznaczam metodą Pickeringa, R CrB, hmm… chyba w bezwartościowy sposób, bo porównując ją z inną gwiazdą stwierdzam, że jest absolutnie identycznej jasności (7,4mag). Kolor i bardzo bliskie położenie gwiazdy referencyjne sprawia, że nie widzę sensu szukać dalej. Czy taka obserwacja jest wartościowa? Pojęcia nie mam. Chwilę potem czerwonawy blask zza półprzezroczystych ścianek wiaty grillowej informuje o roznieceniu paleniska, nad dachem pojawia się biały dym (habemus salsiciam!), a wraz z zapalonym mocnym światłem kończy się nie tylko chwilowy sens obserwacji, ale i pomysły. Czas na kiełbachę. ... Po przerwie Krzysiek (Starczek) podprowadza grupę świeżynek i prosi o mały Tour de Classiques - lecą więc najwdzięczniejsze łatwizny. Pokazuję Plejady, w których nikt (prócz zabłąkanego Dusera) nie widzi Mgławicy Merope, M47 i M46 ilustrujące różnice między gromadą młodą a nieco wiekową, Żłóbek (M44), który taki do końca młody nie jest i M42, która owszem, młoda jest. Dalej już tylko Chochoty plus karawana Messierów w Woźnicy i Bliźniętach - i w podziękowaniu dostaję butelkę Wysowianki, najprawdziwszej oranżady o smaku i kolorze PRL-owskiej czerwonej landrynki. A więc było warto. Wracam do obu zmiennych i proszę Krzyśka o jego ocenę U Monocerotis. Osiem do dwóch, mówi. A więc widzi identycznie. W przeliczeniu, zgodnie wyznaczamy jasność gwiazdy na 5,9mag. Tymczasem NGC 2371-2 nie daje mi spokoju. Wracam więc do Bliźniąt - adaptacja jest niezła, więc i w kadrze widać więcej gwiazdek. Punkt uprzednio wzięty za światło martwej planetarki z pewnością jest żywą gwiazdą, za to w pobliżu pojawia się małe i niezwykle mdłe pojaśnienie, pojawiające się w tylko jednym ustawieniu oka, najprawdopodobniej umożliwiając marnej szczypcie fotonów wystrzelonych z odległej mgławicy trafić w najbardziej upręcikowione miejsce na siatkówce. Wpatrując się uważnie, przypominam sobie jesienną walkę z tym obiektem i utwierdzam się w przekonaniu, że to jest to, co widziałem podczas listopadowej sesji w Borach. Obiekt uznaję za zaliczony. Niemniej, na następny sezon trzeba uzbroić się w porządne UltraBlocki (lub O-trójki). Kolejna godzina lub dwie mijają mi na części integracyjnej. Wykruszają się ludziska na polu - Kraterowi powoli kończą się siły lub pomysły na tę noc i nawet Grzędziel z Duserem, dwaj najwytrwalsi z wytrwałych, powoli przebąkują o odwrocie. W końcu również Pod Złotą Wiechą pustoszeją korytarze. Zostajemy tylko z Markiem-Gryfem i Krzyśkiem-Starczkiem w kuchni o zapachu popłuczyn po piwie, stawiając krzesła na gdzieniegdzie chrupiącej po chipsach i paluszkach podłodze. Nocne Polaków rozmowy przyjemne są jak zawsze, ale dobre niebo nie daje mi spokoju. Wychodzę więc jeszcze raz, bez latarki i atlasu (z premedytacją, żeby nie tracić adaptacji) - biorę tylko statyw i Tereskę. Ustawiam się w dziwnie pustym okopie Grzędziela (wygodnie tu, dziękuję). Na pierwszy strzał idzie Galaktyka Sombrero. Jeśli niedawne posiadanie lornety 25x100 czegoś mnie nauczyło, to intensywniejszego zerkania na galaktyki, które wydają się być opatrzone. Tak więc staram się jak najuważniej obzerkać M104, której mglisty, wrzecionowaty kształt po paru chwilach rośnie wszerz niemal dwukrotnie, choć krańcowe fragmenty dysku galaktycznego są bardzo ulotne (jednak bez wątpienia są). Pogrubienie Sombrera jest dość symetryczne (w pionie), ale po kolejnej chwili zerkania południowa granica pojaśnienia nabiera nieco konkretniejszego kształtu. Nie do końca ufam temu, co zdaję się widzieć - ślad pasu pyłowego widoczny w lornetce? A jednak! Czas na kolejne klasyki. Celuję niemal z biodra na zachód od Vindemiatrix i od razu łapię charakterystyczną mgiełkę przy trójkącie dość jasnych słońc. Witaj, Messierze 87. Chwilę potem jestem przy numerach 84 i 86. Ustawiam je nieco powyżej centrum, by złapać wyciągniętą NGC 4388, a potem wracam do Łańcucha Markariana, chwytając po kolei Oczy (NGC 4435 i 4438), jaśniejszą z kolejnej pary - NGC 4461 (bez mapy nie mam szans na NGC 4458), a następnie na zamykające łuk, dość łatwe NGC 4473 i 4477. Gromada w Pannie na stronie Pocket Sky Atlas Po tej porcji zagramanicznych wysp, przychodzi czas na coś bardziej lokalnego - ustawiam dwururkę na M3, łapiąc jej spore halo, które przy uważnym zerkaniu nabiera lekkiej ziarnistości. Następnie przestawiam kadr w lewo, łapiąc nietrudną, wizualną sąsiadkę, NGC 5466. Później chwytam kolejne wiosenne gromady kuliste - M13, M92, M5 - poświęcając każdej z nich tyle czasu, żeby dostrzec ich ziarnistą naturę. Przeskakuję na chwilę do Messierów 51 i 101, ale bliskość zenitu w połączeniu z brakiem siedziska skutecznie zniechęca do dłuższego wpatrywania się w te galaktyki. Jako kolejny cel wybieram więc Mgławicę Pierścieniową (M57), która wisi w miejscu, które znów doceniają kręgi szyjne. Bez trudu łapię wyraźną tarczkę planetarki z niewyraźnym pociemnieniem w środku, na tle bogatego gwiezdnego pola. Czuję, że czas się zbierać. Celuję jeszcze raz w M3, na pożegnanie. Odchodzę z pola z pewnym niedosytem, ale nie mogę sobie pozwolić na kolejną godzinę obserwacji, mając w perspektywie kilkunastogodzinną podróż do domu. Lorneta ląduje w walizce, statyw na ramieniu - i schodzę. ... Wyściskujemy się z każdym na pożegnanie. Akumulatory naładowane, szpej zapakowany do auta. Czas ruszać. - Może ty podjedź pod górkę, a ja dalej pokieruję do Warszawy? Ty się jeszcze dziś nakierujesz. Przytakuję. ... Wracamy z nierealnego, wydłużonego weekendu. Inni ludzie, inna okolica, a nocami - niezliczone gwiazdy nad głową. Czy to się naprawdę wydarzyło? Po drodze dwukrotnie spotykamy Grzędziela na stacjach benzynowych między Tarnowem a Warszawą. A więc się wydarzyło.
  3. Luty oszalał. Do tej pory nie mam pojęcia, cóż to za anomalia pogodowa sprawiła, że w tym zazwyczaj nieprzejednanie ponurym miesiącu, chmury odsłaniały nieboskłon przez kilka nocy, a raz - poczęstowały nieprzeciętną przejrzystością mimo wcześniejszych długich tygodni, kiedy to mgła, a może raczej - galareta jakaś - zaległa na dobre nad północnymi rubieżami Rzeczpospolitej. Krystaliczność i suchość powietrza, jakie nadeszły 16 lutego nie zostawiały wątpliwości, że nadchodząca noc będzie niezwykła. Jeszcze będąc w pracy układałem sobie w myślach marszrutę przez kolejne regiony nieboskłonu, które zamierzałem odwiedzać, z których zamierzałem brać obiekty całymi garściami, i które miały mnie naładować na kolejne dni spędzane pod szarym całunem późnozimowych chmur. Zaraz po przyjściu do domu zacząłem się przygotowywać do tyleż duchowej, co narkotycznej, gwieździstej uczty. I do ostatnich chwil nie mogłem się zdecydować, gdzie jechać - do Blizin (blisko, dość dobre niebo) czy w Bory Tucholskie (trzykrotnie dalej, bardzo dobre niebo). Za pierwszą opcją przemawiała zapowiedź obecności Wojtka i Marka, za drugą - chęć maksymalnego wykorzystania wyśmienitej pogody. Ostatecznie zdecydowałem się jechać w Bory. Po drodze wpadłem do Pablita, żeby zabrać na testy jeden z jego najświeższych teleskopów, który - z racji przysadzistości i karłowatości (12 cali, F/4) - nazwałem swojsko Pablitus Łokietek. Na miejscówce w gospodarstwie agroturystycznym zjawiłem się około 21:00 - później niż chciałem, choć czas i tak mogę określić jako niezły. Pierwsze wyjście z auta i spojrzenie na wściekle błyszczące niebieskie gwiazdy Oriona utwierdziły mnie, że decyzja o dalszej jeździe, lecz pod lepsze niebo, była jak najbardziej słuszna. Rozstawiłem stanowisko lornetkowe i nieopodal Łokietka - żeby się chłodził. Chociaż miałem zacząć od Rufy, pierwszym celem jaki obrałem były szerokie okolice gromady Choinka. Gromada oczywiście pięknie świeciła, jednak mój główny cel był położony jakiś stopień na zachód - był nim Barnard 39. Jest to niewielki cypel dość rozległego obszaru pyłowego, skatalogowanego w swej południowej części jako Barnard 37, a ciągnącego się jeszcze dobre dwa stopnie na północny zachód, przybierając kształt fajki lub “ptaszka” (✓). B39 widziałem już kilka razy wcześniej, lecz zainspirowany niedawno opublikowanym, nieprzeciętnie pięknym zdjęciem Maćka Kapkowskiego, postanowiłem poświęcić mu dłuższą chwilę. Najpierw wycelowałem w ten rejon Łokietka, bo chwilowo się przy nim kręciłem, a i ciemne mgławice widuję w teleskopach bardzo rzadko (prawie wcale). autor: Maciej Kapkowski źródło: http://www.forumastronomiczne.pl/index.php?/topic/6705-na-granicy-oriona-i-jednorozca/ Rejon niewielkiej, ciemnej, ukośnej smugi okazał się w sporym - 60-krotnym - powiększeniu bardzo niejednorodny. Mgławica Futro Lisa (Sh2-273), na tle której należy wypatrywać B39 nie jest demonem jasności powierzchniowej, a i gwiezdne pole w tym miejscu wybitną obfitością słońc nie grzeszy - więc mimo niezłej znajomości tego regionu, poprawna identyfikacja szukanego obiektu zajęła mi trochę więcej czasu, niż się spodziewałem. Niemniej, po chwili udało się wyłuskać ukośnie biegnącą smużkę B39, nieco niejednorodną w swym kształcie. Próbowałem zmierzyć się z poszczególnymi kłębkami tej mgławicy, ale po krótkiej próbie - odpuściłem. Teleskop to jednak nie moja bajka. Z mojego cyklopiego kręcenia się w tej okolicy, zanotowałem jeszcze słabszy łącznik (LDN 1609) spajający południowo-wschodni kraniec B39 z większym kompleksem ciemnotek leżącym na zachód. Widoczne również było wyraźne pojaśnienie wokół S Monocerotis, najjaśniejszej z gwiazd gromady Choinka (NGC 2264). Podszedłem do Fujinona 16x70, skierowując go w ten sam rejon. Barnard 39 wyszedł dość szybko z tła, lecz wspomnianego łącznika z kompleksem B37-38 nie wyłapałem. Filtry UHC wydawały się nieznacznie pomagać w łowieniu ciemnotki, lecz szału nie było. W każdym razie - byłem zadowolony, że owa ciemnotka jest zaliczona bez żadnych wątpliwości. Korzystając z uroków szerokiego pola, poświęciłem chwilę na przeskanowanie całego kompleksu, który nazwałem sobie Zimową Fajką. Dlaczego tak? Bo dość mocno przypomina ciemną Mgławicę Fajka (Pipe Nebula) w Wężowniku, której uroków nie było mi dane do tej pory podziwiać. Mgławica Fajka (Wężownik) i Zimowa Fajka (Jednorożec) źródło: Photopic Sky Survey Zimowa Fajka generalnie zasadza się w okolicach dość charakterystycznego i jasnego asteryzmu gwiazd tworzących “Y”. Poniżej “igreka” widać dość rozległego, choć o słabo skontrastowanych granicach Barnarda 37, zaś na północ-północny zachód ciągnie się na 2-3° dość szeroka smuga tworząca trzon fajki. Cały kompleks podziwiałem w lornetkach od 7x50, przez 10x56 po 16x70, a każda z nich pokazywała coś, czego nie było widać w innej. Wezwany do lornet Krzysiek potwierdził dobrą widoczność kosmicznej lulki. A r g o Następnym celem miały być nisko położone gromady w Rufie. Przejechałem więc lornetką w dół, muskając tylko wzrokiem bogactwa Jednorożca, które - choć krzyczały - musiałem zostawić za sobą. W końcu nieczęsto zdarza się, by obiekty położone 5-10° nad horyzontem były aż tak wyraźne. Jako pierwsza padła oczywiście M93, mocno wybijająca się z bogatego pola gwiezdnego. Jej zachodnia część była wyraźnie jaśniejsza, z kilkoma wyraźnymi jasnymi słońcami, wschodnia natomiast tonęła w wyraźnej mgiełce nie rozbitych składników gromady. Przejechałem kilka stopni na wschód, w poszukiwaniu NGC 2482, której nie udało mi się wyłowić niespełna tydzień wcześniej w Blizinach. Wiedziałem bardzo dokładnie, gdzie jej szukać - i tam, gdzie być powinna, zobaczyłem spory i wyraźny, dość jasny owal, przylegający do parki pomniejszych słońc. Żadnego problemu nie sprawiła również mniejsza, choć wyraźniejsza NGC 2467, widoczna na 3° południe od M93, na zachodnim krańcu krótkiego łańcuszka gwiazd 6-7 wielkości. Korzystając z naprawdę nieprzeciętnej widoczności tego regionu, zacząłem go swobodnie skanować. Od razu wpadły mi w oko dwie gromady - NGC 2421 oraz NGC 2383. Mimo niewielkiej wysokości nad horyzontem, każda z nich jakoś się odróżniała od drugiej. NGC 2421 ma nieco wydłużony kształt, zaś NGC 2383 - bardzo kompaktowe rozmiary, charakterystyczne sąsiedztwo - przylega bowiem wizualnie do niewielkiego łańcuszka gwiazd, i w końcu ukazuje ciężki do wyłuskania ślad ziarnistości. Nie zaobserwowałem za to jej pobliskiej sąsiadki, NGC 2384, ukrytej w delikatnym blasku parki 9-magowych słońc. Nie mam jednak wątpliwości, że i ten klaster by padł, gdyby tylko nieco wyżej wznosił się nad horyzont. Wspomniane w relacji obiekty zostały wyróżnione źródło: Taki Star Atlas Idąc dalej na zachód, znalazłem się w okolicy Asocjacji Wielkiego Psa, grupy jasnych gwiazd na południu konstelacji. Pośród nich zaobserwowałem kilka następnych gromad: NGC 2362 oraz Cr 121. Ta pierwsza jest dość jasna, choć niełatwa w dostrzeżeniu - przeszkodę stanowi τ Canis Majoris, która swą jasnością przyćmiewa pozostałe składniki NGC 2362 (zwanej czasem Gromadą Tau Canis Majoris). Gromada początkowo wyglądała jak pojaśnienie wokół gwiazdy, lecz owo pojśnienie dość szybko stawało się ziarniste, co pozwoliło wyeliminować podejrzenie, że to zaparowana optyka zaczyna płatać figle. Obiekt nie do końca lornetkowy, lecz w zasadzie - kto powiedział, że i takimi nie wolno się cieszyć w niewielkich aperturach i powiększeniach? Czy lornetkowe obiekty to tylko gromady w rodzaju Plejad - i większe? Chyba jednak cały urok lornetkowania polega na tym, że nigdy do końca nie wiadomo, jak się dany obiekt zaprezentuje. Nie zmienię powiększenia, by upodobnić jedną gromadę do drugiej - muszę więc brać to, co niebo daje z wszelką różnorodnością, wynikającą zarówno z fizycznej wielkości obiektu, jak i odległości do niego. Druga z gromad w okolicy, Collinder 121, była bardzo wyraźna. To dość ubogie, wydłużone w osi północ-południe skupisko stosunkowo jasnych słońc wokół jasnej, pomarańczowej gwiazdy Omikron1 CMa. W powiększeniach 10-16x prezentowało się wybornie, ukazując około tuzina słońc. Będąc blisko ukochanej M41, przeskoczyłem i do niej, sycąc oczy dziesiątkami ciasno upakowanych gwiazd skrzących się delikatnie w odblasku pobliskiego Syriusza. Wtedy też dotarło do mnie, że to właśnie Syriusz jest odpowiedzialny za wyraźne rozjaśnienie nieba w okolicach rzeczonego Messiera 41, co nadaje gromadzie pewnej trudnej do określenia wyjątkowości. Pluję sobie w brodę, że nie zjechałem na południe do dwóch kolejnych wyraźnych Collinderów - 132 i 140. Z pewnością były w zasięgu, a nie wyłapałem ich przez zwykłe gapiostwo. Na usprawiedliwienie mam tylko własne otumanienie na widok przebogatych połaci gwiezdnych muskających zalesiony horyzont. Wróciłem do Rufy, do przeuroczej pary M46-47. Znając te okolice bardzo dobrze, nie poświęcałem zbytniej uwagi ani jaśniejszej M47, ani nie odwiedzałem też pobliskiej NGC 2423, ni też pobliskiej-lecz-odległej Melotte 71. Skoncentrowałem się za to na pięknej, subtelnej ziarnistości gromady Messier 46, a także na mgławicy planetarnej NGC 2438. Dotychczas pory widziałem ją tylko raz i - jak to bywa w przypadku obiektów słabych i ulotnych - postanowiłem powtórzyć obserwację dla spokoju własnego sumienia. Niebo nie zawiodło i dzięki parce UltraBlocków planetarka wyskoczyła na tyle wyraźnie, bym nie miał najmniejszej wątpliwości, że została upolowana. Blada powłoka gwiezdnego truposza została także dostrzeżona przez kolegów obserwujących razem ze mną, więc w przypadku tego obiektu moje sumienie jest zupełnie czyste. Bez posiłkowania się filtrami, miałem przez jakieś 20% czasu wrażenie, że coś nieśmiało wyskakuje w miejscu, gdzie powinna świecić NGC 2438 - ale pewności nie mam. Pokręciłem się jeszcze chwilę w rejonie prześwietnej parki Messierów. Niby od niechcenia wpadły mi w oko jasne i dość duże gromady leżące na zachód, już w Wielkim Psie - NGC 2374 i NGC 2360. Ta druga pokazała nawet pewną ziarnistość, co zwykle się jej nie zdarza (w Blizinach uparcie pokazuje mi się jako łatwa do dostrzeżenia, acz bardzo jednorodna w swoim blasku mgiełka). Hełm Thora (NGC 2359) również sam się napatoczył, lecz w miarę dobrze znając ten obiekt zadowoliłem się tym, że bezbłędnie weń trafiam bez posiłkowania się mapką. Z kolei gdy odsunąłem się na południowy wschód od M46, wpadła mi w oko kolejna gromada - NGC 2509. Podobnie jak inne jasne, choć nie bijące po oczach obiekty w tej okolicy, widoczna była jako dość regularne pojaśnienie wielkości około 10’. Próbując zidentyfikować jej numer, zauważyłem na mapie kolejną pobliską kandydatkę do wyłowienia z bajecznego sezamu Rufy, NGC 2479. Oczywiście i ten klaster nie sprawił najmniejszego problemu, choć poza swoim pojaśnieniem wiele nie pokazał. Do wymienionych obiektów wracałem po wielokroć, skanując niebo niemal od niechcenia i zupełnie nie wysilając się na uważniejsze wyzerkiwanie obiektów. Ta szwędaczka miała w sobie coś z beztroskiego błądzenia i cieszenia się tym, czym obserwator może zostać niespodziewanie poczęstowany. Wciąż nie mogłem się nadziwić i napatrzeć na bogactwo kipiące tuż nad linią lasu, odpuściłem nawet wyszukiwanie ambitniejszych obiektów z katalogu Haffnera czy Ruprechta, na które od dawna ostrzę sobie zęby. W tamtym momencie czułem obserwacyjne spełnienie dzięki zwykłemu błądzeniu wśród przebogatych pól gwiezdnych i wyłapywaniu co i rusz pięknych kolorów rzadko oglądanych słońc. Szukając innych egzotycznych - jak na nasze szerokości geograficzne - obiektów, po raz drugi “w karierze” zrobiłem podejście do galaktyki spiralnej NGC 2613 w Kompasie. Dopiero później sprawdziłem jej jasność - 10.4mag - co ostatecznie odarło mnie ze złudzeń co do możliwości wyłowienia tego obiektu w 16x70 z szerokości geograficznych Polski. Niemniej, w “Łokietku” galaktyka była całkiem wyraźnym, kształtnym, eliptycznym pojaśnieniem. Czas mijał nieubłaganie, a okręt Argonautów zaczął uciekać za linię horyzontu, z wolna skrywając detale co jaśniejszych obiektów, by w końcu kompletnie zatrzeć ślad po większości z nich. Na widoku pozostały tylko położone najbardziej na północ Messiery, a coraz wyżej pięły się późnozimowe i wiosenne konstelacje. Zanim jednak poświęciłem im uwagę, zatrzymałem się w kilku miejscach. Korzystając z okna świetnej widoczności, bez problemu złapałem piękną i wyraźną mgławicę planetarną, Duch Jowisza (NGC 3242). Takiej wyraźniej chyba jej nigdy wcześniej nie widziałem - jasna, seledynowo-zielonkawa, nieco większa od okolicznych gwiazd i mocno gasnąca przy patrzeniu na wprost. Pokazałem ten widok pozostałym na placu boju kolegom, lecz ci jednoocy niewdzięcznicy wzgardzili tym widokiem. “Ja muszę mieć wyraźną tarczkę, dopiero wtedy widzę, że to planetarka”. Pfff! Cóż, pewnie jestem dziwny, ale ja żadnej wielkiej tarczki mieć nie muszę - wszak to tylko opcja. Syciłem więc oczy intensywnym kolorem obiektu i jego nie do końca gwiazdową aparycją. źródło: sky-map.org Kolejnym przystankiem była piękna, stara gromada M48 w Hydrze, której widok jest balsamem na mą duszę. Nie wiem do końca czemu, ale gdy sycę oczy jej dyskretnym urokiem, zwyczajnie wyrównuje mi się oddech, a do głowy uderzają endorfiny. To prawdziwie królewskie zwieńczenie bogactwa zimowych gromad, choć pozbawione pompy, z jaką uderzają Plejady czy M-ki Woźnicy. źródło: Mag7 Star Atlas Następnie odwiedziłem dwa pobliskie klastry, które mimo niewielkiego dystansu kątowego kazały mi dwukrotnie przekraczać granice między konstelacjami. Pierwszym z nich był NGC 2506 w Jednorożcu. Zmęczenie nie pozwoliło mi skoncentrować się dłużej na tym obiekcie, nie wyłapałem więc jego ziarnistości. Widok drugiego z klastrów, NGC 2539 w Rufie, zatrzymał mnie na dłużej. W pierwszym momencie obiekt jawił się jak mgiełka w rodzaju Mgławicy Płomień, znacznie wyraźniejsza od wodorowego pierwowzoru, lecz nie do końca rzucająca się w oczy za sprawą gwiazdy 19 Puppis, którą muska swym południowo-wschodnim krańcem. Jednak po chwili mgiełka stała się wyraźnie ziarnista, skrząc się niczym diamentowy pył i ukazując kilkanaście subtelnych, lecz wyraźnych zerkaniem słońc. Kompletnie upojony widokiem zimowych gromad, po krótkiej przerwie przeskoczyłem w kompletnie inne rejony. L e o Z Lwem mam raczej wyrównane rachunki. Wiem, gdzie szukać w nim obiektów, udało mi się w ciągu minionych sezonów wyłowić niemal wszystko, co było do wyłowienia przez średnią lornetkę i ogólnie nie czuję niedosytu w badaniach skarbów tej konstelacji. Jednak tym razem poczułem iście lwi głód - bo zwykle moje galaktyczne łowy w tym rejonie odbywały się na raty. Tym razem chciałem więc zobaczyć ile się da podczas jednej sesji. Zacząłem od znanego Tripletu - mam go na tyle dobrze opatrzony, że widoczność jego składników jest dla mnie papierkiem lakmusowym jakości panujących warunków. 16x70 pięknie i wyraźnie pokazała całą trójcę. Wyraźną, zatopioną w lekkim halo M66, słabszą, lecz również wyraźną M65 oraz długą i szeroką smugę najbledszej NGC 3628. Następnie przeskoczyłem do kolejnej grupy - Kwartetu Lwa. Tak, wiem - zazwyczaj o nim się mówi “drugi triplet”, “zachodni triplet” - lecz ja tam nigdy, przenigdy, żadnego tripletu nie widziałem. Zwykle gdy docieram w jego rejon, zapalają się w polu widzenia kolejne obiekty - najpierw zauważam szeroką parę Messierów 95 i 96, a potem - ciasno upakowane M105 i NGC 3384. Zwyczajnie nie przypominam sobie warunków, bym widział jedną z galaktyk, a nie dostrzegł drugiej. Wiele razy sprawdzałem widoczność tych obiektów, porównując widok z teleskopu (o ile któryś z cyklopów towarzyszył mi w obserwacjach) z tym, co pokazują moje lornetki, z 10x50 włącznie. I zawsze był tam kwartet. Tej nocy cała czwórka była bardzo wyraźna, a poszczególne składniki wyglądały podobnie - jak krągłe, lekko eliptyczne, zwarte pojaśnienia. Z wcześniejszych obserwacji wiedziałem, że można z tych okolic wycisnąć więcej. Na pierwszy ogień poszła niewielka, lecz zaskakująco wyraźna NGC 3377. Kojarzyłem, że w pobliżu znajduje się też inna galaktyka, nieco słabsza i większa, ale nie mogłem sobie przypomnieć jej położenia. Niezastąpiony sufler - Object in the Heavens - szepnął, żebym odszukał NGC 3412, lecz zobaczyłem bardzo wąską i krótką strużkę światła, ledwie jaśniejącą drzazgę w ciemnym sklepieniu nieba. Choć piękna, nie była obiektem, którego szukałem. W międzyczasie zawędrowałem też do całkiem wyraźnej NGC 3489, leżącej pomiędzy Tripletem a Kwartetem, pięknej, drobnej - i raczej dość rzadko wspominanej w relacjach. Tymczasem sprawa “tej większej galaktyki” nie dawała mi spokoju. Zerknięcie na ściągę - i mam! W kłębie się schowała, tuż na wschód od Algieby, franca jedna. Kiedy w końcu do niej - NGC 3227 - dotarłem, dłuższą chwilę nie mogłem się oderwać od piękna jej wyraźnie większego pojaśnienia. Po nacieszeniu oczu, przeskoczyłem kilka stopni na zachód, spędzając parę chwil na podziwianiu wyraźnego obłoczka NGC 2903. źródło: Mag7 Star Atlas To, co mnie zaskoczyło w penetrowaniu lwich skarbów, była wyrazistość obiektów. Przejrzystość swoją drogą, ale myślę, że cegiełkę tez dołożył sprzęt, z którego chwilowo (?) korzystam - Fujinon 16x70. Z całą pewnością mogę cieszyć się nieco większym zasięgiem z racji przejścia z powiększenia 15x na 16x, co skutkuje zmniejszeniem źrenicy wyjściowej, a więc pociemnieniem tła i większym skontrastowaniem obiektów. Być może swoje dokłada jeszcze transmisja, na którą nie miałem powodów narzekać w Oberwerku, ale która zawsze może być lepsza. Na sam koniec łowów w Lwie, poświęciłem dłuższą chwilę na jednoznaczne i ostateczne wyłuskanie NGC 3607, leżącą w łatwym orientacyjnie miejscu, między Deltą a Thetą Lwa. Skierowałem lornetkę - i tu niespodzianka - mgiełki są dwie. Jedna, jaśniejsza, bez wątpienia była poszukiwaną NGC 3607, ale ta druga - tak wyraźna? Owszem, wcześniej miewałem parę razy wrażenie, że majaczy mi w tym miejscu coś, co mogłoby być NGC 3608, ale zwykle był to obiekt wyzerkiwany z najwyższym trudem, niemal na granicy wyobraźni. Tutaj, choć nadal trudny - był, po prostu był. Ciesząc się pięknym widokiem ciasnej parki galaktyk, wyzerkałem coś jeszcze! Czyżby NGC 3605? Pomyślałem, że to byłoby zbyt piękne, gdyż ta galaktyka jest za słaba, by ją dostrzec przez 16x70. Jednak podłużne, mgiełkowate pojaśnienie wciąż uparcie dawało się wyzerkać. Podszedłem do kompletnie wyziębionego już Łokietka, by wyjaśnić sprawę. NGC 3607 i 3608 zostały jednoznacznie potwierdzone. Natomiast trzecie pojaśnienie okazało się być parką słabiutkich, 11-magowych gwiazd. Sama NGC 3605 była widoczna z drugiej strony osi wyznaczanej przez dwie jaśniejsze galaktyki, i była też zdecydowanie najsłabsza z całego trio. Tymczasem zmęczenie dopadało mnie coraz bardziej. Obserwacje miały trwać jeszcze dobrą godzinę, ale ich intensywność spadała wraz z moją koncentracją. Odpuściłem więc dwie ostatnie lwie galaktyki, które miałem w planach - NGC 3521 i 3640. Sam koniec sesji poświęciłem na dobrze znaną Grupę M81, łowiąc sześć jej najjaśniejszych składników - Messiery 81 i 82 oraz NGC: 2403, 2976, 3077, i 4236 - lecz to jest materiał na osobną opowieść (stay tuned!). Dołożyłem do nich NGC 4125 i NGC 4605, pokręciłem się jeszcze wokół kilku najjaśniejszych obiektów wiosennego nieba i zacząłem zbierać się do domu. Sesja utkwiła mi w pamięci z kilku powodów. Pierwszym była oczywiście nieprzeciętna krystaliczność nieba i praktycznie brak problemów z roszeniem optyki. Drugim, nie mniej ważnym, było otworzenie skarbca Rufy. W trakcie tej relacji nazwałem go “sezamem” i tak sobie myślę, że jest to określenie dość trafne na ten rejon. Dla obserwatora skazanego na północne skrawki tego egzotycznego bogactwa, przeważnie ukrytego pod zasłoną chmur, widok kipiących blaskiem gwiazd i gromad na stosunkowo niewielkiej przestrzeni jest widokiem niezwykłym, wręcz baśniowym. To unaocznienie sobie, jak bogata potrafi być Droga Mleczna, i to nie tylko latem. To zwiedzanie rejonów, które wydają się być dostępne praktycznie raz do roku - ostatnią taką przejrzystość miałem pod koniec listopada 2013 (sic!). To zdjęty z nieba jakiś przeklęty czar, pozwalający nasycić oczy tak bardzo, że przez długie kolejne dni człowiek się zastanawia, czy to nie był tylko piękny sen. Co ciekawe, mimo świadomości, że dostrzegłem jedynie ułamek bogactwa tego regionu - nawet tego, co było dostępne przez dwie krótkie godziny górowania Rufy - czułem spełnienie obserwacyjne. Oszołomiony pięknem konstelacji, nie wiem, czy zdołałbym przyjąć więcej obiektów, niż wyłapałem. Widząc te bogactwa, człowiek może doznać szoku, z którego łatwo nie wyjdzie - a przecież tydzień pracy trwał, więc konieczny był szybki powrót do rzeczywistości. Pod sam koniec sesji spojrzałem na Gwiezdny Obłok Łabędzia, wiszący jakieś 10° nad północnym horyzontem - i porównałem go w pamięci z tym, co widziałem ledwie parę godzin wcześniej. Muszę stwierdzić, że pola gwiezdne Rufy wcale nie ustępują przebogatym przecież obszarom między Sadrem i Albireo. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w okolice zwrotnika warto wybrać się nie tylko dla wyżej położonych konstelacji Skorpiona i Strzelca, ale również - a może nawet przede wszystkim - dla bezdennego sezamu Rufy.
  4. Sprawa miała być nudna i zupełnie standardowa - zwykłe rozeznanie w terenie, nic szczególnego w zawodzie prywatnego detektywa. Chodziło o podrzędną knajpkę, prowadzoną przez pewnego Polaka z holenderskim paszportem. Lacerta sive Stellio - cóż, dość osobliwa nazwa lokalu. Nic dziwnego, że we wszystkich przewodnikach - jeśli w ogóle o nim wspominano - nigdy nie wymieniano jego oryginalnej, pełnej nazwy. Mówiono w skrócie “Lacerta” lub częściej - po prostu “Jaszczurka”. - Pamiętaj, Amerykanie byli już tam wcześniej. Jeden wskazał na dwa istotne tropy, drugi był bardziej skrupulatny, jego lista ma siedem punktów. - Mamy jakieś zdjęcia z poprzednich oględzin? - Zdjęcia? Jakie zdjęcia? Do cholery, jesteś w branży od wczoraj? Przecież fotografersi nie zapuszczają się tam, bo i po co? Jeśli już idą w tym kierunku, wszyscy skręcają do nightclubu Kokon. Wiesz, puścisz na scenie efektowne mgiełki i wszyscy sikają po nogach. A jak który skręci w bok, to skręca w nie ten bok i zwyczajowo daje się zrobić w trąbę. Mimo wszystko postanowiłem pójść i sprawdzić. Taksówkarz zawiózł mnie pod znaną melinę przy 39. Alei (od jej numeru, zwykle mówimy na tę melinę “M39”). Tam skręciłem wzdłuż obskurnego Bulwaru 168., minąłem Kokon - i w zasadzie w samych drzwiach Lacerty wpadłem na uroczą pieguskę (w aktach figurującą jako N.7209 (N - notowana, dalej numer w kartotece)). Miałem wrócić chwilę później do niej i jej młodszej koleżanki (N.7243, trochę bardziej rzucającej się w oczy, ale nie do końca w moim guście). Tymczasem rozejrzałem się po lokalu. Cóż za pretensjonalny wystrój - małe, dość niewyraźne stoliki umieszczone w salce w zygzak. Że niby mają układać się... w Jaszczurkę? Cholerny, tandetny polski gust. Najprostsze skojarzenie szefa, który obok stylisty wnętrz nawet nie stał. Całość kompletnie bez wyobraźni. Ale czego się spodziewać po Janie H., lokalnym watażce, miłośniku piwska, przyjacielu znanego producenta wódki i papierosów, Jana S.? (...) ... No dobra, popłynąłem. Ale fakty z grubsza pozostają te same - Jaszczurka jest raczej niezbyt docenianym skrawkiem nieba, fotografowana jest stosunkowo rzadko, a i mapy nieba niespecjalnie zachęcają do sięgnięcia po coś więcej. No i kolejny fakt - naprawdę nie wierzcie Amerykanom. Wzbudzają zaufanie, ale wszystkiego nie mówią. Dobry stary Phil mówi o dwóch obiektach, Peter Birren wylicza ich już sześć. Tymczasem warto podskoczyć czasem nawet największym tuzom i powiedzieć: sprawdzam! Mapka na podstawie Cartes du Ciel Noce w połowie września były wciąż łaskawe. Na tle dobrze widocznej, choć nie oszałamiającej smugi Drogi Mlecznej, zygzak jaszczura piął się całkiem wyraźnie . Nie tracąc zbyt wiele czasu, wycelowałem swe lornety w jego okolice, póki gadzina była w najdogodniejszej pozycji na niebie (choć nie najwygodniejszej do oglądania). Nalot? Tradycyjnie ten sam - od M39, wzdłuż ciemnej smugi Barnarda 168 do NGC 7209, pierwszej z brzegu - dosłownie i w przenośni - gromady w Jaszczurce. NGC 7209 jest dla mnie absolutnie najpiękniejszym obiektem w gwiazdozbiorze i zwykle na niej skupiam największą uwagę. Nie wiedzieć czemu, uwielbiam takie obiekty, teoretycznie pozbawione fajerwerków. Jest coś kojącego w widoku spokojnie skrzącej się gromadki gwiazd. Ślad NGC 7209 nie jest do końca regularny - od zachodu ma wyraźną ciemną zatoczkę, przez co klaster przyjmuje kształt litery “c”. Lornetki 7x50 pokażą tę gromadę jako bladą plamkę światła, która być może przy podparciu rąk (lub dwururki) pokaże swoją ziarnistość. Lornetki 10x50 i większe pokazują ziarnistość gromady w różnym stopniu - od widoku, który lubię nazywać podskórnym rozbiciem, po gromadkę kilkunastu czy dwudziestu kilku słońc, których pozycje można bez problemu naszkicować (czyli widać znacznie więcej niż “mieni się coś, ale tylko zerkaniem”). Żadna z gwiazd nie wybija się znacząco ponad inne, co może sugerować, że najjaśniejsze i najbardziej masywne wąchają już bozony od spodu. I faktycznie, wiek gromady szacowany jest na około 440 milionów lat, czyli grubo ponad średnią życia gwiazd typu O i B; jest to też wiek, w którym gwiazdy typu widmowego A powoli odchodzą od ciągu głównego. Kolejnym dość oczywistym celem była jej czterokrotnie młodsza sąsiadka leżąca dwa stopnie na północ, NGC 7243. Ta gromada jest zauważalnie inna - kilka gwiazd wybija się mocniej z tła, a całość jest wyraźnie podzielona na dwie części (tę cechę widać już w 7x50). Północna część skupia się wokół węzła trzech gwiazd, południowa - większa - pokazuje od razu około pięciu słońc. Bardziej wnikliwe spojrzenie pozwala przynajmniej podwoić liczbę gwiazd w każdej grupie. Jeśli ktoś lubi dopatrywać się jakichś asteryzmów w gromadach, to prawdopodobnie dopatrz się podobieństwa do symbolu przycisku “przewiń” >> ;) Mimo pozornie większej spektakularności, gromada ta mimo wszystko sprawia wrażenie dość ubogiej - oprócz kilkunastu jaśniejszych gwiazd, niewiele świeci tam w tle, chociaż w mniejszych lornetkach ta gromada może podobać się bardziej niż jej starsza sąsiadka. Kolejnym celem była NGC 7296, mała perełka w okolicach oczu Jaszczurki - czyli między β i 9 Lacertae, bliżej tej pierwszej. Gromadka mimo swego rozmiaru (4’) okazała się całkiem wyraźna - o ile się wie, gdzie jej szukać. Wydawała się być przyklejona do słabej gwiazdki dziewiątej wielkości, co razem skutkowało wyglądem podobnym do kometki, z gwiazdką-jądrem ustawionym blisko krawędzi blasku gromadki. W średniej lornecie wydawało się wychodzić kilka gwiazdek (2-3) plus kilka dodatkowych na granicy ziarnistości, ale nie mam pojęcia ile z tych bonusowych światełek mogło należeć do gromady, a ile było zwyczajnie świetlikami pierwszego planu. źródło: Photopic Sky Survey Następna na liście była szwendająca się w okolicy IC 1434, kolejna gromada otwarta. Jest to jeden z tych obiektów, które same potrafią wpaść w oko podczas w miarę uważnego skanowania nieba lornetką 10x50. Ten klaster również okazał się lekko “kometkowaty”, ponownie jakaś gwiazda postanowiła zażyć chwili chwały i podbić swoją oglądalność przez przypadkowe ułożenie pozornie blisko znacznie dalszej gromadki. Wszystko, byle tylko o niej mówiono. Ech, mówię wam, świat gwiazd jest naprawdę porąbany... Z ciekawostek - w 2008 ta gromada pojawiła się w pracy polskich astronomów (dr-a Maciejewskiego i dr-a hab. Niedzielskiego) zatytułowanej “Badania fotometryczne dziewięciu wątpliwych gromad otwartych”, gdzie wysunięto wniosek, że mamy do czynienia z przypadkowym ułożeniem gwiazd. A jeszcze insza praca, tym razem duetu Bica-Bonatto, “Gromada czy asteryzm? 2MASS CMD i analizy strukturalne 15 ambitnych celów” (2011), klasyfikuje IC 1434 jako dość wiekową gromadę (800 mln lat). Ech, mówię wam, świat astronomów jest naprawdę porąbany... Dwa kolejne obiekty - IC 1442 i NGC 7245 - znalazłem z wielkim trudem. Ciężkie do wypatrzenia, mikroskopijne, blade pojaśnienia, ciężkie do jednoznacznego zidentyfikowania pośród słabych gwiazdek. Pierwsza z gromadek była nieco łatwiejsza, z drugą trochę się namordowałem. Ale co się dziwić - mówimy o szukaniu “rozmytych gwiazdek” pośród mrowia ostrych gwiazdek tej samej wielkości gwiazdowej. Niemniej, warto poświęcić odrobinę czasu na tę parkę - szczególnie pod dobrym niebem, ze średnią lub dużą lornetą. Chociaż… czasami sobie myślę, że Amerykanie mogli zostawić taką podpuchę celowo, dla odwrócenia uwagi od czegoś znacznie bardziej spektakularnego. I wiecie co? Miałem rację! Chociaż może nie do końca. Przeskanowałem Uranometrię i zauważyłem dwa dość duże cele - o, w końcu jacyś lokalsi, a nie kolejne drobinki z Ramienia Perseusza. Pierwszy z obiektów, NGC 7394, okazał się być całkiem jasną, nieco podłużną gromadką, w miarę sporą - o rozmiarach ok. 7x5’. Po wpatrzeniu się w tę mgiełkę, wyszło około 7-9 gwiazd, z czego połowa patrząc na wprost. Wszystkie były mniej więcej zbliżonej jasności, ułożone w trójkąt pomiędzy dwiema ostatnimi (połudnowo-wschodnimi) gwiazdami dość charakterystycznej S-ki, sporego (2,5°x1°) asteryzmu złożonego z gwiazd 6-8 wielkości. Warto sobie zapamętać położenie tego zawijaska, bo jest on niezłym drogowskazem do kilku pobliskich słabizn. Kolejnym bonusowym celem była gromada NGC 7438, leżąca już na granicy z Kasjopeją. Obiekt w zasadzie przypomina dwie sąsiadujące ze sobą mgiełki, południową nieznacznie większą, oddzieloną dość wyraźnie od północnej sąsiadki. Później sprawdziłem, która mgiełka nosi dumne miano NGC 7438 - i okazało się, że obie. A jeszcze później okazało się, dlaczego tak jasne gromady (obie widoczne już w 7x50, z czego NGC 7394 z ręki!) są pomijane w atlasach i zestawieniach - otóż według Revised New General Catalogue zostały zdegradowane do klasy marnych asteryzmów. Jednakże, o ile “gromadność” NGC 7394 jest dość wątpliwa, o tyle kilka źródeł wymienia jednak NGC 7438 jako rzeczywistą gromadę. A niezależnie od tego, oba cele są warte przynajmniej spojrzenia - bo prezentują się pięknie. Z innych, pomniejszych celów, próbowałem swoich sił z dwiema gromadami z katalogu Berkeley - 98 i 96. W przypadku tej pierwszej, wyzerkałem z trudem jakąś podłużną poświatę, czasami przebijały trzy gwiazdki - ale trudno to uznać za upolowany obekt. W przypadku Be 96 nie wyzerkałem nic. Dopełnienie sesji miało przyjść dopiero miesiąc później... CDN...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.

© Robert Twarogal, forumastronomiczne.pl (2010-2020)