Skocz do zawartości

Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów '20x80' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj za pomocą nazwy autora

Typ zawartości


Forum

  • Obserwujemy Wszechświat
    • Astronomia dla początkujących
    • Co obserwujemy?
    • Czym obserwujemy?
  • Utrwalamy Wszechświat
    • Astrofotografia
    • Astroszkice
  • Zaplecze sprzętowe
    • ATM
    • Sprzęt do foto
    • Testy i recenzje
    • Moje domowe obserwatorium
  • Astronomia teoretyczna i badanie kosmosu
    • Astronomia ogólna
    • Astriculus
    • Astronautyka
  • Astrospołeczność
    • Konkursy FA
    • Sprawy techniczne F.A.
    • Zloty astromiłośnicze
    • Astro-giełda
    • Serwisy i media partnerskie
  • Klub testowy witajcie w klubie tu was poskubie
  • Podbeskidzka zbieranina miłośników DS-ów Wyjazdowe obserwacje DS-ów

Kalendarze

Marker Groups

  • Userzy FA

Znaleziono 8 wyników

  1. Kupie Sky Master 20x80

    Jak w temacie kupię lornetkę Celestron Sky Master 20x80 z możliwością zakupu statywu
  2. RPOptix Wega HQ 20x80 - recenzja

    Wyobraźcie sobie świat obserwacji wizualnych bez teleskopów 10-calowych i bez ich bezsprzecznych zalet: gabarytów nieznacznie większych od reflektorów 6- i 8-calowych, ale dużo mniejszych od sprzętów 12-calowych. Świat bez ich możliwości pozwalających nawiązać walkę z lustrami nastocalowymi, czy bycia remedium na dwucalicę złośliwą*. Byłoby ciężko, prawda? W świecie lornet jest podobnie. Swoistym odpowiednikiem dziesięciocalowców są lornety 20x80. Tutaj podobnie: mamy większe możliwości sięgania w głąb Kosmosu niż w przypadku lornet 15x70, ale wciąż operujemy sprzętem znacznie poręczniejszym niż wielkie i ciężkie zazwyczaj lornety 25x100. Oba światy przestają być równoległe, kiedy dochodzi do polecania sprzętu: o ile nie ma z tym problemu w przypadku reflektorów, lorneciarze mają utrudnione zadanie z powodu rynkowej bolączki - niestety, ani celestronowski SkyMaster, ani brandowana przez Teleskop Service dwururka z serii BA5 nie osiągały takiej jakości, by można je było z czystym sumieniem polecać. Na tym tle, nieźle prezentowała się starsza seria BA3 - przyzwoita optycznie i mechanicznie, lecz nieco krucha (choć i tak o wiele solidniejsza niż znane SkyMastery). Mnie jednak zawsze marzyła się lorneta solidna, o niezłej optyce, nawiązująca walkę z bardzo udaną, cenioną (i niestety - drogą) serią BA8. Pod względem parametrów stosunkowo blisko plasowała się bardzo udana konstrukcja 22x85, lecz ktoś, kto miał w rękach zarówno tę lornetę, jak i jakąś 20x80 wie, że są to zupełnie inne gabaryty. Dlatego, gdy parę lat temu na rynek weszła seria BA10, wydawało mi się, że w końcu pojawił się produkt, który byłby solidną propozycją dla obserwatorów oczekujących dobrej optyki, lecz niekoniecznie za równowartość średniej krajowej. Pozytywne opinie na obcojęzycznych forach zachęcały do przyjrzenia się tej lornecie, lecz z powodu jej niedostępności w dystrybucji krajowej, ów sprzęt jest bardzo rzadki nad Wisłą. Zestaw, który na parę tygodni trafił w moje ręce, to używany egzemplarz brandowany przez włoską firmę RPOptix. Standardowo, lorneta przywędrowała do mnie w klasycznym, tanim chińskim kuferku o konstrukcji żywo reagującej na wszelkie dziwaczne akcje - w rodzaju podnoszenia za uchwyt celem przetransportowania. Za to sama lorneta już na pierwszy rzut oka wygląda bardzo solidnie. Mocna konstrukcja, dobrze spasowane elementy i okrycie dobrej jakości gumą, przywołują silne skojarzenia ze sprzętem z półki premium. Jeśli do tego dodamy całkiem ładne wzornictwo, otrzymujemy jeden z ładniejszych sprzętów wśród masowo produkowanych lornet. Lorneta dobrze leży w rękach, mechanicznie nie sygnalizuje żadnych niedomagań. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, w tym i zaślepki, które bardzo dobrze trzymają się opraw chroniących optykę - w żadnej konfiguracji nie mają tendencji do spadania. Pierwszym zaskoczeniem jest barwa powłok na obiektywach. Zawsze byłem przyzwyczajony do zielonkawo-seledynowych warstw, tymczasem tutaj dostałem przesoczystą ultramarynę zmieszaną z cyjanem. Przyznam, że wygląda to i efekciarsko i dziwnie zarazem. Z rekonesansu w sieci wynika, że są to powłoki dość zbliżone do tych, które Lunt aplikuje w swoich dwururkach z serii Magnesium. Podczas rozmów na forach spotkałem się z opinią, jakoby takie powłoki miały maskować niedokładności w korekcji obiektywu w pewnym zakresie barw, wycinając nieznacznie ów gorzej skorygowany zakres, przez co - kosztem transmisji - otrzymujemy obiektyw wyglądający na lepiej skorygowany, niż jest w rzeczywistości. Czy jest to poprawna interpretacja - nie wiem. Mam jednak na tyle zaufania do kolegi, że nie waham się przytoczyć jego słów. Co ciekawe, pod pewnym kątem kolor powłok uciekał w stronę czerwieni złamanej magentą - zatem czasem na podstawie niektórych zdjęć można odnieść mylne wrażenie, że mamy do czynienia z rubinowymi powłokami. Okulary są otulone w wykręcane muszle oczne. Ich pozbawiony stopów mechanizm chodzi dobrze, z pewnym oporem, dzięki czemu można zatrzymać wykręcenie na pożądanej wysokości. Sam najczęściej zostawiałem muszle w pozycji maksymalnie obniżonej, dzięki czemu miałem swobodny dostęp do całego pola widzenia przy jednoczesnej możliwości dostępu powietrza między oko a soczewkę, co opóźniało parowanie optyki. Dodam, że maksymalne wyciągnięcie muszli nie skutkowało pełnym odcięciem bocznego światła (gdyż wykręcane muszle są sztywne z natury), a przy tym miałem wrażenie, że nie ogarniam całego pola widzenia lornetki bez trochę zbyt mocnego przytulania oczodołów do okularów. Dość duże soczewki oczne są wpuszczone na 6 mm w głąb oprawy okularów, dzięki czemu przy obserwacji z maksymalnie obniżonymi muszlami ocznymi miałem spory zapas przestrzeni między okiem a soczewką. Podejrzewam, że jest duże prawdopodobieństwo, że ten parametr docenią osoby obserwujące w okularach korekcyjnych. Lorneta ma gwint w standardzie ⅜ cala, zatem większość popularnych głowic nie będzie z nim współpracować - o ile nie zaopatrzymy się w jakiś rodzaj przejściówki na popularny standard ¼ cala. Jest to jednocześnie sygnał dla posiadacza lornety, że warto zaopatrzyć się w statyw z solidną głowicą, która połączy się z dwururką przez grubszy gwint. Lornetka jest wyposażona w centralny system ogniskowania. Szerokie pokrętło chodzi dość płynnie, da się też usłyszeć delikatne mlaskanie smaru wewnątrz mechanizmu. Mechanizmu, który oceniam niestety dość nisko - jak się miało szybko okazać, pokrętło generuje luzy sięgające około 5 mm pustego ruchu, po którym następuje “załapanie” i ruch okularów w górę czy dół. Efekt był zauważalny niezależnie od kierunku obracania pokrętłem. Podobnie luzy zauważyłem na pokrętle korekcji dioptrii na prawym okularze, jednak te były niemal nieszkodliwe, w okolicach połowy milimetra (inna sprawa, że nie dało się ich nie zauważyć). Koniec końców, ostrzenie wymagało pewnej dozy cierpliwości - korekta w drugą stronę to ponowny margines luzu i delikatne wyczekiwanie, kiedy mechanizm zaskoczy. Była to pierwsza tak poważna wpadka konstrukcyjna, na którą trafiłem, na szczęście - najpoważniejsza. Na pocieszenie dodam, że raz ustawiona ostrość nie miała tendencji do zmian, nawet pod wpływem mocniejszego nacisku na okulary. Oględziny wnętrza tubusów nie przyniosły żadnych sensacji, ukazując standardowe dla klasy średniej wyczernienie i wykończenie wnętrza (czyli zadowalające). Według zapewnień producenta, pryzmaty są mocowane w identyczny sposób, jak w serii BA8. Zatem lorneta powinna dzielnie stawiać opór wszelkim wstrząsom. Skoro mowa o solidnych pryzmatach, warto przy okazji wspomnieć, że te okazały się być jednak zbyt małe do ogarnięcia całego stożka światła wędrującego od obiektywów do okularów. Pomiar apertury efektywnej dał wynik 75,5 mm. Nie jest źle (wynik dla serii BA3 to 73 mm, a dla BA5 - 68 mm), ale zostawia pewien niedosyt - choć bardziej w głowie niż w realnej różnicy w zasięgu. Optycznie lorneta zaprezentowała się naprawdę nieźle. Obrazu nie zaliczę do bardzo ostrych, lecz pamiętajmy, że to jest konstrukcja niemal dwukrotnie tańsza od BA8. Oczywiście największą bolączką było ustawianie ostrości, której ustawienia nigdy nie byłem do końca pewien. Obraz dawany w dzień był bardzo ładny - kontrastowy, o dobrze zbalansowanych kolorach, choć nie grzeszył nadmierną głębią ostrości. Nie wyczerpując tematu (i zasłaniając się dwójką ruchliwych dzieci) przejdę od razu do wrażeń z obserwacji gwiazd. Pierwsze spojrzenie, poza ładnym kontrastem i dobrą (choć jakby nieidealną) ostrością, pokazało dość wyraźną aberrację chromatyczną, szybko narastającą od centrum ku brzegom, niemniej - w miarę nieuciążliwą. Inne wady optyczne zdają się narastać równomiernie. Nieco szybciej wybijają się astygmatyzm i koma (pierwsze oznaki pojawiają się już w okolicach 30% od centrum obrazu) oraz wspomniana aberracja chromatyczna. W okolicach połowy promienia pola widzenia, gwiazdy dostają ogonka skierowanego ku środkowi, dodatkowo stają się nieco plackowate, ukazując przy tym nadprogramowe kolory (kłania się aberracja chromatyczna). W okolicach 70% pola widzenia do głosu dochodzi płaskość pola (a raczej jej lokalny brak), zaś ostatnie 20% rozjeżdża się coraz mocniej, z czego połowa tej wartości - przy diafragmie - to juz klasyczna kiszka erflowa (gwiazdy wyciągnięte w małe łukowate pojaśnienia). Gdybym miał to ująć w liczbach, rzekłbym, że 25% pola widzenia jest maksymalnej ostrości, a wewnętrzne ⅔ pola są w pełni użyteczne. Ostatnie 15% odpowiada wyłącznie za brak efektu studni, nie wnosząc żadnej dodatkowej wartości. Daje to wynik bardzo zadowalający - co prawda nie mamy komfortu rozglądania się po całym kadrze, lecz możemy się skupić na obiekcie, którego najbliższe otoczenie nie rozprasza nas nadmiarem wad optycznych. Dystorsja poduszkowa jest widoczna, ale nie uciążliwa. Czasami, szczególnie po porównaniu z lornetkami z wyższej półki miałem wrażenie nieznacznego zawijania obrazu podczas skanowania nieba, lecz wrażenie to nie było nadmiernie dokuczliwe. Korekcja astygmatyzmu nie jest, niestety, najmocniejszą stroną RPO 20x80. Skrzenie gwiazdek było widoczne już od samego centrum obrazu, co w połączeniu z nie najlepszym mechanizmem ustawiania ostrości powodowało utratę co najmniej pół minuty, a czasem - całej minuty na znalezienie właściwego punktu ostrości. Niemniej, gdy ten został szczęśliwie znaleziony, a sprzęt wychłodzony - obraz był naprawdę zadowalający. Lornetka bardzo dobrze sprawdza się na obiektach głębokiego nieba. Więcej niż przyzwoity kontrast, dobra klarowność obrazu dawały piękne widoki obiektów mgławicowych. Sprawdzało się to zarówno na gromadach (bardzo ładne kolory gwiazd!), na mgławicach jasnych (widoczna struktura pasm w M42) i ciemnych (jeszcze raz dobry kontrast). Niechętnie to przyznaję, ale abstrahując od estetyki obrazu możliwości obserwacyjne osiemdziesiątki były zauważalnie większe niż Fujinona 16x70. Oczywiście czasem brakowało pola wokół obiektów, niemniej “zapas kontekstu” wokół namierzonego celu był wystarczający, a przy okazji - sam obiekt pokazywał zwykle bardzo ładny detal. Trzy stopnie pola okazały się również całkiem komfortowe do skanowania nieba, zgrubnego namierzania lub niedokładnego i radosnego star-hoppingu, który wielu lornetkowców sobie zwykle ceni. Obiekty Układu Słonecznego okazały się nieco bardziej wymagające. Księżyc chętnie pokazywał kolorowe obwódki swej tarczy i momentami w obrębie samych struktur na swej powierzchni - ów efekt można było zminimalizować pilnując osiowego patrzenia. Niemniej - obserwacje Srebrnego Globu tym sprzętem były naprawdę przyjemne, choć w porównaniu do 22x85 można było odnieść wrażenie mniejszej szczegółowości, niż wynikałoby to z 10-procentowej różnicy powiększenia. Słońce było znacznie mniej łaskawe dla RPO 20x80. Ogólnie - było zadowalająco. Oczywiście nie dało się nie zauważyć sporej aberracji chromatycznej na krawędzi tarczy słonecznej, lecz na szczęście, wewnątrz tarczy ta była nieuciążliwa. Plamy ciężko było dokładnie wyostrzyć, lecz ważne było to, że nie miałem problemów ze zlewaniem się półcieni z przylegającymi plamami (pamiętam taki objaw w Sky Masterach). W porównaniu do Fujinona 16x70 była jednak przepaść - zarówno pod względm kontrastu, jak i ostrości. Nie waham się powiedzieć, że przez mniejszą z lornet widziałem więcej - zarówno jeśli chodzi o detal plam, jak i wyrazistość pochodni. Podsumowanie: RPOptix WegaHQ 20x80 jest z pewnością ciekawą pozycją sprzętową na rynku. Bardzo dobre wykonanie, niezła mechanika (ach, to nieszczęsne pokrętło ostrości!) i zadowalające własności optyczne sprawiły, że nie waham się umieścić ją na pierwszym miejscu w osobistym rankingu lornet 20x80 w cenie do 1500 zł. Jeśli ktoś nie ma bardziej wyrafinowanych wymagań odnośnie jakości optyki, a szuka solidnego sprzętu o dobrym kontraście i transmisji, a przy tym - ma ochotę na nieco większy detal obiektów głębokiego nieba niż ten oferowany przez lornety 15x70, powinien zainteresować się tym sprzętem. Być może gdybym trafił na egzemplarz z lepszym pokrętłem ostrości, ogólna ocena byłaby lepsza. Niemniej, mając na uwadze pewne kompromisy, można śmiało polecić ten sprzęt miłośnikom rozgwieżdżonego nieba. ___________________________ * dwucalica złośliwa - przekonanie obserwatora o tym, że zmiana sprzętu optycznego na inny, większy o dwa cale, otworzy przed nim o wiele większe możliwości obserwacyjne.
  3. Panna z warkoczem w 20x80

    Tak, ten tekst będzie traktował o niewiaście. Każdy a was pewnie wie o kim piszę i pewnie większość z was miła już z nią swoje własne doświadczenia. Postanowiłem opisać swoje. Ale żeby nie było za monotonnie będą również inni bohaterowie, ale o tym później… Wybraliśmy się z Adamem na naszą miejscówkę która znajduje się w zaciemnionym miejscu na wzgórzu z którego mamy pięknie odsłonięte niebo południowe. Ostatni wypad w tamto miejsce tydzień temu był bardzo udany bo trafiliśmy na dobre warunki. No, może Adam do końca nie wspomina dobrze tego wypadu bo na koniec próbując naprowadzić mój samochód na drogę zaliczył kąpiel zdrowotną w kałuży która okazała się być przydrożnym rowem głębokim na około 1m… Tym razem obyło się bez tego typu przygód i dotarliśmy na miejsce około 21.30. Spokojny wieczór bez wiatru, około 10 stopni i niemal bezchmurne niebo. Tak, zapowiadało się ciekawie… Rozstawiliśmy się ze swoim sprzętem, ja z Bresserem 20x80 a Adam ze swoim APM 100 ED i Fuji. Na pierwszy ogień poszła M42 aby pożegnać się z nią tej zimy. Orion był już dość nisko mgławica też nie prezentowała się specjalnie. Zatem szybko skierowałem swoją uwagę na drugą stronę nieba gdzie górowała już Panna zapraszając na spotkanie. Aby nabrać nieco wigoru i pewności przed spotkaniem z Panną postanowiłem jednak najpierw zmierzyć się z Lwem… Grupa M66 zwana Tripletm . Widywałem ją wielokrotnie w różnych sprzętach i tu było też bez problemu. Widoczne wszystkie składniki z ich charakterystycznymi kształtami. Najsłabiej NGC 3628 widoczna jako podłużna kreska. Poszło gładko, skoro takie dobre warunki spróbuję zatem z drugim Tripletem zwanym grupą M95. Wcześniej nie podchodziłem do tej grupki więc byłem niezmiernie ciekawy co zobaczę… No i poszło równie gładko jak z poprzednią grupką. W jednym polu wyraźnie widziałem M95, M96 a powyżej M105, NGC 3384 i po lewej coś jeszcze. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że widzę zerkaniem także NGC 3389 i tak powiedziałem Adamowi. Adam jednak sprawdził w atlasie i okazało się że galaktyka ma przecież ponad 12 mag więc to raczej za dużo jak na możliwości Bressera. Aby to potwierdzić Adam skierował APMa w kierunku grupy aby zbadać sprawę. W APMie widać już bez wątpliwości, choć wciąż zerkaniem tą słabą galaktyczkę. Na lewo od NGC 3389 znajdują się trzy gwiazdy o podobnej jasności w linii a galaktyka powinna być na wysokości środkowej. Te gwiazdki wyglądały w APMie wyraźnie jednak w 20x80 już tylko zerkaniem i były dużo bliżej siebie. Zatem bliskość tych gwiazd mogła sprawiać wrażenie jednego obiektu gdy patrzyło się w pobliże tej okolicy. To mnie mogło zmylić przy pierwszym wrażeniu. Poświęciłem jednak jeszcze trochę czasu aby się upewnić ale nie znalazłem potwierdzenia widoczności NGC 3389. Mimo braku tego potwierdzenia byłem bardzo zadowolony z tripletu M95. Muszę przyznać, że spodobał mi się bardziej niż ten klasyczny M66, stanowi większe wyzwanie ale ma za to więcej do zaoferowania. Rozochocony grupą M95 postanowiłem skierować swoją uwagę gdzie indziej, jednak Adam spytał. - Widziałeś już NGC 2903, w Lwie? - No właśnie, nie… - No to zerknij sobie. W okularach APMa moim oczom ukazała się duża owalna i jasna mgiełka. Faktycznie niezła a Messier ją pominął.. Spróbowałem w 20x80 i też było całkiem nieźle choć nie tak okazale jak w większej lornecie. Już miałem zabierać się za Pannę ale przypomniałem sobie, że przecież zaplanowałem na ten wieczór wyrównać rachunki z planetarkami które mi zostały jeszcze z poprzedniej sesji. Skierowałem zatem się do Smoka aby odnaleźć w jego wijącym się ciele kocie oko… Położenie mgławicy planetarnej NGC 6543 Kocie oko dobrze zobrazował niedawno Grzesiek w swoim poście „Widziałam Ducha” i bardzo mi to pomogło. Dzięki temu bez większych problemów szybko ją złowiłem. Planetarka wyglądała klasycznie czyli znikała gdy próbowałem się na nią popatrzeć na wprost, po skierowaniu wzroku nieco w bok lub do góry wyskakiwała zamglona plamka. Dało się tak jakby zauważyć taki seledynowy kolor. Podzieliłem się tą uwagą z Adamem który skierował tam swoją lornetkę, po czym potwierdził moje spostrzeżenie. Mgławice planetarne to nie są obiekty lornetkowe, jednak zadziwiające jest to, że jako jedyne wykazują ślady barw i to nawet w takiej małej aperaturze. Po Duchu Jowisza to druga plantarka w której dostrzegłem tak jakby kolor… Fajnie, ale Panna z warkoczem czeka. Zatem aby nie było żadnych fochów skierowałem lornetkę w jej stronę. Na pierwszy ogień poszła biżuteria od niejakiego Markariana. Łańcuch zlokalizowałem szybko i muszę przyznać, że prezentował się bardzo okazale. Zacząłem liczyć na głos aby Adam usłyszał, raz, dwa trzy, cztery, pięć, sześć… siedem. Po chwili liczę jeszcze raz … sześć. Sześć na pewno, ale czy siedem? I znów powtórka. Za pierwszym razem chyba się pomyliłem. Dwie pierwsze galaktyki M84 i M86 widoczne bardzo wyraźnie, z pozostałymi o tyle problem, że widoczne tylko zerkaniem więc trzeba patrzyć nieco powyżej tak, żeby objąć cały łańcuch i rejestrować składniki dolnymi receptorami oka. NGC 4435 i 4438 czyli oczy tak jakby wykazywały autonomiczność. Po chwili Adam skierował swoją lornetę w kierunku Łańcucha i zaczął swoją odliczankę.. .. siedem. Zerknąłem dla porównania przez APMa i oczom ukazało prawie to samo co w 20x80 jednak większe, Łańcuch wypełniał niemal całe pole, mgiełki wyraźniejsze no i ten taki gładki ostry obraz po sam brzeg. Dla tej Panny rozmiar ma znaczenie. Łańcuch Markariana. W lewym dolnym rogu M87. Powyżej łańcucha zlokalizowałem dwie kolejne mgiełki M88 i M91, na lewo M90. W polu z Markarianem mieści się jeszcze M87, chciałem sprawdzić czy wciąż obok niej wyskakuje to pojaśnienie. Bardzo znikome ale jednak coś tam jest - NGC 4478. Coraz śmielej poruszam się już po tym rejonie, ale żeby spamiętać chociaż położenie samych tylko M-ek to jeszcze nie jedną wizytę będę musiał złożyć Pannie. Czy Panna zwie się Brenika? Za panną jest warkocz a w nim znalazłem Igłę. Nauczyłem się ją szybko odnajdywać dzięki podpowiedzi Adama. Gromada Mel 111 układa się w taki trójkąt skierowany czubkiem do wewnątrz gwiazdozbioru, a Igła czyli NGC 4565 znajduje się tak jakby w kierunku w który wskazuje trójkąt, ale nie co powyżej. Pole lornetki 20x80 pozwala na objęcie czubka trójkąta i tej galaktyki która w prezentowała się jak długa kreska między gwiazdami. Nieco powyżej znajduje się galaktyka NGC 4559, owalna plama którą nie sposób pominąć poruszając się po tym terenie. Skoro jestem już tak blisko to chop do góry zobaczyć ssaka zwanego Wielorybem który wybrał sobie ten akwen między Psami gończymi a Bereniką. NGC 4631 widoczna jako podłużna mgiełka, grubsza z jednej strony. Poniżej Wieloryba, ustawiona ukosem galaktyka łom NGC 4656, taka mniejsza kreska wyskakująca zerkaniem. Wieloryb NGC 4631 z Łomem NGC 4656 Wyżej już się nie dało, kręgosłup zaczynał protestować a ja wczołgany prawie pod montaż. Więc kierunek w dół gdzie napotkałem podbite, czarne oko czyli M64. Nie wiem czy to siła sugestii, wyobraźni czy rzeczywiście udało mi się zaobserwować w tej mgiełce to charakterystyczne limo. Z tego miejsca już nie daleko do M53 która dość wyraźnie wyskakiwała w lornetce. Ale nie ona była moim celem tylko jej sąsiadka NGC 5053. Próbowaliśmy już wcześniej z Adamem dobrać się jej do skóry ale twarda sztuka nie dawała za wygraną. Pamiętałem już dokładnie jej lokalizację i przystąpiłem do ataku. I po chwili zakomunikowałem Adamowi, mam! J Bardzo, bardzo słabe ale do wychwycenia plamiste pojaśnienie tła. Po tym co można było zobaczyć w okularach 20x80 nie sposób stwierdzić, że to gromada kulista, ale to była ona. Po chwili Adam skierował tam swój instrument potwierdzając znalezisko. Miałem już trochę dosyć tych wysokich rejonów, kark trzeszczał, trzeba zmienić pozycję. No i proszę, Kruk upodobał sobie dolne rejony nieba a w jego wnętrzu trudny rywal – mgławica planetarna NGC 4361. Już poprzedniej sesji udało się ją upolować ale tak dla treningu spróbowałem i teraz. Mimo, że nie byłem do końca pewny czy dobrze pamiętam jej położenie po chwili rozpoznałem miejsce. No i sama mgławiczka też zaakcentowała swoją obecność. Jest trudna, wymaga ciemnego nieba ale w dobrych warunkach można zarejestrować bardzo słabą, bliską barwie tła plamkę. Stąd już tylko rzut beretem do Sombrera. M104 podobnie jak podbite oko, w pierwszej chwili wydawało mi się, że widzę ten charakterystyczny kształt, znów autosugestia? Jednak coś innego przykuło moją uwagę – gwiezdne wrota. Asteryzm, nigdy jakoś te asteryzmy nie robiły na mnie wrażenia ale muszę przyznać, że wrota wyglądały naprawdę bardzo interesująco, ładna grupka gwiazd. Siedzieliśmy na polu już blisko trzy godziny. Herkules już wzniósł się całkiem wysoko, zatem przyszedł czas na planetarkę żółw NGC 6210. Znowu pomógł opis Grześka ze wspomnianego wcześniej postu. Po małym rekonesansie zaobserwowałem znikającą plamkę. Chyba troszkę mniejsza od wcześniejszego Kociego oka. Adam też zainteresował się tym gadem jednak większa aperatura nie wniosła właściwie niczego więcej. Zbliżał się koniec naszych obserwacji, trochę zimno już dawało się we znaki. Spróbowałem jeszcze w łabędziu odnaleźć mgławicę planetarną, podobno mrugającą NGC 6826. Jednak nie pamiętałem już dokładnie jej lokalizacji i po chwili zrezygnowałem. Na koniec rzuciłem okiem na M13. Tak, to zdecydowanie najjaśniejszy obiekt mgławicowy na niebie jaki widziałem. W jej wnętrzu udaje się zauważyć tak jakby taką granulowatość, niejednorodną jasność.. Podobno M22 jest też mocna, ale ona nie wschodzi zbyt wysoko ponad horyzont. Poczekamy do lata.. już nie mogę się doczekać.
  4. Bresser Astro 20x80

    Od kilku tygodni jestem posiadaczem lornetki Bresser Astro 20x80 i w związku z tym postanowiłem podzielić się swoją opinią na jej temat. Niniejsza recenzja powstała na podstawie trzech nocnych wypadów, w różnych warunkach obserwacyjnych w sumie około 10 godzin. Uznałem zatem, że jest to już wystarczający materiał by napisać wstępną recenzję którą z czasem być może będę rozwijał w miarę jak astrogodzin będzie przybywać. Do porównań służyły mi dwie lornetki - DO StarLight 15x70 oraz Fujinon 16x70 i w tekście będę się do nich odnosił. Dla czego Bresser 20x80? Po ponad rocznym obcowaniu z Delta Optical Star Light widoki w 15x70 trochę mi spowszedniały. Zacząłem rozglądać się za czymś nieco większym co by pozwoliło mi nieco głębiej zajrzeć w niebo. Ponadto nie chciałem rewolucji ale raczej ewolucję niewielkim kosztem. Bresser Astro nie jest popularnym sprzętem wśród użytkowników w Polsce. Można powiedzieć, że wręcz niespotykany bowiem na żadnym z polskich forów nie znalazłem żadnej opinii osoby która by ją używała. Większość wybiera raczej sprawdzonego Sky Mastera 20x80. Oczywiście nie lubię wywalać pieniędzy w błoto i aby tego uniknąć poszperałem trochę na zagranicznych forach w celu znalezienia jakichś informacji na temat Bressera. Nie znalazłem wiele ale to na co natrafiłem wskazywało, że jest to budżetowy ale przyzwoity sprzęt. Jej główny rywal Sky Master wygląda niemal identycznie, ale jest droższy. Dodatkowym atutem przemawiającym na korzyść Bressera jest pełne pokrycie warstwami antyodbiciowymi FMC podczas gdy Sky Master deklaruje MC. Zdecydowałem się zatem na Bressera. Sama lornetka sprawia wrażenie całkiem solidnie wykonanej, wszystko jest dobrze spasowane, nic nie odłazi, nie widać śladu kleju jak to się zdarza w lornetkach budżetowych. Jest lekka jak na swoje gabaryty (2100g ) a zawdzięcza to aluminium z którego jest wykonana. Pokryta przyjemnym w dotyku nie ślizgającym się gumowanym materiałem. Oczywiście nie jest to konstrukcja porównywalna z pancernym Fujinonem, ale ja nie zamierzam rzucać lornetką, najważniejsze by sprostała trudom transportu w samochodzie czy plecaku a z tym wydaje się sobie poradzi bez problemu. Centralne pokrętło regulacji chodzi płynnie w umiarkowanej temperaturze, na mrozie już sobie nie radzi i chodzi ciężko. Trochę lepiej z regulacją ostrości w prawym okularze choć też ciężej w ujemnych temperaturach. W zestawie torba i pasek którego nie zdecydowałem się założyć na lornetkę, ponieważ nie zamierzam jej wieszać na szyi. Pierwsze obserwacje w dzień pozbawiły mnie obaw o jakość kolimacji. I muszę stwierdzić, że lornetka jest bardzo dobrze skolimowana. Naprawdę równoległość osi optycznych idealna. Odwzorowanie kolorów za dnia jest naturalne choć obraz jest tak jakby lekko kremowy. Obraz jest „dość” ostry, choć nie nazwał bym tego ostrością jak żyleta, do Fujinona to trochę brakuje… Ostrość trzyma tak do około 65% pola od centrum co jest raczej normalnym wynikiem w tym segmencie. Same gwiazdki są punktowe w centrum ale te jaśniejsze iskrzą się i to dość mocno. Chyba nawet trochę bardziej niż w Star Light. Dystorsja jest spora, za dnia trochę nawet uciążliwa ale w nocy na gwiazdkach już tak nie przeszkadza. Aberracja chromatyczna na przyzwoitym budżetowym poziomie choć minimalnie większa niż w DO 15x70. Na księżycu zielonkawa obwódka nieco większa niż w Fujinonie ale tragedii nie ma. Planety. Jowisz to okrągła tarczka otoczona blaskiem i aberracją, niemniej momentami majaczą dwa pasy. Najlepiej wygląda gdy niebo jest jeszcze szare i jest mniejszy kontrast. Saturn spłaszczony obiekt jednak po wnikliwym wpatrywaniu widać przerwę między tarczą a pierścieniami. Mars to okrągła, pomarańczowa i mocno roziskrzona tarczka. Ciasne układy. Trapez w Orionie rozbity z wyraźnie odseparowanymi trzema składnikami, czwarty tak jakby majaczy ale trudno tu mówić o 100% pewności. Miałem problemy z rozbiciem Mizara który nie chciał jednoznacznie pokazać drugiego składnika. Przeszkadzało iskrzenie gwiazdy, musiałem zastosować sztuczkę z zerkaniem tak jakby z brzegu okularu a nie z centrum. Dzięki temu iskrzenie Mizara udało się skierować do środka pola i słabszy składnik można było dostrzec. Tu muszę przyznać, mimo mniejszej aperatury Fuji pokazał swoją klasę. Co prawda Mizar też iskrzył co uniemożliwiło wypatrzenie słabszego składnika gdy patrzyło się z centrum i trzeba było zastosować sztuczkę z brzegowym patrzeniem ale odsłonięty słabszy składnik był wyraźniej odseparowany i bardziej punktowy. y2 w Delfinie – było trudno i podobnie jak Mizar, tylko sztuczka z brzegowym patrzeniem umożliwiła dostrzeżenie drugiego składnika. Acrab w Skorpionie – tu poszło najłatwiej i układ był wyraźniej oddzielony. Generalnie problem w rozdzielaniu układów podwójnych spowodowany jest blaskiem i iskrzeniem jaśniejszego składnika. Pole w Bresserze według producenta wynosi 56/1000m, w Bresserze wystarcza to idealnie aby zmieścić pas Oriona w jednym polu. Skrajne gwiazdy będą tuż przy samym brzegu pola. M81 i M82 mieszczą się w polu ze sporym zapasem. Jak dobrze pamiętam to w SkyMasterze 25x100 galaktyki były już przyklejone do brzegów pola. M46 i M47 wciąż mieszczą się razem w polu jednak są już bliżej brzegów które nie są tak ostre jak centrum. Przy tej parce a właściwie przy M46 spędziłem ponad 10 minut starając się dostrzec planetarkę której wcześniej mimo wielokrotnych prób nie udało się dostrzec w 15x70. Żąglowałem i obracałem oczami na lewo i prawo próbując zarejestrować jej obecność w gwiazdach gromady. I po jakimś czasie w miejscu które pamiętałem ze zdjęć zaczęła się momentami wyłaniać taka „pierzasta gwiazdka”. A więc sukces, choć wyzerkanie jej nie jest łatwe, mam wątpliwości czy w mniejsze aperaturze jest to możliwe, może Fujinon dał by radę ale nie zdążyłem niestety tego sprawdzić bo podczas tej sesji już księżyc nadciągał. Co do innych planetarek to M27 rządzi, większa niż w 15x70 i tak jakby widać już ten charakterystyczny kształt hantli. Jeden z najładniejszych obiektów. M57 w 15x70 można ominąć jeżeli się nie wie, że ta gwiazdka to właśnie znany obwarzanek. W 20x80 gwiazdka wyraźniej zamglona przez co trochę odróżnia się od swoich okrągłych sąsiadek. M51 trochę większa i łatwiejsza niż w 15x70, wyraźniej widać dwie tarczki, większą i mniejszą. Nie są do siebie już tak przyklejone świadcząc o tym, że są to dwa osobne obiekty. Generalnie w gromadach otwartych typu M46, M47, M50, M64, M48 i podobnych separacja gwiazd jest większa i wyraźniejsza. Np. w gromadach woźnicy za pomocą 15x70 widziałem ziarnistość ale ciężko mi było liczyć poszczególne gwiazdy - w Bresserze było o wiele łatwiej. Jakiś czas temu kolega Adam wyszukał NGC 2359 czyli Hełm Thora w mojej DO 15x70, wcześniej sam nigdy nie podchodziłem do tego obiektu. Gdy zerknęłem w okulary coś tam tak jakby było jakaś grupka gwiazdek i bardzo znikome pojaśnienie. Gdybym nie wiedział, że to jakiś obiekt to sam nie zwrócił bym na to miejsce uwagi. Zresztą Adam wtedy też nie był pewny na 100% czy to na pewno hełm. Mając to w pamięci wróciłem do tego obiektu Bresserem. W 20x80 mgiełka była już wyraźniejsza i oczywista, zwracała uwagę podczas skanowania tego obszaru. Triplet Lwa większy i wyraźniejszy niż w 15x70. Najsłabiej widoczna NGC ale bez problemu można rozpoznać jej charakterystyczny podłużny kształt. Wcześniej jakoś nigdy nie próbowałem podchodzić do galaktyk w Pannie i nadrobiłem to w 20x80. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście Łańcuch Markariana. M84 i M86 najbardziej widoczne, po dłuższym wpatrywaniu można jeszcze dostrzec trzy kolejne pojaśnienia układające się w charakterystyczny łuk. Dość dobrze też widoczna M87 po lewej, obok słabsze pojaśnienie którym musiało być NGC 4478. Trochę poniżej M49 wyraźnie widoczna, nie sposób jej pominąć poruszając się po tym obszarze. M104 Sombrero podłużna mała mgiełka ze zgrubieniem po środku. Obok kij golfowy z odseparowanymi wszystkimi składnikami. Galaktyka NGC 6946 Firework i gromada NGC 6939, dwie słabe plamy w jednym polu z których jedna wykazywała ślady ziarnistości. Kulki czyli gromady kuliste to okrągłe mgiełki, większe niż w 15x70 jednak wciąż zbyt małe by dostrzec jakąś ziarnistość chociażby na brzegach. Podsumowując, na podstawie tych obserwacji mogę stwierdzić, że Bresser Astro 20x80 jest całkiem przyzwoitą lornetką astronomiczną. O ile w obserwacjach dziennych mnie nie zachwyciła (zresztą nie do tego celu ją kupiłem) to jednak pod ciemnym niebem radziła już sobie całkiem nieźle. Obserwacje przeprowadzałem raczej w bardzo przeciętnych warunkach - pod lepszym, ciemniejszym niebem z pewnością stać ją na jeszcze więcej. Oczywiście wprawne oko doświadczonego i wymagającego obserwatora dostrzeże w niej wiele niedoskonałości optycznych które są powszechne w segmencie budżetowym. Dla mnie jednak nie wpływają jakoś znacząco na końcowy odbiór obrazu i satysfakcje podczas obserwacji. Po prostu cudów nie ma, to jest sprzęt segmentu budżetowego i tak należy do niego podchodzić. Lornetka broni się jednak doskonale ceną. Mogę polecić tą lornetkę jako tani ale pewny sprzęcik którym można już sporo zobaczyć. Z Fujinonem przegrywała co oczywiste ostrością, punktowością gwiazd i większą aberracją ale za to nadrabiała zasięgiem. Bardzo zbliżona jakością do DO Star Light. Taka jakość powinna zadowolić początkującego i mniej wymagającego obserwatora, natomiast ci bardziej wymagający i doświadczeni mogą sobie odpuścić i zbierać na Fuji czy sprzęt porównywalnej klasy.
  5. Tenebris Aquilae

    Niedosyt czasami bywa piękną siłą sprawczą - lub kopniakiem w rzyć, jak kto woli. Po śladowych ilościach siedzenia pod gwiazdami w lipcu i sierpniu, za to wypoczęty po urlopie, obiecywałem sobie dużo po wrześniowym nowiu. Tymczasem upalne lato kiedyś musiało się skończyć, a wilgoć - zacząć kłębić w przestworzach, by potem gwałtownie przemieszczać się pionowo w dół. Do tego stabilne wcześniej fronty zachwiały się na Europą, przeciągając całe masy powietrza z jednego krańca na drugi. W tę przejściową pogodę wpisał się Zatom. W pewnym sensie wizyta na zlocie przypominała wizytę w klubie go-go - zostawiłem tam trochę kasy, niby naładowałem baterie, ale - jako, że do niczego konkretnego nie doszło - wyjeżdżałem bez satysfakcji. Ze wspomnień obserwacyjnych mogę więc przywołać jedynie tępe spojrzenie w czeluść w miarę pogodnego nieba w pierwszy wieczór, kiedy byłem potwornie zmęczony. Niedosytu wywiozłem więc ze zlotu pod dostatkiem. Ale to ów niedosyt miał mnie wypchnąć parę dni później, mimo przeciętnych prognoz. Kiedy powoli zacząłem się już godzić z myślą, że wrześniowy nów mi umknie, kiedy niebo okazało się być niespodziewanie łaskawe w piątkowy wieczór - spakowałem więc manatki (10x50 i gościnnie - 20x80) i tuż po 21:00 byłem gotowy do drogi na miejscówkę. Spoglądając na niebo tuż przed wejściem do auta, zauważyłem przechodzące obłoczki - i mimo, że mogły oznaczać, że obserwacji nie będzie wcale, a w najlepszym razie - że będzie ich niewiele, zaryzykowałem. Bliziny powitały mnie jeszcze całkiem ciepłym powietrzem, niewielką wilgotnością i kapitalną przejrzystością. Obłok Gwiezdny Tarczy, mimo nieznacznej wysokości nad horyzontem, mocno przykuwał wzrok, Droga Mleczna świeciła mocno, jak rzadko kiedy w tej bliskości aglomeracji trójmiejskiej, a wyraźne gwiazdy w Strzelcu muskały nieznacznie zaświetlony południowo-zachodni horyzont. – Świeć. … – Rozkazuję ci, świeć! … – Cholerna bateria... Cholerna bateria lub niedbale włożona do torby (czyżby jeszcze w Zatomiu?) włączona latarka i brak zapasowego źródła światła spowodowały, że byłem bliskie zakończenia sesji przed czasem - przynajmniej jeśli chodzi o próbę wyłapania jakiegokolwiek nowego obiektu. Tym razem na szczęście, wujek G. jest wszędzie - naprędce ściągnąłem aplikację Red Telescope Flashlight, która zabarwiła ekran smartfona na czerwono. Rozwiązanie oczywiście nie było idealne, ale na bezlatarczu i smartfon latarka. … Sesję rozpocząłem od Obłoku Gwiezdnego Tarczy. Dzika Kaczka (M11) już dawno przestała być dla mnie magnesem, padła jednak jako pierwsza, gdyż jej jasność czyni zeń świetną boję nawigacyjną w rejonie. Rzeczywistym celem były wspaniałe międzygwiezdne chmury pyłowe, których w Tarczy jest prawdziwe zatrzęsienie. Wycelowałem 10x50 tuż na zachód od M11, w ścisłe okolice sporego asteryzmu Konik Morski (vel Poznański Haczyk na Poznańskie Ryby z Poznania), tam, gdzie blask gwiezdnego obłoku urywa się nagle za sprawą dryfujących bliżej Słońca ciemnych mgławic, jak skalpel ucinających zachodnią granicę jasnego tła ramienia Galaktyki. Region ten zgrubnie określany jest jako Barnard 103, choć sam Barnard pod tym numerem skatalogował niewielką koncentrację w gęstej międzygwiezdnej pyłowej zupie. Wizualnie wzrok przykuwała wyraźna, wąska smuga wędrująca niemal południkowo, odcinająca jedną z przebitek jasnego tła. Kolejna przebitka odległego Ramienia Tarczy, skatalogowana jako NGC 6682, również świetnie odcinała się od pyłowych wspaniałości pierwszego planu. Największą uwagę poświęciłem jednak samej B103 z przyległościami. Przez pewien czas wodziłem wzrokiem wzdłuż Konika Morskiego, śledząc granicę światła i cienia, wymiennie przez 10x50 i 20x80. Następnie odbiłem od boi nawigacyjnej nieco ku północy, obejmując w szerokim kadrze wielkie półkole Barnarda 111. Przejrzystość nieba pozwoliła całkiem wyraźnie zidentyfikować nie tylko wschodnią granicę obiektu (zwykle dobrze widoczną), ale również i zachodnią. Za to wyodrębnianie mniejszych obiektów wewnątrz samej B111 poszło znacznie gorzej, niż mogłyby wskazywać na to warunki. źródło: A Photographic Atlas of Selected Regions of the Milky Way (E.E. Barnard) Zacząłem od próby wydzielenia B110 i B113. O ile na zdjęciach ich obecność potrafi rzucać się w oczy, o tyle wizualnie ginęły one na dość ciemnym tle B111. Momentami wydawało mi się, że widzę nieznaczne pociemnienie tam, gdzie powina być B110, jednak obecność dwóch gwiazd 8 wielkości mogła sugerować wyobraźni wytyczenie granicy pomniejszej mgławicy właśnie przy nich. Niewiele lepiej poszło mi z B320. Mogę ją teoretycznie zaliczyć jako zaobserwowaną, jeśli (nie bezpodstawnie) uznamy, że numer ten odnosi się do południowo-wschodniego krańca księżycowatej B111. Niemniej, jakikolwiek detal - tak wyraźny na zdjęciach - był poza zasięgiem, po raz kolejny też nie udało mi się oddzielić B320 od B111. Widząc, że również niewiele wskóram próbując rozdzielić drobne pyłowe kłaczki na wschód od wyraźnej B119a,omiotłem tylko wzrokiem plamę B112 i strużki B114-118 (z wszystkimi numerami po kolei) i przeniosłem się jeszcze kawałek dalej w lewo, szukając szczęścia gdzieś przy stopie Antinousa. Po napatrzeniu się na jasną połać Obłoku Gwiezdnego Tarczy, tło gwiezdne parę stopni na wschód nie mogło nie wydać się ubogie. Twardo jednak okryłem się kapturem, by w pełni zaadoptować wzrok i poczekałem na nieznaczne pojaśnienie tła. Z czasem zacząłem widzieć więcej w tym miejscu, lecz leżące tu Barnardy 133 i 134 nie kwapiły się zbytnio z coming-outem. Dodatkowo każde niecierpliwe spojrzenie na mapę było okupione małą utratą adaptacji - lecz w końcu zamajaczyła mi we właściwym miejscu eliptyczna, nieco wydłużona sylweta B133. Z każdą chwilą stawała się coraz wyraźniejsza, choć powiedzieć o niej “wyraźna” nie mogłem nawet pod koniec naszego tête-à-tête. Mimo niewielkich rozmiarów, ciemnotka poddała się nawet w 10x50. Za to B134 pozostała poza zasięgiem obu dwururek. Obiekty w Tarczy i okolicach z wolna zaczęły tracić kontrast. Dobiegało końca okienko między zapadnięciem ciemności nocy astronomicznej a sensowną wysokością rejonu nad horyzontem. Przeniosłem się więc do delikatniejszego, wyżej świecącego Obłoku Gwiezdnego Gammy Orła i kolejnych ciemnych mgławic, które świecą na jego tle bądź go okalają. źródło: http://astropolis.pl/topic/45658-konstelacja-orla/ Na pierwszy ogień poszła oczywiście “E” Barnarda, czyli duet B142-143. Zazdroszcząc najwyraźniej Lukostowi wyłuskanego pod bieszczadzkim niebem detalu, przykleiłem się do muszli okularowych większej z lornet, by wycisnąć jak najwięcej w dobrych blizińskich warunkach. Wszystkie równoleżnikowe poprzeczki kompleksu pyłowego były świetnie widoczne, zwracał również uwagę gradient powoli ginących ku południowemu zachodowi dość wyraźnych (i najwyraźniej bezimiennych) przepyleń, ograniczających południową część Obłoku Gammy Orła od wschodu. Moją uwagę przykuła mocniej odwiedzana wcześniej mała łukowata smuga oznaczona jako B337 i B334. Obiekt ten wypatrzyłem już w zeszłym roku, jednak teraz postanowiłem wykorzystać większą moc 20x80. Po spokojniejszej adaptacji, pyłowy łuk wyraźnie się przełamał, więc w końcu udało mi się jednocznacznie wyodrębnić obie składowe jako osobne obiekty - większy, północno-wschodni Barnard 337 i tworzący jakby niższy schodek, południowo-zachodni Barnard 334. Na tym duecie lorneta 20x80 spisała się świetnie - zostawiając spory zapas pola dała jednocześnie na tyle mocny zasięg gwiazdowy, żeby wyciągnąć odpowiednio jasne tło i umożliwić wyjście obu Barnardów z tła gwiezdnego obłoku. Małej, zwartej kropy B336 nie dostrzegłem - niejednorodność drugiego planu sugerowała co prawda kilka pociemnień, mogących być Barnardem 336, lecz wobec bliskiego położenia dość jasnej gwiazdy pierwszego planu, odpuściłem. Przeskoczywszy na drugi brzeg Obłoku Gammy Orła, spróbowałem odszukać trzy kolejne Barnardy o kształtach dość fantazyjnie zakreślonych na mapach. Pierwszym z brzegu (północnego) był Barnard 333. Wobec braku wyraźnych boi nawigacyjnych i zatrzęsienia mniejszych asteryzmów, wycelowanie w pożądany rejon zajęło mi dłuższą chwilę. Niebawem jednak wschodnia granica B333 zaczęła się dość sugestywnie odcinać. Nie wyłapałem górnego zawijasa zaznaczonego w atlasie, lecz bez problemu dojrzałem środkową część mgławicy opartą o złamany łańcuszek drobnych gwiazd. Podobnie jak w przypadku B110, gwiazdki mogą sugerować więcej, niż faktycznie widać, lecz porównanie jasności tła po obu stronach łańcuszka pozowoliło na jednoznaczne zaliczenie sobie tego obiektu. Nieco trudniejszy - i do odszukania, i do identyfikacji - okazał się kolejny obiekt, Barnard 332. Lecz i tutaj udało mi się (po nieco dłuższych zmaganiach) odnaleźć fragmenty ciemnego łuku pokrywające się z zaznaczeniem w Uranometrii. Zanotowałem w pamięci widoczność północnej i południowej części obiektu z jednoczesnym rozmyciem czy zamazaniem środkowego wygięcia ku zachodowi. Trzeba przyznać jednak, że sam Barnard sporo namieszał, oznaczając w rejonie parę wątpliwych pasm. Czyżbym więc zaobserwował coś w rodzaju pyłowego asteryzmu? ;) Na sam koniec omiatania Obłoku Gammy Orła, odszukałem B331 - lecz tutaj poza bardzo mało wyraźnym śladem środkowej części smugi pyłowej, nie zaobserwowałem niczego, co by odcinało się od mało kontrastowego tła. Kolejna konsultacja z atlasem pozwoliła mi odszukać kolejne przepylenie - B140. Tutaj, mimo braku wyraźnego pojaśnienia tła, poszło mi całkiem łatwo, do czego przyczyniła się banalnie łatwa nawigacja - wystarczyło odbić nieco ponad stopień na zachód od δAql i powędrować w górę trzystopniowego asteryzmu przypominające wenecką drukowaną nutę renesansową (taa, wiem - dowaliłem… ale biorąc pod uwagę, że swego czasu trochę nagapiłem się na faksymile, skojarzenie przyszło automatycznie). Samej ciemnotki należy szukać w romboidalnym zwieńczeniu asteryzmu. I tutaj gwiazdy zdawały się wyznaczać granice, lecz ponownie - porównanie jasności mgławicy i tła jednoznacznie wydzieliły B140. W przeciwieństwie do poprzedniej trójki, ten obiekt okazał się być w miarę łatwy również dla mniejszej lornetki. Bawiąc w okolicy Delty Orła nie mogłem nie zahaczyć o dość wyraźny łuk Barnarda 138 (w którym nie doszukiwałem się detalu ze względu na coraz gorsze warunki poniżej równika niebieskiego), a potem przeskoczyłem w prawo, ku granicy z Ogonem Węża. Celem był sporej wielkości obłok LDN 617. Ciemnotka ta jest o tyle ciekawa, że - po pierwsze - jest zaznaczona w kilku atlasach nieba (w tym w Pocket Sky Atlas), a po drugie - wydaje się być ciężka do wyłapania ze względu na ubogie gwiezdne tło. Za to nalot jest dość prosty - namierzywszy podwójny blask Alyi, trzeba odbić w dół ku dość szerokiej parce gwiazd i przedłużyć ten dystans mniej więcej jeszcze raz ku południu. Mgławica okazała się być całkiem łatwa i dość osobliwa - z jednej strony bardzo okazała, wielka i mięsista, a z drugiej - dość subtelna. Jej równoleżnikowo ułożona wstęga zajmowała około dwóch stopni szerokości i około pół stopnia grubości. Najwyraźniejsza była jej północna krawędź, południowa - nieco mniej wyrazista. Za to na wschodzie i zachodzie po prostu w którymś momencie kompletnie gubiła kontur. Podejrzewam, że gdyby leżała na jaśniejszym tle, byłaby bardzo łakomym kąskiem wizualnym. Zanim przeszedłem do wyżej położonych rejonów, pokręciłem się jeszcze w okolicy Terazeda, próbując szczęścia z Barnardem 340. O dziwo, ten wyskoczył całkiem łatwo, choć ze względu na dość jasną towarzyszkę wizualną - πAql o jasności 6,5mag (a także całkiem nieodległy blask γAql) - raczej nie mogło być mowy o wyłapaniu jakiegokolwiek detalu zakonturowanego przez Barnarda. W pełni zadowoliłem się jednak owalnym pociemnieniem - może niezbyt rzucającym się w oczy, lecz bez wątpienia ewidentnym podczas poruszania lornetką. Ku memu jeszcze większemu zadowoleniu, B340 również dał się dojrzeć w 10x50. Prawdę mówiąc, chyba po raz pierwszy opuszczałem konstelację Orła naprawdę zadowolony. Wcześniej ta konstelacja zawsze zostawiała jakiś niedosyt, zgrzyt wynikający z proporcji wielkości i położenia gwiazdozbioru, a ilością obiektów głębokiego nieba możliwych do wyłapania. Przecież taki kawał nieba w sercu Drogi Mlecznej nie może mieć bilansu kilku marnych gromad i wątłych mgławic planetarnych! Z czasem okazało się, że choć pojaśnień zbyt wiele wyłuskać się nie da, pociemnień jest pod dostatkiem.
  6. Serce Skorpiona

    Obecnie mieszkam na około pięćdziesiątym pierwszym stopniu szerokości geograficznej północnej i jak na razie nie zanosi się na żadną zmianę w tej kwestii. Niestety, nader rzadko bywam „niżej” a do tego z lornetką i w czasie dobrej pogody – prawie nigdy. I właśnie w takie noce jak ta z 19/20 czerwca, moja lokalizacja szczególnie doskwiera. Na przykład, możliwość obserwacji konstelacji Skorpiona z mojej najczęściej wybieranej miejscówki kończy się na wysokości gwiazdy epsilon Scorpii. Na domiar złego, ostatniej nocy przekonałem się, że las na niby-niewielkim wzniesieniu też potrafi coś uciąć z tak cennych tutaj stopni. Rys.1. Mój teoretyczny widok na gwiazdozbiórSkorpiona. W rzeczywistości epsilon Scorpii wędrowała momentami pomiędzy drzewami.[1] Antares, czyli alfa Scorpii bez wątpienia przykuwa uwagę, a niebawem (mam tu na myśli kosmiczną skalę!) może być jeszcze efektowniej. Szacuje się, że ten czerwony nadolbrzym zakończy swój gwiezdny żywot jako supernowa, a stanie się to w okresie mniej więcej od: dziś wieczór - do: za milion lat…[2]. Aktualnie, nieco bardziej może rzucać się w oczy pobliski Saturn, ale kolor i jasność Antaresa są bez wątpienia nadal łatwym drogowskazem do innych obiektów. A co do Saturna, to widziałem go tej nocy przepięknie, z bardzo wyraźnie oddzielonym pierścieniem i jednym z jego księżyców – Tytanem. Bywały tylko krótkie chwile kiedy obraz się rozmywał tworząc żółtawego kleksa. Użytkownicy większych instrumentów mogą się pokusić o próbę separacji gwiazdy o jasności 6,5mag oddalonej o 2,4” od Antaresa. Ja z moją lornetką 20x80 nie mam tam czego szukać. Inna, rzadko używana, i wywodząca się z języka staroarabskiego, nazwa tej gwiazdy to Calbalakrab, co oznacza „Serce Skorpiona”. Według greckiego mitu, Skorpion po zabiciu Oriona został przeniesiony ze wspomnianym myśliwym na nieboskłon, lecz bogowie ulokowali ich po przeciwnych stronach Drogi Mlecznej – tak aby już nigdy nie mogli się spotkać[3]. Ładną i łatwą do rozdzielenia lornetką, gwiazdą podwójną jest ni Scorpii. Tak naprawdę jest to układ 4 gwiazd[3], ale ja widziałem tylko 2 z nich. W odległości 41,4” od gwiazdy o jasności 4,0mag, dostrzegłem bez problemu drugą, gdzieś na godzinie 1, której jasność wynosi 6,2mag [3]. Próba rozdzielenia beta Skorpii (2,9/5,1mag, 13,7”), przyniosła natomiast rezultat nazbyt wątpliwy aby się nim tu pochwalić. Około 1,5o w kierunku zachodnim od Antaresa, można od razu zobaczyć bardzo ciekawy temat nawet dla lornetki – M4. Ta gromada kulista jest szczególna przynajmniej z kilku powodów: jest nam najbliższym tego typu obiektem (jej odległość od Ziemi wynosi ok. 5640 lat świetlnych)[2], jest naprawdę łatwa do zobaczenia (5,6 mag) a przy tym duża (22,8’) [4]. Ponadto, jest to jedyna gromada kulista, w której Charles Messier wydzielił pojedyncze gwiazdy. Udało mu się tego ponoć dokonać w łańcuchu jaśniejszych słońc przecinających gromadę prawie na pół w kierunku N-S. Wspomniane gwiazdy mają jasność ok. 11mag. [2] Nie liczyłem na „rozbicie” gromady moją lornetką, ale chwilami chyba widziałem jaśniejsze pionowe pojaśnienie na tle reszty obiektu. Nie jestem pewien i wolę być ostrożny. Oczy, niejako same, dodają czasami jakieś detale, jeśli wiemy że „tam może być coś więcej”. Sama gromada jest naprawdę duża i porównywalna wielkością z M13 w Herkulesie. Tutaj nie mogę się powstrzymać od małej dygresji; widziałem kilka tygodni temu M13 pod przyzwoitym niebem w 22” – napiszę tylko, że efekt wnikania do środka gromady wywołał u mnie pewnego rodzaju szok trwający do dziś… M4 jest sklasyfikowana jako IX pod względem stopnia skoncentrowania gwiazd w kierunku centrum gromady[4] (skoncentrowania maleje od I do XII) i rzeczywiście, na pewno jest mniejsze niż dla M13 (V), której jądro jest po prostu jaśniejsze. Podsumowując, M4 wyglądała trochę jak śnieżna kula z dość rozmytymi brzegami i (chyba ?) wspomnianym pojaśnieneim. I to jest, wraz z „Sercem Skorpiona” bardzo ładny widok – naprawdę niemal identyczny z poniższym szkicem. Rys.2. Antares (po lewej) oraz M4 – widok przez lornetkę 15x70.[5] Kolejnym obiektem, była M80, czyli znów gromada kulista. Jest ona zdecydowanie słabsza od poprzedniej, ale jednak ciągle łatwa do zobaczenia w lornecie. Nie miałem wątpliwości, że patrzę na gromadę kulistą, ale określenie jej dokładniejszych cech jest na pewno trudne w tak małym powiększeniu. Mając jednak w pamięci (i podorędziu) M4 pokuszę się o twierdzenie, iż jest ona – jakby to ująć? „mniej mgławicowa” od poprzedniczki a bardziej skontrastowana w stosunku do tła nieba. Takie odczucie może być, jak sądzę, spowodowane tym, że M80 wykazuje silną koncentrację w kierunku środka – II stopień. To, że jest mniejsza (5,1’) i słabsza (7,3mag) nie ulega wątpliwości.[4] Następnie, odszukałem gromadę gwiazd oznaczoną jako M6, określaną też mianem „Motyl”. Rzeczywiście, widać pewną symetrię w ułożeniu gwiazd, co chyba jest tłumaczeniem tego, jednak luźnego, skojarzenia z owadem. Od razu dostrzegłem około tuzina gwiazd i po wpatrywaniu się dłużej i zerkając mogłem bez problemu wyodrębnić około drugie tyle. Bardzo ładna gromadka. Z obserwacji kolejnego obiektu cieszę się podwójnie. Po pierwsze, ponieważ to najniżej położona eMka a więc reszta listy Messiera jest do zobaczenia z miejsca moich obserwacji (chodzi mi nie tylko o szerokość geograficzną ale także o to, że nie muszę szukać innej miejscówki w mojej okolicy). A po drugie, jest to naprawdę piękna gromada otwarta. Widziałem ją już naprawdę nisko nad horyzontem. Ponadto, w kierunku południowym mam lekkie wzniesienie i jeszcze las, co ma też swoje dobre strony, ponieważ przysłania trochę łunę od Kielc. M7 zajmuje około 1,5o i jest bardzo wdzięcznym obiektem dla lornetki. Zdołałem doliczyć się 16 jaśniejszych gwiazd (widocznych bezpośrednio) i sądzę że ponad drugie tyle można wyłuskać zerkając. Niektóre gwiazdy układały mi się w kilka linii, które czasem się przecinały. Obiekt zyskiwał dodatkowy urok, w wyniku „ocierania „ się o szczyty drzew. Niektóre gwiazdy gwałtownie znikały, by już po chwili rozjaśnieć na nowo w trochę innym miejscu. Rys.3. M7 – widok przez lornetkę 15x70.[6] Widok bardzo bliki temu co widziałem. I na tym wypada mi zakończyć relację. Tyle i aż tyle. Była prawie godzina 2.00 kiedy rozmontowywałem żurawia. Miałem jeszcze w planach inne fragmenty nieba, ale zmęczenie wygrało i po nieco ponad półtorej godzinie od rozpoczęcia obserwacji byłem już w domu. Coraz bardziej doceniam poręczność lornetek. /G. [1] Stellarium [2] Rony De Laet, „The Casual Sky Observer’s Guide. Stargazing with Binoculars and Small teleskopes”, Springer-Verlaq New York Inc. 2012. [3] Joachim Herrmann, “Gwiazdy” Bertelsmann Media Sp. Z o.o. Warszawa 1998. [4] Marek Substyk, „Atlas Nieba 2000.0” Astro CD, Sylwia Substyk, Chorzów 2012. [5] http://rodelaet.xtreemhost.com/Sketch_M4_bino.html [6] http://rodelaet.xtreemhost.com/Sketch_M7_bino.html
  7. Rynek lornetkowy wypełnia się coraz bardziej - tym razem nowością jest solidny średniak Celestrona, SkyMaster Pro. W porównaniu do swojego niskobudżetowego imiennika, nowy produkt Celestrona ma mieć lepsze powłoki (XLT, na wszystkich powierzchniach), optykę, konstrukcję, pryzmaty (na zdjęciach widać znacznie większą puszkę pryzmatów, możliwe więc, że lornetka będzie miała pełną iluminację źrenicy wyjściowej w centrum). Sama estetyka dużo bardziej przypomina Echelona niż starego SkyMastera, choć muszle oczne okularów wyglądają dziwnie znajomo. Z użytecznych cech - lornetki z tej serii są wyposażone w gwinty filtrowe 1,25". Ponadto Celestron chwali się szyną “Reflex Sight Ready” (RSR), która umożliwia doczepienie szukacza typu red-dot (o ile dobrze zrozumiałem, dotyczy to modelu 20x80). Zdjęcie tymczasowe, ze strony Celestrona. Patrząc na cenę (ok. $199), zapowiada się solidny produkt ze średniej półki, być może porównywalny ze śp. SkyGuidem. Producent zapewnia, że jest to zdecydowanie najlepszy sprzęt w tej klasie cenowej. Linia SkyMaster Pro obecnie obejmuje dwa modele - 15x70 i 20x80. Niewykluczone, że zostanie uzupełniona z czasem przynajmniej o model 10x70. Jeśli chodzi o moje oczekiwania, mam nadzieję, że 20x80 okaże się solidnym kawałkiem sprzętu, z rozsądnymi kompromisami, deklasującym raczej kiepskie modele 20x80 z niskiej i średniej półki, które są obecnie dostępne na naszym rynku. http://www.celestron.com/browse-shop/astronomy/astronomy-binoculars/skymaster-pro-15x70-binocular http://www.celestron.com/browse-shop/astronomy/astronomy-binoculars/skymaster-pro-20x80-binocular Polecam też wpaść do sąsiadów - dwa zdjęcia z targów mówią znacznie więcej niż tymczasowe zdjęcie producenta: http://astropolis.pl/topic/47989-skymaster-pro-nowa-propozycja-celestrona/?p=565515
  8. Obserwacje z ręki przez... 20x80

    W końcu ma się tę parę w łapach, nie? :D Na poważnie: mój statyw pod lornetę jest stabilny, ale to samoróbka i nie ma wysuwanej kolumny. Z tego powodu przy obserwacji obiektów w okolicach zenitu jestem skazany na klęczenie tudzież leżenie pod nim. Jako że podłoże jest zimne, nie miałem z sobą nic do podłożenia pod kolona i desperacja nie była wielka postanowiłem zdjąć lornetę ze statywu. Obserwacje przebiegały całkiem fajnie, choć pod koniec trochę czułem już ból w nadgarstkach. Pójdę po kolei gwiazdozbiorami: M51 – duża, jasna galaktyka. Bardzo dobrze się prezentowała, choć wiem że można wycisnąć więcej (widziałem w lecie podwójną strukturę, ale ze statywu). M63 – mniejsza kątowo i ciemniejsza od M51, choć także ładna. W odróżnieniu od okrągłego kształtu M51 wyraźnie podłużna. Widok oczywiście lepszy niż w refraktorku 80/400 i powerze 16x. M94 – mimo większej jasności wydawała się ciemniejsza od M63 (może z powodu wyższego położenia a tym samym większych drgań rąk). Wyraźnie zbliżona do okrągłego kształtu. M101 – olbrzymia, choć słaba galaktyka. Dopiero za drugim podejściem ją wyłuskałem, mimo że dojście do niej jest bardzo łatwe. Widok podobny jak w przypadku M51, choć Wiatraczek był większy i słabszy. M57 – pierścionek ewidentnie widoczny, choć przypominał bardziej gwiazdę niż tarczkę ;) M56 – wisząca w LP gromada kulista w Lutni była widoczna słabo, właściwie tylko za pomocą zerkania. M13 – sztandarowa gromada kulista naszego nieba. Widoczna bardzo dobrze. Mimo to, jej widok we wspomnianym refraktorku bardziej mi odpowiadał. M92 – kulka widoczna bardzo ładnie. Wyraźnie mniejsza i słabsza od pobliskiej M13. M53 – gromada kulista w rejonie obfitującym w galaktyki. Ładna, jasna choć mniejsza kątowo od opisanych wyżej. M104 – Galaktyka Sombrero widoczna bez problemów, choć dość marnie (pewnie z powodu niskiego położenia). W pobliżu oczywiście widoczne Szczęki i Gwiezdne Wrota. Przymierzałem się do także do Gromady w Pannie, ale po szybkim rozeznaniu sytuacji (lorneta już na statywie) stwierdziłem, że nie ma sensu. Nie obserwowałem oczywiście cały czas z ręki, robiłem przerwy. Sesję, choć krótką uważam za udaną :) Pozdrawiam!
×
© Robert Twarogal, forumastronomiczne.pl (2010-2018)