Skocz do zawartości

Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów 'messiera' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj za pomocą nazwy autora

Typ zawartości


Forum

  • Obserwujemy Wszechświat
    • Astronomia dla początkujących
    • Co obserwujemy?
    • Czym obserwujemy?
  • Utrwalamy Wszechświat
    • Astrofotografia
    • Astroszkice
  • Zaplecze sprzętowe
    • ATM
    • Sprzęt do foto
    • Testy i recenzje
    • Moje domowe obserwatorium
  • Astronomia teoretyczna i badanie kosmosu
    • Astronomia ogólna
    • Astriculus
    • Astronautyka
  • Astrospołeczność
    • Konkursy FA
    • Sprawy techniczne F.A.
    • Zloty astromiłośnicze
    • Astro-giełda
    • Serwisy i media partnerskie

Znajdź wyniki...

Znajdź wyniki które...


Data utworzenia

  • Rozpoczęcie

    Zakończenie


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpoczęcie

    Zakończenie


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Rozpoczęcie

    Zakończenie


Grupa podstawowa


MSN


Website URL


ICQ


Yahoo


Jabber


Skype


Zamieszkały


Interests


Miejsce zamieszkania

Znaleziono 4 wyniki

  1. Witam. Kupię tubę optyczną Messier AR-152S 152/760 Petzval OTA / wyciąg HEX . Pozdrawiam.Otton.
  2. Od bardzo dawna nie obserwowałem nieba, wskutek kiepskiej pogody połączonej z nawałem obowiązków rodzinno-zawodowych. Dość niespodziewana okazja do zmiany tego stanu rzeczy pojawiła się w nocy z niedzieli na poniedziałek 13/14 marca. Oto niskie chmury powędrowały sobie na południe Polski, ku rozpaczy kilku naszych kolegów w tamtych okolicach mieszkających, odsłaniając czyste niebo nad większością naszego pięknego kraju. Kiedy po porannej niedzielnej kawce spojrzałem na sat24.com, od razu pomyślałem - dzisiejszej nocy robię Maraton Messiera! Ubiegłej wiosny po raz pierwszy podjąłem się tego wyzwania w połowie kwietnia, gdy nie ma już szans na skompletowanie wszystkich eMek jednej nocy, gdyż kilka z nich ginie w poświacie zapadającego zmierzchu (M74, M77 i M79). Udało mi się wtedy dopaść 100 ze 110 eMek. Tym razem miało być lepiej, wszak noc w połowie marca jest dłuższa. Nie było lepiej, skończyło się na 84-ch upolowanych eMkach. Ale po kolei... Sesja 473 13/14.03.2016 18:05-03:35, z przerwami. Lorneta Miyauchi BR-141, kolejna próba Maratonu Messiera. Miejsce obserwacji to Podłazie, gm. Łączna. Niedawno odkryłem tę miejscówkę i chyba polubię ją na dłużej. Obserwuję na wzgórzu, dymy z kominów i światła latarni zostały poniżej. Na horyzoncie łuny od Kielc (ok.17km), Łącznej (ok.3km), Suchedniowa (ok.8km), Starachowic (ok.20km). Za to im wyżej, tym niebo lepsze. Po zachodzie Księżyca miernik SQM-L pokazał w zenicie 21.17 mag/s2 (23:10) i dwukrotnie 21.32 mag/s2 (00:05 i 02:00), czyli całkiem nieźle. Niestety przez większość czasu musiałem bawić się w kotka i myszkę z chmurami... Rzut oka na sat24.com tym razem na komórce - niewielka ławica chmur szybko przesuwa się na południe. Nie dość szybko, zamarudziła nad Górami Świętokrzyskimi i czystym niebem cieszyłem się tylko mniej więcej w okresie 23:00 - 02:30. I jak tu łowić eMki w takich warunkach? 18:05 - 20:00 Po rozstawieniu sprzętu na jasnym jeszcze niebie spojrzałem na M45, chwilę później M41 poniżej Syriusza. Okulary 45x pozwoliły dostrzec bladą kulkę M79 w Zającu i jeszcze bledszą mgiełkę M77 w Wielorybie. Porażkę poniosłem na M74, mimo kilkukrotnych prób. Niebo było lekko przymglone w tym miejscu, rozjaśnione dodatkowo światłem Księżyca. W końcu się poddałem, trudno. W następnej kolejności padły M34, M76, M42, M43, M33 (bardzo blada na rozjaśnionym niebie), M31, M32, M110 (trudna!), M103, M52, M78, M1, M35, M36, M37, M38 z towarzyszką NGC, wszystkie w układzie 45x141. Gołym okiem bez trudu dostrzegłem M44, a po odpłynięciu upierdliwej chmury lorneta pięknie pokazała mrowie gwiazd w M67 i M48. Dziura w chmurach pojawiła się nad Wielkim Psem i okolicami, więc bezzwłocznie wyłapałem M93, M50, M46 i M47. Patrzę na przeciwną stronę nieba - Wielka Niedźwiedzica czysta! Szybciutko zaliczam M101, M81, M82, M109, M108, M97, M40. Nad Lwem zbierają się chmurska, ale jeszcze zdążyłem dopaść M65, M66 i NGC 3628. Drugi tryplet w Lwie musi poczekać, chmurska gęstnieją, pora na przerwę. Pijąc herbatkę z sokiem malinowym myślę sobie: niecałe dwie godziny, 36 eMek i tylko jedna mi umknęła, jest nieźle. Heh, miłe złego początki... 21:10 - 21:50 Trochę się przejaśniło, więc wracam do maratonu. Okulary 45x nadal w użyciu, zaliczam M102, M51 z towarzyszką NGC 5195 (pięknie widoczne dwa osobne jądra zanurzone w delikatnej otoczce), M63, M94, M106, M3, M53, M64 i drugi tryplet Lwa, czyli M95, M96, M105 z przytuloną do niej NGC 3384. Czas na kolejną przerwę. Poczekam, aż Warkocz Bereniki i Panna wzniosą się wyżej, bo tam jest co robić! Tymczasem w samochodzie z ciekawości zaczynam robić bandscan stacji radiowych - zapisuję po kolei wszystkie sygnały, które łapie radio w moim aucie. Już jakiś czas temu zauważyłem, że fabryczne radio Peugeota 5008 jest bardzo czułe, a że jestem na wzniesieniu, powinno złapać sporo sygnałów. "Przerabiam" zakres 87.5 - 98.0 MHz, koniec przerwy. 22:50 - 00:15 Niebo nareszcie się wypogodziło. Namierzyłem w Hydrze M68 i blady, duży placek M83. Następnie otworzyłem "Interstelarum Deep Sky Atlas" na stronie 83, sprawdziłem pozycję NGC 3621, wycelowałem lornetę i krzyknąłem JEEEEST! We wsi zaczęły szczekać psy... Cholera, trzeba było trzymać japę na kłódkę, ale gdy poluje się na jakiegoś NGCa przez prawie cztery lata, w końcu go dopada i tym samym zamyka listę Herschel 400, jak tu nie wrzasnąć z radości? :-) Pełen euforii wracam do maratonu i w ciągu kilkunastu minut wyłapuję całe towarzystwo eMek z dodatkowej mapki C "Pocket Sky Atlasu" i mnóstwo NGCów w pobliżu, których nie chciało mi się identyfikować. Owe eMki to po kolei M98, M99, M100, M85, M88, M91, M84, M86, M87, M89, M90, M58, M59, M60, M49, M61 i galaktyka "Sombrero" M104. Po drugiej stronie nieba powoli wznoszą się letnie konstelacje, więc wyłapuję jeszcze M5, M13, M92 - we wszystkich trzech lorneta 45x141 pokazuje pojedyncze gwiazdki na obrzeżach. Następnie padają M39, M29, M56 i M57. Trzeba zrobić kolejną przerwę, bo Wężownik dopiero wyłania się zza horyzontu, Strzała i Lisek też jeszcze zatopione w chmurach. Zaraz, zaraz - w chmurach?.. Z niepokojem patrzę na południowo-wschodni horyzont, który robi się coraz bardziej niewyraźny. Wskakuję do auta, odpalam silnik, włączam nadmuch ciepłego powietrza bo na zewnątrz minus 3st i trochę zmarzłem. Kanapka, herbatka, kończę bandscan. W sumie w całym spektrum 87.5 - 108.0 MHz udało mi się wyłapać 109 sygnałów. W domu sprawdziłem, że najdalsze były RMF FM z Białegostoku na 100.2 MHz (odległość 292km) i Muzyczne Radio z Jeleniej Góry na 105.8 MHz (odległość 345km !!) Oba ekstremalnie słabe, ale słyszałem dżingle i mogę potwierdzić na 100%, że to te stacje. Dla ciekawych - odległości do nadajników i inne szczegóły można sprawdzić na fmscan.org 01:45 - 02:50 W zenicie niebo wciąż bardzo dobre, ale nad horyzontem w różnych kierunkach zbierają się chmurska. Nie tracąc czasu namierzam M10, M12, M14, M107, M9 w Wężowniku. Następnie padają M71 i M27, obie coś dziwnie blade... No tak, okulary 45x zaparowały kompletnie, a przykryte były dekielkami na czas przerwy. Zmieniam na parę 33x i korzystając z tego, że Skorpion jeszcze chmurom się opiera zaliczam M4 i M80. W miarę czysto jest jeszcze w Orle/Tarczy i udaje się dopaść M11 i M26. I tyle... Jak się później okazało, to były ostatnie eMki tego maratonu. Chmur przybywa, ale przecież jest jeszcze Strzelec, sporo zostało do zrobienia w Skorpionie, Wężowniku... Nie poddam się tak łatwo! Zakładam zaślepki na obiektywy/okulary/szukacz i znów wskakuję do auta. Ustawiam w telefonie alarm za pół godziny i zapadam w drzemkę... 03:30 Pobudka, spojrzenie w niebo i już wiem, że pozostało mi się tylko spakować. Mimo perypetii z pogodą to była bardzo udana sesja. Biorąc pod uwagę fakt, że miałem raptem 3.5 godziny czystego nieba, 84 eMki uważam za bardzo dobry wynik. Z przyjemnością spoglądałem też na Księżyc, w okularach 33x wyglądał niesamowicie, przestrzennie, z pięknie wyostrzonymi szczegółami powierzchni i czarnym niebem wokół. Ta lorneta daje niesamowity kontrast, ale - jako, że obiektywy mają światłosiłę f/4.4 - daje również nieco kolorków na brzegu tarczy Księżyca. Okulary 45x pozwoliły dostrzec pasy chmur na Jowiszu, przytulone do siebie Europę i Ganimedesa, pierścienie Saturna. Ładnie też prezentował się niedawny Obiekt Tygodnia NGC 2419, czyli "Międzygalaktyczny Wędrowiec" w Rysiu. Ale największym sukcesem było dostrzeżenie galaktyki NGC 3621 w Hydrze (9.7 mag, SB 14.3 mag, 12.3'x6.8') o deklinacji prawie -33st. Ta blada, ulotna mgiełka była ostatnim brakującym obiektem z listy H400 i mogę wreszcie powiedzieć, że widziałem je wszystkie (różnymi sprzętami od początku prowadzenia notatek z obserwacji, czyli od stycznia 1997). Teraz "na warsztacie" mam listę H800 (czyli połączone H400 i H400II), chcę jak najwięcej z tych obiektów zaobserwować lornetą 141mm. Póki co stan licznika to 137/800 :-) Niedługo też padnie mój tysięczny NGC, jak dotąd odnotowałem obserwację 995-ciu. Dajcie mi jeszcze jedną taką noc, a wyniki się poprawią, obiecuję :-) Czystego nieba! Paweł
  3. Pan Nosorożec, jak zwykle w takich sytuacjach, zapalił brunatne cygaro. Zaciągnął się kilka razy, puścił parę dymków w kształcie hiszpańskich galeonów i westchnął głęboko. Kuchnia stała się salonem, prostokątny stół się zaokrąglił i upodobnił do tego, który mam w domu, a ilość foteli cudownie się podwoiła. Przez pokój przeszedł wujek, którego parę lat już nie widziałem, i zniknął za drzwiami kuchni - w tym miejscu ściany, gdzie jeszcze przed chwilą stał regał. - Wstań. Wstać? Po co, przecież są trzy wolne fotele, dlaczego miałbym wstawać? - Marku, wstań. Chyba robi się niebo. - mówi Janko i wychodzi przed domek. Wstaję posłusznie. Zerkam na zegarek - jest 21:30. Cholera. Wciąż jestem otępiały ze zmęczenia, powrót z królestwa Morfeusza do rzeczywistości i ustalanie faktów zajmuje mi chwilę. A więc mamy środę wieczorem, jestem na nogach od 7:00 we wtorek, od tego czasu zdążyłem przejechać 950 kilometrów kierując całą drogę, spałem może jakieś 40 minut tuż po północy, dopiero dwie godziny temu złapałem nieco większą, choć wciąż żałośnie małą porcję snu. Ubieram cokolwiek, żeby nie zmarznąć, chwytam Fujinona 10x50 i wychodzę przed domek. Cuci mnie ciepłe, ale rześkie powietrze, wypełnione wiosennymi zapachami. Niebo wygląda lepiej niż wskazywały prognozy, ale nie jest do końca czyste. Betelgeza wisi nisko nad zupą rozwiewających się powoli chmur średniego pułapu, a Pas Oriona jest ledwo widoczny. Powoli budząca się świadomość podpowiada, żeby spróbować się z Maratonem Messiera. Część obiektów uciekła, więc kwietniowego kompletu nie będzie. Można jednak spróbować z tymi obiektami z listy, które będą widoczne w dalszej części nocy i zebrać doświadczenie maratończyka - a nuż niebo okaże się łaskawe raz jeszcze. Doświadczenie podczas obiecanego Adamowi prowadzenia Maratonu Messiera z pewnością zaprocentuje - niezależnie od tego, czym to prowadzenie miałoby właściwie być. Rzeczywistość staje się już całkiem wyraźna. Przykładam 10x50 do oczu i skanuję niebo tuż nad grzbietem Berda, zabierającym z perspektywy przydomowego trawnika jakieś 10°. Wyłapuję M50 w Jednorożcu, chwilę potem dopadam Plejady przebijające się gdzieś między gałęziami. Zerkam na listę - więcej pilnych rzeczy nie ma. Osiem obiektów uciekło, na kilka kolejnych z nieba zimowego mam jeszcze chwilę czasu. Temperatura okazuje się być dość łaskawa, więc dozbrajam się w tylko jedną dodatkową warstwę i wychodzę na plac boju, tym razem zaopatrzony dodatkowo w statyw i Fuji 16x70. Zabieram się raźno za pracę - strzelam do M38 w Woźnicy niemal z biodra i sprawnym ruchem kierującym lornetkę w lewo, łapię w kilkanaście sekund M36, M37 i M35 przy stopie Kastora. Co to za obserwacje? Żadne, ale w Maratonie nie chodzi o podziwianie, a o wyrobienie czasowej przewagi przed tymi rejonami nieba, gdzie skakanie po M-kach stanie się bólem obserwatora i jego walką z mapami i własną nieznajomością nieba. Szybko skaczę do Perseusza. M34 przy Głowie Demona pada bez problemu, ale Małe Hantle (M76) nie poddadzą się łatwo. Wbiegam do domku i studiuję mapę przez dłuższą chwilę - wiem, że nie będę miał zbyt wiele czasu na błądzenie pośród 10-magowych gwiazd, więc potrzebuję maksymalnie precyzyjnych wskazówek z Uranometrii. Chwytam parkę O-III i ustawiam lornetę zgrubnie na pożądany region. Walka jest krótsza niż przypuszczałem - filtr O-III nie pozostawia wątpliwości, że planetarka jest upolowana. Zerkam na Raka. Nie ma pośpiechu, wisi jeszcze wysoko. Przeładowuję więc statyw i sadzam na nim 10x50. Zastosowanie O-III znów daje pozytywny rezultat. Jest M76 w małej lornetce! Nie ma czasu na podziwianie - odwracam dwururkę i łapię Kraba (M1), Żłóbek (M44) oraz wściekle świecącą M67 nieco niżej. Przez chwilę przemyka mi przez głowę pytanie, skąd taki wyraźny blask tej starej gromady, ale porzucam myśl i kieruję się ku M48 w Hydrze, domykając zimowe ostatki. fot. Darek Bobak http://astropolis.pl/topic/48956-12-bieszczadzki-zlot-milosnikow-astronomii-relacje/?p=575439 Można chwilę odetchnąć. Współlokatorzy - Kuba i Aśka - zaintrygowani krzątaniną dołączają do nas przed domkiem. Janko cierpliwie tłumaczy zalety lornetek, wskazując przy okazji co łatwiejsze do namierzenia obiekty - pokazujemy urok jasnych gromad otwartych i Kota z Cheshire, niezawodnego drogowskazu w sercu Woźnicy. Korzystając ze skierowania dwururek na zachód, przyglądam się Koźlątkom i rzucam okiem ostatni chyba raz na przepiękny kompleks LDN 1475-1476-1477-1480. Z racji niewielkiej wysokości nad horyzontem, wiele z tego regionu nie wyciskam. Żegnam się na najbliższe pół roku z piękną NGC 1664 i dalej gonię monsieur Charlesa. Zerkam na rozpiskę i kilkoma skokami rozbijam bank w Wielkiej Niedźwiedzicy - najpierw pada duet M81-82, potem szybki skok do M101 i M51 o podwójnej naturze już w Psach Gończych. Wracam do Niedźwiedzicy - wiszące w zenicie Sowa (M97) i M108 poddają się łatwo, kilku sekund na wyzerkanie wymaga M109. Do M40 potrzebuję znowu spojrzenia na mapę - po chwili mam i ją. Postanawiam znowu nadgonić obiekty, więc para obiektywów kieruje się na lewo od Regulusa. Padają kolejno M95, M96 i M105 z wierną przyjaciółką NGC 3384, chwilę potem - M66 i M65. Kieruję wzrok wyżej, skacząc w Psach Gończych. M51 już mam, więc skaczę od Słonecznika (M63) przez jasną jak zawsze M94, po wielką M106. Domykam psią konstelację szybkim spojrzeniem na M3. Zegarek wskazuje 22:00, jest dobrze. Serwuję sobie przystawkę przed najtrudniejszą (jak mi się błędnie wydawało) częścią - gromadą Coma-Virgo. W dwa skoki jestem przy M53 i M64. Mogę znów chwilę odpocząć. Kilka domków dalej zapala się światło gdzieś na piętrze, kierując snop mocnego światła wprost na nasze poletko obserwacyjne. Wspaniale, adaptacja poszła właśnie na spacer i nie wiadomo kiedy wróci. Idę bojowo nastawiony, lecz okazuje się, że wystarczy tym razem pstryknąć zewnętrzny wyłącznik ogrodowej lampy. Wracam w ciemności pod swój domek, spotykając po drodze miłą i poszukiwaną przyjaciółkę - adaptację. Zerkam ponownie na zegarek - mam godzinę zapasu, mogę więc skupić się na celach dodatkowych. Warunki robią się coraz lepsze, wręcz wyśmienite (czego zajawką była pięknie lśniąca M67), więc ożywają nadzieje na dwa obiekty w Wielkiej Niedźwiedzicy - M81 gołym okiem i IC 2574 w 16x70. Pierwszego celu przedstawiać nie trzeba, drugim jest galaktyka nieregularna zwana Mgławicą Coddingtona, członek Grupy M81. Jeśli ją dorwę, mój lornetkowy licznik Grupy M81 dobije do siódemki. Jej okolice znam doskonale, potrafię doń dotrzeć z dwóch różnych kierunków. Na galaktykę poluję od roku, z czego ostatni miesiąc był naprawdę intensywny pod względem wszelkich łowów i zasadzek na ów cel. To bardzo niewdzięczne diabelstwo - przy jasności 10,2mag zajmuje obszar 13’x5’, charakteryzuje się więc bardzo niską jasnością powierzchniową. Wyłapać niewielką - powiedzmy 1’x2’ - galaktykę o podobnej jasności nie jest problemem, ale tego bloba widywałem jako mdłą maziaję w dziesięciu (!) calach. Teraz jednak się uparłem - jeśli jej nie dorwę w takich warunkach, to nie dorwę prawdopodobnie nigdy i będę zmuszony obwieścić, że jest to obiekt prawdopodobnie poza zasięgiem średnich lornet. Po dobrych kilku, może kilkunastu minutach szukania najczulszego miejsca na siatkówkach oczu, ledwie - ale pojawia się! W sumie widzę ją przez może 20-30% czasu zerkania, ale bez cienia wątpliwości. Chce mi się skakać i krzyczeć z radości, ale perspektywa ściągnięcia na siebie gniewu zaspanych zlotowiczów jest wystarczająco wyraźna, żeby ograniczyć swoją euforię do bardziej akceptowalnych form autoekspresji. Próbuję chwilę ochłonąć, lecz wzywa kolejny ambitny cel. Usadawiam się wygodnie, szukając bez lornetki M81. Kilkanaście minut wypatrywania nie przynosi pozytywnego rezultatu. Ale noc jest długa, będzie można wrócić i do tego celu. Tymczasem towarzysze podróży i obserwacji wykruszają się jeden po drugim. Kuba, który spał najwięcej w podróży, idzie spać jako pierwszy. Aśka również wymięka, lecz odchodzi z pracu boju z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku - potrafi już samodzielnie znaleźć Kota z Cheshire, kilka M-ek w Woźnicy, rozpoznaje Koźlęta i Perseusza. Jak na same początki, jest naprawdę dobrze. Dopytuję, czy budzić na ciemne mgławice - tak, budzić. Chwilę kontemplujemy z Jankiem piękno nocnego nieba. Łapię głębszy oddech i postanawiam zmierzyć się z rejonem, który znam dość słabo - zagłębiem Coma-Virgo. Na całe szczęście, dość dobrze przestudiowałem wcześniej mapy, mam więc dobrze ustawioną marszrutę. Bez mapy potrafię też znaleźć ponad połowę Messierów w tym rejonie, więc nie nastawiam się na wielkie trudy, ale też na pewno nie na bułkę z masłem. fot. Jolo http://astrojolo.blogspot.com/2015/03/virgo-at-coma.html Zaczynam od ustawionego w jednej linii tria M60-M59-M58, następnie odbijam w górę po M89 i M90, wracam do gwiazdy przy M58 i odbijam na zachód po M87 i leżące nieco dalej M84 i M86. Dalej po łańcuszku w górę do M88, która zwykle łatwo się w lornetach nie poddaje, lecz tu - widoczna jest od razu. Dalej w lewo po M91 i powrót do M84. Odsuwam pole widzenia znowu w prawo, łapiąc między charakterystycznie ustawionymi gwiazdami M98 i M99. Dalej w górę po dwa łatwe w tych warunkach łupy - M100 i M85. Wracam do punktu wyjścia, idąc w prawo, na skos, w dół - łapię łatwą M49, a następnie wbijam się na południe po M61. Zostawione na sam koniec jasne Sombrero (M104) nie stanowi najmniejszego wyzwania. Mariaż świetnej klarowności, komfortu termicznego, większej niż zwykle wysokości obiektów nad horyzontem, wspaniałej transmisji Fujinona 16x70 i jego szerokiego, czterostopniowego pola nie mógł dać innego efektu. Sprawdzam zagłębie kilkakrotnie, żeby mieć pewność, że nie poszło tak łatwo z powodu przegapienia któregoś obiektu - ale okazuje się, że faktycznie nie ma się czego bać. W którymś momencie dochodzę do biegłości w bieganiu po gromadzie - na wszystkie siedemnaście obiektów w tych warunkach i z tym sprzętem potrzebuję niespełna 40 sekund. Są okolice 22:40. Uspokojony sporą przewagą czasową postanawiam zażyć odskoczni i proponuję kolejny cel - Antenki, czyli parkę galaktyk NGC 4038/39. Nalot mam dobrze opracowany, niedawno łowiłem ten duet w Borach Tucholskich. Obiekty są parę stopni wyżej, a tło nieba ciemniejsze - wyłapuję parkę niemal od razu, bez większych problemów. Janko niestety nie potwierdza widoczności znaleziska. Chwilę mocujemy się jeszcze z tym kadrem, kiedy znów zapala się światło w tym samym domku, co poprzednio. O, najstarszy zawodzie świata! O, piękności wschodnich haremów! O, przyrodzenia, których liczbą jest sto! Idę jeszcze raz. Tym razem drzwi otwiera mi znajomy kolega, który właśnie wybrał się w podróż w czasie. Dziś się jeszcze widzimy, ale jutro - on będzie mocno wczorajszy. Dochodzimy szybko do porozumienia - wszak niezależnie od zawiłości czasoprzestrzeni, obserwator zrozumie obserwatora. Znów towarzyszę Jankowi. Odpuszczamy w końcu Antenki, każdy z nas kieruje wzrok w inny rejon nieba. Korzystając z coraz lepszej widoczności Łabędzia, postanawiam odhaczyć letnią, łatwą część. Zaczynam od jasnej i przyjemnej M5 w Głowie Węża, następnie kieruję wzrok na Herkulesa i jego wyraźne kulki, M13 i M92. Zaraz potem jestem przy dwóch skarbach Lutni (M57 i M56), w końcu przeskakuję do M29 i za Deneba do M39. Barnardy w tej okolicy są niebezpiecznie wyraźne jak na tę wysokość. Zaczynam obawiać się, czy nie porzucę Maratonu Messiera jak zobaczę pyłowe wspaniałości Drogi Mlecznej, na których widok z szerokości geograficznej Bieszczadów czekam od dwóch lat, czyli od momentu, kiedy wsiąkłem na dobre w łowienie ciemnotek. Na Liska i Strzałę muszę jeszcze chwilę poczekać, tymczasem łapię już M10 i M12 między drzewami. Sprawdzam rozpiskę jeszcze raz. Jest zguba - M102 alias NGC 5866. Na szczęście byłem przy niej niedawno, więc teraz odnalezienie tej galaktyki nie stanowi większego problemu. Znów uspokojony, siadam na leżaku bez lornety, szukając po raz wtóry M81 gołym okiem. Wydaje mi się, że widzę zerkaniem więcej gwiazd niż ostatnio, ale nie dostrzegam śladu “osiemdziesiątki jedynki”. Janko powoli się wykrusza. Patrzymy jeszcze przez chwilę przez jego świetną Kowę 12x56, po czym upewniam się, że na pewno nie chce ruszać ze mną o drugiej na pobliską przełączkę, gdzie można liczyć na mniej dodatni horyzont, i skąd są realne szanse na łapanie szorujących zwykle brzuchem po horyzoncie obiektów w Skorpionie i Strzelcu. Domykam jeszcze środkowe partie Wężownika, łapiąc M14, M9 i M107, a także Strzałę z M71 i Liska z Hantlami (M27) oraz dwa małe skarby w Kasjopei - M103 i M52. Janko idzie spać. fot. Darek Bobak, http://astropolis.pl/topic/48956-12-bieszczadzki-zlot-milosnikow-astronomii-relacje/?p=575230 Wkrótce wychylający się zza wzgórza Antares daje sygnał do rekonesansu. Ruszam więc na przełaj, pod górę, mijając dziwnie cichą Dziuplę i zostawiając osadę cichych już domków coraz bardziej w dole. Z wolna z ciemności wyłania się proste ogrodzenie, które przechodzę, a po chwili staję na niewielkim wzniesieniu. Spoglądam w niebo i czuję, jak miękną mi nogi. Krwisty Antares, choć daleki od górowania, już jest wyżej niż w najlepszych warunkach na północy Polski, jest na ciemniejszym tle, w najlepszych warunkach, jakie do tej pory miałem do dyspozycji. Próbuję się pocieszać, gadam do siebie w myślach - Maras, spokojnie. Nie szalej, nie zgłupiej, ilość obiektów cię nie przytłoczy... - na próżno. Staram się wyrównać oddech i powstrzymać autentyczne wzruszenie, ale jak tu zachować zimną krew, skoro właśnie przed oczyma staje mi widok, który sobie wymarzyłem przez kilka ostatnich lat? Z drżeniem rąk biorę do oczu Fujinona 10x50 i mimowolnie otwieram usta. M4 jest ogromna, a mała zazwyczaj M80 świeci jak oszalała. Ale nie po to tutaj się wdrapałem - kieruję wzrok na Antaresa i odbijam nieco w lewo, na wschód. Niemal od razu wyłapuję ciemniejszą smugę Barnarda 44, części słynnej Mgławicy Rho Ophiuchi. Odbijam bardziej na lewo, do M9. O, błogosławiona zatomska nocy, dzięki Ci za wstępny rekonesans w tym rejonie miesiąc temu - bez niego zginąłbym. źródło: Photopic Sky Survey Wdech-wydech. Staram się wędrować po niebie powoli. Najpierw łapię więc M9 z przyklejonym do niego od zachodu wyraźnym pociemnieniem Barnarda 64, następnie tuż na południe wyłapuję B259. Dalej idę w dół, w kierunku B63 - przedniej nogi Brykającego Konia, lecz nie zatrzymuję się tu długo. Schodzę “pięćdziesiątką” jeszcze niżej, do banalnie łatwej M19 i niewiele mniej lśniącej M62. Podskórnie zaczynam czuć, że chaos coraz gwałtowniej wkrada się w moje poczynania. Skanuję niebo bez składu i ładu, próbuję łapać niewidoczną jeszcze Galaktykę Andromedy, a potem gapię się chwilę na wschodzącą Drogę Mleczną. Stwierdzam w końcu, że nie ma co dłużej czekać z przenosinami na górkę. Chowam lornetę pod bluzę i schodzę w dół, wciąż wyrównując oddech i starając się uspokoić. Parę minut później, będąc już przed domkiem, zerkam na listę Maratonu - nie wypatrzyłem jeszcze dwóch nisko położonych obiektów w Hydrze - gromady kulistej M68 i galaktyki M83. Zerknięcie na mapę, przyłożenie Fujinona 10x50 i w dosłownie kilka sekund oba obiekty mogę odhaczyć. Oba bardzo wyraźne, nie sprawiają najmniejszych problemów. Później przeczytam w relacji Pawła Trybusa, że jedno z tych maleństw napsuło mu sporo krwi w refraktorze 100 mm. Dziwnie się to będzie czytało po tym, jak łatwo i czym przyszło mi je wyłapać. Ot, potęga bieszczadzkiego nieba. Ubieram się cieplej. Próbuję budzić Janka (nie pojedzie na przełęcz) i Aśkę (serio, polecasz te ciemne mgławiceee? No dooobraaa (zieeew), wstanę). Sprzęt już czeka w aucie, jeszcze tylko szybkie wspólne spojrzenie na pięknego jak zawsze Barnarda 361. Życzę Aśce dobrej nocy i ruszam autem w krótką podróż. Żal każdej minuty, ale wiem, że to się opłaci. Zajeżdżam na przełączkę i wynoszę pierwszą partię sprzętu na górkę. Zerkam jeszcze raz na potężne koleiny w wyschniętym błocie i stwierdzam, że obok nich, po trawie mam szansę wjechać. Trąci desperacją, ale podejmuję ryzyko. Wjazd autem okazuje się nie tylko strzałem w dziesiątkę, ale ma uratować moje obserwacje. Choć na dole temperatura była komfortowa, tutaj wiatr dmie jak oszalały. Po rozstawieniu statywu gwizd przybiera na głośności, postanawiam więc schować się za autem, nie tracąc jednak najbardziej interesującego mnie skrawka nieba. Zaczynam od obowiązku maratończyka - łapię więc niemal poziomo ułożone M11, M26, M16, M17, M18 - i znów uginają się pode mną nogi. Oto widzę majestatyczny obłok Messiera 24, najwspanialszy obiekt (a w zasadzie - rejon) widoczny na całym na niebie, jaki można wyłapać z Polski. Warunki są wspaniałe, więc mogę poczekać jeszcze chwilę na rendez-vous z ukochaną emdwudziestkęczwórką. Skaczę szybko do starej M23 i młodej M25, a następnie na dół do bardzo wyraźnej M22 i po prostu wyraźnej M28. Spoglądam jeszcze tuż nad horyzont i widzę wschodzącą Gromadę Motyl (M6). Wracam do M24 i znowu w dół - i znowu mam przed oczyma kolejne tej nocy objawienie. Trio Laguna (M8) - Trójlistna (M20) - M21 zapiera dech w piersiach. Wszystkie obiekty są jasne, wielkie, wyraźne. Żadnego zerkania, żadnego domyślania się co, gdzie blado świeci - po prostu ktoś włączył trzy wielkie latarnie. Będę wracał do tego widoku po wielokroć tej nocy. Tymczasem Pan Barnard czeka. fot. José Joaquín Pérez źródło: http://www.astro-austral.cl/imagenes/widefield/Pipe%20Bowl/info.htm Robię wstępny rekonesans, który przynosi wielki i wyczekiwany obiekt - Mgławicę Fajka, na który składa się ciąg B59-B78-B77. 10x50 okazuje się być ledwo wystarczająca na tego kolosa, który - by go zobaczyć w całości - wymaga przeskanowania dwóch pól widzenia lornetki. Późniejsze zmagania w 16x70 w przypadku tego obiektu okażą się zwyczajnie bezsensowne. 6,5° pola musi być i już. Północna i zachodnia krawędź Fajki są niezwykle wyraźne i świetnie odcinają się na jasnym tle Drogi Mlecznej południowych rubieży Wężownika. Ale w tym rejonie czekam na coś naprawdę wyjątkowego. Uzbrajam statyw w 16x70, dobijam do charakterystycznego układu gwiazd przy północno-zachodnim kancie Fajki i szukam charakterystycznej S-ki - Barnarda 72, znanego szerzej jako Mgławica Wąż. Nie od razu wyłapuję niewyraźne wygięcie gada, w południowej jego części. Sylwety węża nie ma, natomiast pociemnienie jest bez dwóch zdań. Czekając na wzniesienie się tego rejonu wyżej, zaliczam na spokojnie Barnardy, idąc jeszcze raz od M9 i B64. Teraz padają B62 (subtelna, zerkaniem), B63 (wyraźna, szczególnie dobrze rysuje się północna krawędź), rozległe plamy B268, B276 i B280 z wyraźnie ciemniejszym zwieńczeniem B84. Mam też wrażenie wyłapania ukośnej smugi B79, ale nie udaje mi się potwierdzić tego ostatecznie. Nieco zmęczony, odbijam na wschód do Messiera 24. Nogi uginają się ponownie. źródło: Photopic Sky Survey Czterostopniowe pole wydaje się być żałośnie wąskie na tego kolosa, sięgam więc po 10x50, co okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Mam wrażenie, że widzę ten rejon po raz pierwszy. Zwykle widuję Nautilusa, charakterystyczny układ gwiazd pierwszego planu, a dalej, w zależności od warunków - parkę ciemnych oczu (B92 i B93), podwójną, ukośną smugę Barnarda 304 i kilka pomniejszych gromad otwartych w tym polu widzenia. I tak, jak zwykle całość zamykała się w polu ok. 1,5°x1°, tak teraz mam wrażenie, że wszystko urosło dwukrotnie. Tak, jak zwykle uważałem, że 16x70 jest optymalnym instrumentem do tego obiektu, tak teraz widzę, że 10x50 jest wszystkim, czego potrzebuję. Gwiezdny obłok lśni jak nigdy przedtem, a wszystkie cztery Barnardy, włącznie ze zwykle schowanym B307 są niezwykle wyraźne. Do tego po prawej staje się widoczna ciemna smuga, ograniczająca okno M24. Wiem, że w tym rejonie Barnard skatalogował jakąś smugę pyłową, nie trudzę się więc identyfikacją na miejscu, polegając na swojej pamięci. O, naiwności! Później okaże się, że szansa na zidentyfikowanie kolejnych ciemnotek przepadła, przynajmniej tym razem. Pyłowe ograniczenie Małego Obłoku Gwiezdnego Strzelca, które sobie zapamiętałem biegło inaczej, niż kontury zaznaczone przez Barnarda. Nieświadomy jednak przyszłej porażki, sycę oczy jednym z najwspanialszych rejonów nieba. Mam ochotę już tu zostać, rzucić maraton w diabły. Po dłuższej chwili kieruję się do Laguny - i wiem już, że wraz z M24, te dwa kadry mogę wystarczyć mi za całą sesję. Messier 8 zdaje się być dwukrotnie większy niż widywałem go do tej pory, ciemna pionowa smuga przecinająca jego blask jest po prostu oczywista, i to w 10x50! Koncentruję się na Trójlistnej, próbując zawalczyć z B85, ciemnymi smugami którym M20 zawdzięcza swój przydomek. Bez powodzenia. Długą chwilę cieszę oczy tym zjawiskowym kadrem, w którym widzę - oprócz trójki M-ek - wspaniałe kontrasty pojaśnienia centralnego zgrubienia Galaktyki i leżących na jego tle pasm pyłowych. Całość wygląda niezwykle przestrzennie i po prostu piorunująco. To jeden z tych momentów, gdy przez dwa cale apertury na oko doświadcza się przestrzenności Galaktyki, jej bogactwa i nieprawdopodobnego zagęszczenia obiektów. Wyobraźnia, w połączeniu z wiedzą o odległościach do poszczególnych obiektów, tworzy w głowie niemal kompletną trójwymiarową mapę - i po tym wszystkim ciężko sobie powiedzieć, że w Kosmosie dominuje pustka... Bardzo niechętnie wracam do maratonu. Czuję, że zabiera mi to, czego potrzebuję najbardziej, ale głupio mi przed samym sobą, by zrezygnować. Skanuję więc północne niebo, łapiąc M31 i M32. M110 jest chwilowo poza zasięgiem, ale i ją złowię niecałą godzinę później. Postanawiam wyłapać wszystko, co się da, by mieć chwilę spokoju i móc podziwiać ciemne mgławice. Chwytam więc w locie M15, chwilowo tylko ją mogę nadgonić - M2 jest jeszcze pod horyzontem. Korzystam za to z takiej orientacji krzesełka, skanując Drogę Mleczną od Łabędzia po Orła i nie do końca wierzę w to, co widzę. Pyłowe struktury kłębią się niezwykle wyraźnie, i to w miejscach, gdzie zwykle nie widywałem niczego! Pośród tych wszystkich obiektów widzę piękne kłęby pyłu przy Albireo, łapię wspaniałe smugi w Lisku, które do tej pory widywałem jako zaledwie niuanse w jasności Drogi Mlecznej, “E Barnarda” banalniejsze być nie może, wyraźnie widzę łuk B334-337, a poniżej zwykle słaby Barnard 339 staje się oczywistością. Środek Orła przynosi objawienie w postaci rozległych pasm pyłowych, do tej pory nie obserwowanych przeze mnie. Nie mogę się na nie napatrzeć, tymczasem pędzę dalej w dół, ku centrum Galaktyki. B135 w ogonie Orła, zwykle dość wymagający cel, rzuca się w oczy od razu. Dalej widzę przeogromne półkole Barnarda 111, pierwszej świadomie przeze mnie zaobserwowanej ciemnej mgławicy. Tutaj, wraz z B119a tworzy przedziwny, kolisty wzór wyżerający smugę Drogi Mlecznej. Powyżej kłębią się inne pasma, których nie mam czasu identyfikować. Dalej widzę wspaniałe okolice Dzikiej Kaczki z sznureczkiem B115-114-116-117, pobliskiego Barnarda 112 i majestatyczną otulinę B103, jedno z najpiękniejszych przepyleń w Galaktyce. Nie zatrzymuję się, idę dalej w dół przez wyraźny jak nigdy ślad B312, aż do M24 i potem M8-20-21. Nie mogę wybrać, który kadr jest piękniejszy, a mam wrażenie, że każdy z nich widzę po raz pierwszy. źródło: Photopic Sky Survey Zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie sesją. W ciągu ostatnich 43 godzin spałem niespełna trzy godziny, a najtrudniejsza część zabawy wciąż przede mną. Niepotrzebnie kieruję wzrok w stronę B72 - oto, jak zgubni potrafią być celebryci. Co prawda wyłapuję coś więcej przez 16x70, widzę chyba nawet sznureczek B68-B69-B70 (pewności nie mam), 10x50 pokazuje nawet odrobinę pociemnienia wężowego, ale później będę tego czasu żałował. Tracę właśnie niepowtarzalną szansę na zidentyfikowanie sporej ilości Barnardów, tymczasem znów - z ogłupienia chyba - zaczynam sobie w duchu powtarzać, że pamiętam poszczególne układy ciemnych obłoków i mogę sprawdzić je później. Znów zerkam na rozpiskę - posłusznie łowię M2, odhaczam także powoli wznoszącą się M7. Zatrzymuję się też chwilę przy M6, którą zwykle widywałem jako skromny zbiór sześciu gwiazd, tymczasem tutaj, mimo wciąż nieznacznej wysokości nad horyzontem, doliczam się co najmniej piętnastu słońc. Całość prezentuje się naprawdę przepięknie. Szukam również śladu granicy Wielkiej Szczeliny, która pięknie różnicuje tło obu gromad żądła Skorpiona (M6 leży na tle ciemnej mgławicy, M7 - na tle jasnej części Drogi Mlecznej). Coś niby się pojawia, ale trzeba będzie wrócić tu za godzinę. Jestem rozdarty przez próbę identyfikowania obiektów w kilku różnych rejonach, co w połączeniu ze świadomością nieubłaganego nadejścia świtu zaczyna przeradzać się w chaos i niemal paniczne obserwacje. Tymczasem dzwoni telefon. Odbieram, nie zważając na utratę adaptacji. - Cześć, tu Iro. Podobno jesteś gdzieś na górce. - O, cześć! Ano jestem. - i udzielam wskazówek, jak dotrzeć do mojej miejscówki. Po chwili widzę dwa wściekłe reflektory, które śmiało szarżują pod górę. Krótkie przywitanie w huczącym wietrze i Iro rozkłada swoją Syntę 14”. Czyżby nie wiedział, że zabrał o 12 cali za dużo? Jest już trzecia, do końca nocy astronomicznej pozostało niewiele ponad pół godziny. Otwieram Uranometrię, szukając w niej rozpaczliwie oparcia w tych trudnych chwilach. Przypominam sobie o kolejnym celebrycie - B86, mgławicy Plama Atramentu (Ink Spot Nebula). Uranometria nie pomaga. Rejon centrum Galaktyki zawiera dziesiątki naniesionych obiektów, pośród których ciężko jest wypatrzeć nawet te wyraźniejsze. W końcu udaje mi się znaleźć B86 najpierw na mapie, a potem kolejno przez 16x70 i 10x50. Całkiem urocze maleństwo, ale moją uwagę przykuwają dwie piękne plamy na krawędzi Wielkiej Szczeliny, a także jeden z najpiękniejszych obiektów pyłowych tej nocy - Barnard 289. Już od pierwszego wejrzenia widzę coś więcej niż tylko ciemną sylwetę, a po chwili uważniejszego przyglądania się, wyraźne stają się smugi wewnątrz obiektu, które pokazują quasi-włóknistą strukturę obiektu. Coś fenomenalnego! Wracam do M6-M7. Granica Wielkiej Szczeliny zaczyna się powoli rysować, dostrzegam także bardzo ulotny ślad B283. Więcej z tego rejonu nie wycisnę. fot. José Joaquín Pérez Mija parę chwil, podczas których podchodzę do M69 i M70 - i zaczyna być ciężko. Nie wiadomo kiedy, niebo przestaje być smoliście czarne, a od północnego wschodu zaczyna jaśnieć. Na domiar złego, od zachodu widać czającą się chmurę. Jest szansa, że nie zdąży nadejść przed skończeniem sesji, ale nerwowość zostaje zasiana. M69 i M70 muszę chwilowo odpuścić, tymczasem skaczę do Wodnika po M72 i M73. Jest jeszcze gorzej. Ten rejon nieba zaczyna być coraz mocniej rozświetlany, więc sama końcówka maratonu okazuje się być sporą nerwówką, podbitą dodatkowo myślą “a było tak blisko”. Idę jeszcze raz po M69 i M70. Kilka konsultacji z atlasami i w końcu padają - najpierw wyżej zawieszona i wyraźniejsza M69, a potem znacznie trudniejsza M70. Dłuższą chwilę męczę się z M54, ale i ona się poddaje. Biegnę znów do Wodnika, M72 już mam, ale M73 za żadne skarby nie chce się pojawić. Rozpaczliwie sprawdzam, czy można już łowić M75, o ironio, łatwy obiekt skądinąd - ale nie w kwietniu nad ranem. W wielkich bólach łapię jednak i tę kulkę. Teraz zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem - zostały M55, M73 i M30, ale najważniejsze, to wyłapać dwie pierwsze. W końcu coś pojawia się w miejscu, gdzie powinna być M73. Nie jestem w stanie sprawdzić, czy cel zostaje złowiony bez wątpliwości, ale nie ma czasu na dylematy - zabieram się za walkę z M55. Łapię Uranometrię i próbuję dojść do tej kulki z różnych stron. W końcu, po chyba dziesięciu minutach mam niezwykle mdłe pojaśnienie. Jest! Teraz już tylko M30. Czeka mnie ciężka nawigacja po Koziorożcu - od strony, z której się zwykle nie zaczyna, i poprzez gwiazdy, po których się również zwykle nie skacze. Dochodzę w pewnym momencie do ściany. Horyzont kryje jeszcze pożądany fragment starego capa. Ustawiam więc kadr na gwiazdy i czekam cierpliwie na to, aż będzie szansa na dostrzeżenie ostatniego obiektu na liście. Tymczasem wychodzi wąski sierp Księżyca nad lasem, w niezwykle malowniczy sposób. W oddali widać coraz lepiej zarysowaną sylwetę Smereka w paśmie Połoniny Wetlińskiej, a nad nami wyraźna staje się cienka warstwa cirrusa. Messier 30 zdaje się być poza zasięgiem, ale jeszcze przez ponad kwadrans nie tracę nadziei. Robię w międzyczasie porządek w aucie, popijam ciepłą herbatę, wymieniam parę uwag z Irkiem. W końcu odpuszczam - tak jasne niebo nie daje najmniejszych szans na jakikolwiek obiekt, żegnam się więc na parę godzin (niebawem wdrapiemy się razem na Wetlińską) i ruszam w dół zbocza. fot. Irek Nowak (Iro) Przez parę minut, nim zasnę, kłębią mi się w głowie setki myśli. Radość, że Maraton Messiera się powiódł, choć i niedosyt, że nie udało się dobić do setki obiektów. Radość, że wyłapałem tyle ciemnych mgławic, lecz i niedosyt, że większości nie zidentyfikowałem. Radość z dwóch absolutnie najpiękniejszych kadrów tej nocy, z M24 oraz M8-M20-M21 - wciąż mam te widoki przed oczami. W końcu radość, że widziałem niebo, jakiego nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać. … - A więc jesteś - powiedział Pan Nosorożec. - W końcu wróciłeś. - Tak. I jestem szczęśliwy.
  4. W związku z wyjazdem na zlot do Stężnicy, przygotowałem tabelę do Maratonu Messiera. Może ktoś zdalnie dołączy do zabawy? O samej tabelce: - tabela zawiera 107 obiektów. Na M77, M74 i M79 jest już za późno. - tabelka miała w założeniu wskazywać strony z kilku atlasów, skończyło się na samym Pocket Sky Atlas - ale jest miejsce, można sobie uzupełnić we własnym zakresie. Swoją drogą, to może być ważna część przygotowania do MM. - kolejność obiektów różni się od tej, którą można zwykle spotkać w tego typu zestawieniach. Kolejność proponowana przez mnie jest lepiej dopasowana zarówno do naszej miejscówki, jak i do miesiąca. Przykładem mogą być chociażby obiekty w Andromedzie i Kasjopei, które zwykle lądują jako pierwsze, a w tym zestawieniu są ustawione na okolice 2:00. Moim zdaniem w przypadku tych obiektów warto poczekać aż znowu zaczną się wznosić. - tabela jest podzielona na kilka "sekcji tematycznych". Większość z nich ma przypisaną sugerowaną godzinę rozpoczęcia zmagań z daną grupą obiektów. W przypadku pierwszej grupy i tych z ostatniej strony, sugeruję nie przekraczać sugerowanej godziny, bo potem może być ciężko. Poza tym - kilka słów o specyfice Maratonów Messiera. Przede wszystkim - to jest bieg a nie oglądanie. Mamy do dyspozycji ok. 7,5 godziny, więc na jeden obiekt przypadają jakieś 4 minuty. Przeważnie to będzie za dużo czasu, ale w pewnych przypadkach - za mało. Dlatego warto wypracować sobie przewagę, szczególnie na łatwych obiektach (typu - emki w Woźnicy), by potem nie stresować się np. w gromadzie Coma-Virgo. Warto zaplanować sobie dwie przerwy - na przykład tuż przed podejściem do Coma-Virgo a później przed ostatnim sprintem, żeby zachować zdolność koncentracji do samego rana. No właśnie - sprintem. Maratony Messiera mają dwa bardzo newralgiczne momenty - wieczorną i poranną sraczkę - bo inaczej tego określić się nie da. Najpierw trzeba domknąć pełzające obiekty zimowe najszybciej jak się da. Jeśli nie uda się wyłapać szybko M33 - nie rozczulajcie się za bardzo, bo zaraz ucieknie M41 czy M93. Zresztą, jeśli M33 ucieknie, będzie można spróbować o świcie, choć to raczej taki strzał rozpaczy. Po ogarnięciu najbardziej pilnych zimowych obiektów, przychodzi czas na normalniejsze skakanie po obiektach. W okolicach 1:30-2:00 zaczynamy powoli przyspieszać, łapiąc obiekty łatwe, jasne i przyjemne. Około 2:30 warto przebyć możliwie szybką marszrutę od Dzikiej Kaczki na południe, łapiąc po kolei co się da. Od okolic 3:00, trzeba szybko uporać się ze Skorpionem, który powinien być dostatecznie wysoko, by nie przeszkadzała górka, a później - dziki szał z nisko położonymi obiektami w Strzelcu i Wodniku. Tutaj sprawność operowania sprzętem i mapą będzie nie do przecenienia. Polecam też poniższą lekturę w świeżym tłumaczeniu Polarisa: http://www.astronoce.pl/artykuly.php?id=160 I to by było mniej więcej na tyle. Niech Moc będzie z Wami! Maraton Messiera 2015.pdf
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy pliki cookies w Twoim systemie by zwęszyć funkcjonalność strony. Możesz przeczytać i zmienić ustawienia ciasteczek , lub możesz kontynuować, jeśli uznajesz stan obecny za satysfakcjonujący.

© Robert Twarogal, forumastronomiczne.pl (2010-2019)