Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

Napisano

Uznański-Wiśniewski na progu wielkiej kariery w ESA. "Mocny kandydat"
2025-07-26. Julia Król
Sławosz Uznański-Wiśniewski po powrocie z międzynarodowej misji IGNIS został wskazany przez dyrektora generalnego ESA jako wyjątkowo mocny kandydat na stałego członka Europejskiego Korpusu Astronautów. Uznański-Wiśniewski wyraził pełną gotowość do reprezentowania Polski w kolejnych misjach i chce wykorzystać swoje doświadczenie na rzecz krajowego sektora kosmicznego.
Sławosz Uznański-Wiśniewski to dobry, niezwykle mocny kandydat na stałego członka Europejskiego Korpusu Astronautów - powiedział dyrektor generalny Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) Josef Aschbacher.
Sławosz wrócił do Polski. Czekał na niego sam dyrektor ESA
Po udziale w misji IGNIS polski astronauta w czwartek po godzinie 11:00 przyleciał Boeingiem 737-800 z Kolonii na warszawskie lotnisko Okręcie. W hali przylotów czekało na niego około 100 osób, w tym dyrektor Aschbacher.
Misja IGNIS miała międzynarodowy charakter: wzięli w niej udział astronauci z Indii, Stanów Zjednoczonych, Węgier i oczywiście z Polski. Podczas niej przeprowadzono wiele eksperymentów, najwięcej z dotychczasowych misji komercyjnych realizowanych przez Axiom Space, jak stwierdził dyrektor.
Zapytany, czy Sławosz Uznański-Wiśniewski może w najbliższej przyszłości zostać członkiem podstawowego korpusu astronautów, odpowiedział, że Europejska Agencja Kosmiczna dopiero musi omówić to z polskim rządem. Dodał, że pod koniec tego roku ma się odbyć posiedzenie Rady ESA na szczeblu ministerialnym i będzie tam mowa także o tej kwestii.
Ta dyskusja wymaga czasu i wpływa na nią wiele czynników. Mogę tylko powiedzieć, że jest to dobry, niezwykle mocny kandydat - podsumował.
Uznański-Wiśniewski wnosi znaczący wkład w rozwój Polski
Według niego Polska w ostatniej dekadzie bardzo się rozwija w dziedzinie technologii kosmicznych, a on sam chciałby pomóc przejść Polsce od wczesnej fazy do etapu mistrzowskiego. Sławosz ma odgrywać bardzo ważną rolę w realizacji tego zadania, a Aschbacher ma ostatnie słowo w kwestii powołania go do Europejskiego Korpusu Astronautów. Na razie nie chce zdradzić, jaką podejmie decyzję.
Główną sferą, która jest obecnie rozwijana, to misje na stację kosmiczną, jednak są również misje średnio- i długoterminowe, a także te z programu Gateway, podczas których załogowa stacja kosmiczna będzie umieszczona w przestrzeni w pobliżu Księżyca.
Chcielibyśmy, aby Europa rozwinęła również zdolność do przeprowadzania własnych załogowych lotów kosmicznych, wymaga to jednak decyzji politycznych. Potrzebni są silni politycy z jasną wizją. Mam nadzieję, że Polska podejmie to wyzwanie i stanie się europejskim liderem i mistrzem w dziedzinie kosmosu - powiedział Aschbacher.
Jak się na to zapatruje sam Uznański-Wiśniewski?
Polski astronauta zadeklarował, że jest gotowy, by wejść do Europejskiego Korpusu Astronautów, jeśli taka decyzja zapadnie.
Jeżeli miałbym taką możliwość i rzeczywiście przygotowywalibyśmy się do kolejnej misji kosmicznej, oczywiście byłoby to dla mnie ogromnym zaszczytem reprezentować Polskę - powiedział. Dodał, że chciałby, żeby jego doświadczenie zdobyte podczas misji IGNIS i 17-letniej pracy nad technologiami kosmicznymi zostało wykorzystane także w Polsce.
Obecnie Polak jest astronautą rezerwowym ESA. W misji technologiczno-naukowej IGNIS brał udział jako astronauta projektowy i jego kontrakt wygasa z końcem 2025 r.
W środę Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które w czwartek zostało włączone do Ministerstwa Finansów i Gospodarki, poinformowało, że "rozważa udział dr. Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego w podstawowym korpusie astronautów ESA". Jest to zależne m.in. od wysokości polskiej składki do ESA. Resort podał, że dąży do utrzymania finansowania na poziomie 400 mln euro - taki był polski wkład do ESA w latach 2022-2023.

Sławosz Uznański-Wiśniewski w siedzibie Axiom Space. Imagery Courtesy of Axiom Space materiały prasowe

https://geekweek.interia.pl/kosmos/news-uznanski-wisniewski-na-progu-wielkiej-kariery-w-esa-mocny-ka,nId,22169083

Uznański-Wiśniewski na progu wielkiej kariery w ESA. Mocny kandydat.jpg

Napisano

Energia słoneczna po zmroku: heliostaty w służbie astronomii
2025-07-26. Radek Kosarzycki
Heliostaty, czyli ruchome lustra wykorzystywane do odbijania światła słonecznego w elektrowniach solarno-termicznych, mogą wkrótce znaleźć nowe zastosowanie – tym razem po zmroku. Choć ich głównym zadaniem jest skupianie promieni słonecznych na centralnej wieży w celu generowania energii elektrycznej, pewien naukowiec z Sandia National Laboratories dostrzegł w nich potencjał do… wykrywania planetoid zagrażających Ziemi.
W przeciwieństwie do popularnych paneli fotowoltaicznych, które produkują prąd wyłącznie w ciągu dnia, elektrownie solarno-termiczne mogą magazynować ciepło i generować energię także nocą. Jednak same heliostaty – czyli lustra odbijające światło na wieżę – stają się bezużyteczne, gdy zapadnie zmrok. To właśnie tę nieaktywność postanowił wykorzystać dr John Sandusky.
Zamiast generować prąd, heliostaty mogłyby w nocy śledzić niebo. Sandusky zaproponował przekształcenie ich w system do wykrywania obiektów bliskich Ziemi (NEO – Near-Earth Objects), takich jak planetoidy. Choć ich jakość optyczna nie pozwala na tworzenie szczegółowych obrazów, nie to jest celem – wystarczy możliwość rejestrowania ruchu ciemnych punktów na tle gwiazd.
W Narodowym Ośrodku Testów Termicznych Słońca (National Solar Thermal Test Facility) w Nowym Meksyku Sandusky zaprogramował jeden z 212 heliostatów do nocnego przeszukiwania nieba. Lustro odbijało światło gwiazd w kierunku czujników zamontowanych na wieży. Choć nie wykryto jeszcze żadnych planetoid, udało się osiągnąć dwa kluczowe cele: precyzyjnie sterować heliostatem i zarejestrować bardzo słabe źródła światła. To otwiera drogę do dalszych prób.
Sandusky zauważył, że choć heliostaty nie nadają się do klasycznej astrofotografii, mogą być przydatne w analizie ruchu. Podobnie jak w radiowej analizie częstotliwości można wykryć niewielkie przesunięcia sygnału, tak samo można zarejestrować subtelne zmiany położenia poruszających się obiektów względem tła gwiazd. To wystarcza, by odróżnić planetoidę od reszty nieba – nawet bez idealnej optyki.
Współczesne teleskopy coraz skuteczniej wykrywają zagrożenia z kosmosu – czego przykładem są odkrycia obiektów międzygwiezdnych czy rozwój obserwatorium Very C. Rubin. Jednak zasoby teleskopów są ograniczone, a Sandusky widzi heliostaty jako narzędzie wspierające: mogłyby przejąć część nocnych obserwacji, pozwalając astronomom skupić się na innych projektach.
W przyszłości systemy te mogłyby być wykorzystane również do lokalizacji zaginionych statków kosmicznych, np. na trudnej do monitorowania orbicie księżycowej. Jeśli metoda się sprawdzi, heliostaty mogłyby działać nie tylko w służbie energetyki, ale również bezpieczeństwa planetarnego.
Choć ta koncepcja raczej nie zrewolucjonizuje ekonomii energii słonecznej, może znacząco zwiększyć nasze możliwości monitorowania potencjalnie niebezpiecznych obiektów w kosmosie. Sandusky przekazał wyniki swoich badań społeczności naukowej i czeka na opinie specjalistów w dziedzinie optyki i astronomii, by ocenić wykonalność oraz potencjał tej nietypowej metody.
Jeśli dalsze testy potwierdzą skuteczność tej koncepcji, to heliostaty – urządzenia stworzone do zbierania światła dziennego – mogą stać się cichymi strażnikami nocnego nieba.
https://www.pulskosmosu.pl/2025/07/heliostaty-beda-szukac-neo/

Energia słoneczna po zmroku heliostaty w służbie astronomii.jpg

Napisano

Opcja zero: nie ma ISS, nie ma następców
2025-07-27. Krzysztof Kanawka
Czy za kilka lat tylko chiński Tiangong będzie na orbicie?
Misja Międzynarodowej Stacji Kosmicznej dobiega końca. Czy komercyjne podmioty zdążą zbudować następcę? Czy Gateway się utrzyma?
Piętnastego lipca 2025 roku zakończyła się misja Axiom-4. Był to pierwszy lot dla Polski, Węgier i Indii na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Każdy z astronautów uczestniczących w tej blisko trzytygodniowej misji spędził przynajmniej kilkadziesiąt godzin prac nad eksperymentami naukowymi i technologicznymi ze swoich państw. Jest to mocny dowód, że ISS – jako kosmiczne laboratorium – cieszy się dużą popularnością.
Od 1998 aż do dziś
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS) to największy obiekt, jaki kiedykolwiek powstał na orbicie. Aktualna całkowita masa tego kompleksu przekracza 430 ton, zaś wymiary to około 110 na 75 metrów. Cała stacja składa się z kilkunastu modułów ciśnieniowych, podzielonych na dwie sekcje: rosyjską oraz amerykańską/międzynarodową. Większość modułów należy do Rosji i Ameryki za wyjątkiem japońskiego modułu Kibo oraz europejskiego Columbus. Pierwszy moduł ISS, rosyjska Zarja, został wyniesiony na orbitę w listopadzie 1998 roku.
Pierwsza załoga ISS – która otrzymała nazwę Expedition 1, weszła na pokład nowej stacji 2 listopada 2000 roku. Dwóch Rosjan, Sergiej Krikałow oraz Jurij Gidzenko wraz z dowódcą, Amerykaninem Williamem Shepherdem przybyło na ISS na pokładzie Sojuza TM-31. Wówczas w skład stacji wchodziły tylko trzy moduły: amerykański Unity oraz rosyjskie Zarja i Zwiezda. Od tego momentu stacja została znacznie rozbudowana i jest stale zamieszkała przez astronautów. Do ISS zawitały także i “nie-stałe” załogi, wykonujące prace przez kilkanaście dni. Przykładem jest niedawna misja Axiom-4, w której uczestniczył astronauta z Polski – Sławosz Uznański-Wiśniewski. Wreszcie, kilka razy na ISS zawitał “kosmiczny turysta”.
Czas ISS dobiega już końca, czego świetnym dowodem były tegoroczne problemy z modułem Zwiezda. W czerwcu 2024 NASA wybrała firmę SpaceX do opracowania pojazdu do deorbitacji ISS. Aktualnie podawana data deorbitacji to 2030 rok. Plan zakłada, że deorbitacja ISS nastąpi, gdy pierwszy komercyjny następca pojawi się na orbicie.
Następcy ISS – kiedy i jak?
Aktualnie realizowane są następujące projekty:
•    Orbital Reef firm Blue Origin i Sierra Space
•    Axiom Station firmy Axiom Space, którego pierwszy moduł ma znaleźć się na orbicie w 2028 roku
•    Starlab, wspólny projekt firm Nanoracks, Lockheed Martin oraz europejskiego koncernu Airbus
•    Haven firmy VAST
W połowie 2025 roku wydaje się, że najbliżej celu jest firma Axiom Space. Nowy plan budowy stacji Axiom Station, zaprezentowany przez firmę Axiom Space w grudniu 2024, zmienia kolejność umieszczania modułów na orbicie. Jako pierwszy ma się znaleźć AxPPTM. Następnie się znajdzie na orbicie moduł mieszkalny AxH1, po czym śluza do spacerów kosmicznych. W dalszej kolejności na orbicie ma się znaleźć drugi moduł AxH2 oraz moduł naukowy AxRMF.
Inne firmy mają podobny terminarz: przykładowo moduł Haven-1 obecnie jest planowany na 2026 rok, zaś Haven-2 na 2028 rok.
Czy dwa lata to dużo czy mało? Warto tu zauważyć, że Axiom Space początkowo planował umieścić pierwszy moduł już w 2026 roku. Tak z pewnością się nie stanie i margines czasu do deorbitacji ISS jest już znacznie mniejszy.
W przypadku dalszych opóźnień, które są możliwe, pojawia się ryzyko “przekroczenia” roku 2030. Co wówczas się stanie? Czy pobyt ISS na orbicie zostanie przedłużony? A może pojawi się “dziura” w obecności “zachodnich” stacji orbitalnych?
“Dziura” dla stacji kosmicznych?
Pojawiają się argumenty, że około 2030 roku w przestrzeni kosmicznej będzie już przebywać nowa stacja kosmiczna – Gateway, krążąca wokół Księżyca. Jednakże, ta stacja ma wielu przeciwników i w obliczu potencjalnych dużych zmian w budżecie NASA pojawia się ryzyko całkowitego skasowania tego programu. Oznacza to, że około 2030 roku program Gateway może być już przeszłością. Ponadto, Gateway nie ma być stale zamieszkana – obecność astronautów na pokładzie ma trwać nie więcej niż do kilku miesięcy, po czym stacja będzie funkcjonować w trybie automatycznym. Z tego powodu Gateway nie jest następcą ISS jako kosmicznego laboratorium.
Rysuje się poważne ryzyko braku jakiejkolwiek “zachodniej” stacji orbitalnej, do której astronauci z Europy, USA, Kanady czy Japonii mogliby latać i wykonywać wielomiesięczne misje. Taka “dziura” w dostępności jest oczywiście dużym zagrożeniem dla wielu prac badawczo-rozwojowych, w tym coraz częstszych pierwszych prób prac przemysłowych w warunkach LEO.
Warto tu dodać, że pomiędzy ostatnią misją promu kosmicznego (STS-135, lipiec 2011) a pierwszą misją załogową Dragona (SpX-DM2, maj-sierpień 2020) minęło dziewięć lat “dziury”. Ówczesna “dziura” w amerykańskich lotach była mocno krytykowana jako przykład opóźnień z uwagi na napotkane wyzwania techniczne, problemów administracyjnych j
Co ciekawe, w przypadku wystąpienia “dziury” w obecności “zachodnich” stacji przynajmniej jedna stacja będzie na orbicie. Jest i będzie nią chińska stacja Tiangong. Co więcej, Indie zapowiadają budowę stacji “Bharatiya Antariksh Station” (BAS) od 2028 roku. Czy w przypadku “dziury” pojawi się propozycja by amerykański pojazd załogowy poleciał do indyjskiej stacji?
(PFA)
International Space Station Assembly
https://www.youtube.com/watch?v=yRqUPjl3tTQ

Konfiguracja (już nieaktualna, ale prawdopodobnie najnowsza z dostępnych) stacji Gateway – stan na listopad 2022 / Credits – NASA

https://kosmonauta.net/2025/07/opcja-zero-nie-ma-iss-nie-ma-nastepcow/

Opcja zero nie ma ISS, nie ma następców.jpg

Opcja zero nie ma ISS, nie ma następców2.jpg

Napisano

Kwantowe Słońce: mechanika kwantowa podbija kosmos
2025-07-27. Nina Mazurewicz
Jaki los czekałby Słońce, gdyby zdawało się tylko na fizykę klasyczną?
Wielu z nas kwanty kojarzą się z mikroskalą. Szufladkujemy je często jako zarezerwowane dla świata cząstek. Ale czy jest tak na pewno? Kwantowa rzeczywistość i wszystkie jej dziwactwa wiodą prym również w kosmosie. I wcale nie trzeba się za nimi długo rozglądać.
Okazuje się, że wystarczy udać się na najbliższą nam gwiazdę – Słońce. Chociaż tego lata łatwo jest zapomnieć o jej istnieniu, nasza ulubiona kula ognia nie świeciłaby nam w ogóle, gdyby nie mechanika kwantowa i jedno z jej dobrodziejstw: zjawisko tunelowania kwantowego.
Tunele mają co do zasady łączyć dwa odseparowane od siebie miejsca mimo przeszkód, które się pomiędzy nimi znajdują. I nie inaczej powinniśmy kojarzyć właśnie tunelowanie kwantowe. Bo jest to zjawisko, dzięki któremu cząstki mogą oszukać system i przedostać się kwantowym tunelem przez barierę potencjału, tj. obszar podwyższonego potencjału oddzielający obszary o niższej energii – klasycznie byłaby ona dla cząstek nie do przeskoczenia. U podstaw tych oszustw leżą najważniejsze założenia mechaniki kwantowej, takie jak to, że każda cząstka wykazuje falową naturę i jest jej przypisana fala o pewnej długości. A że jej stan opisuje fala właśnie, może ona niejako rozlewać się w przestrzeni. Istnieje więc niezerowe prawdopodobieństwo, że cząstka przecieknie przez barierę i znajdzie się przy tym w obszarze, który byłby dla niej niedostępny klasycznie.
Co takiego jednak dzieje się na Słońcu, że potrzebuje ono tunelowania kwantowego, żeby móc nam w ogóle świecić? W jądrze Słońca nieustannie kotłują się atomy wodoru, które, zderzając się ze sobą, tworzą hel. Przy okazji tego procesu powstaje ogromna ilość energii, dzięki której najbliższa nam gwiazda może opalać na heban kuracjuszy nad polskim morzem. I choć starożytni nie zdawali sobie sprawy z tych procesów, nie dziwi, że próbowali tłumaczyć skomplikowany fenomen Słońca istnieniem różnorakich bóstw. Tak jak egipski Re przemierzał sklepienie niebieskie w słonecznej barce za dnia, a nocą walczył z siłami ciemności w podziemiach, tak klasyczna fizyka walczyła ze swoim opisem, który nijak nie potrafił pogodzić zjawisk przedstawionych wyżej… Dlaczego? Jądra atomowe wodoru składają się z protonów, które z racji tego, że wszystkie są naładowane pozytywnie, odpychają się i raczej wolą od siebie stronić. Pomimo tego, że temperatura jądra Słońca sięga 15 milionów stopni Celsjusza, wciąż jest to za mało, żeby nadać protonom energii mogącej uzasadnić zachodzącą tam fuzję, a więc właśnie łączenie się lżejszych jąder w jedno cięższe, przy jednoczesnym wydzielaniu ogromnych ilości energii. Przynajmniej, jeśli przyglądamy się temu problemowi z klasycznego punktu widzenia…
Bo kiedy przyjrzymy mu się przez pryzmat mechaniki kwantowej, okazuje się, że istnieje niewielka szansa, że protony pokonają tę, tak zwaną, barierę kolumbowską. A wszystko to za sprawą, jakżeby inaczej, tunelowania kwantowego. I chociaż prawdopodobieństwo jego wystąpienia jest małe, protonów w słonecznym jądrze jest tak dużo, że nawet jeżeli do kwantowego tunelu wskoczy tylko jedna na kilka miliardów protonowych par, to wystarczy, żeby utrzymać przy życiu gwiazdę bez której żyć nie moglibyśmy my.
Wbrew pozorom, kosmos swoją kwantową naturę pokazuje na każdym kroku. Spotkasz się z nią w okolicach czarnych dziur i gwiazd neutronowych, otrzesz się o nią przy okazji odkrywania tajemnic ciemnej materii…  Mechanika kwantowa to nie tylko małe sprawy, ale również wielkie rzeczy.
O kwantowym kosmosie i kwantach opowiadam więcej w mojej najnowszej książce „Kwanty nie gryzą”. Zapraszam do lektury!
Ilustracja pochodzi od Wydawcy
https://kosmonauta.net/2025/07/kwantowe-slonce-mechanika-kwantowa-podbija-kosmos/

Kwantowe Słońce mechanika kwantowa podbija kosmos.jpg

Napisano

Nowo odkryta galaktyka wygląda jak nieskończoność. Użyją jej do rozwikłania wielkiej zagadki wszechświata
2025-07-27. Aleksander Kowal
Astronomowie zaobserwowali jeden z najbardziej osobliwych obiektów kosmicznych: galaktykę przypominającą symbol nieskończoności. Wykorzystali w tym celu Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Już sama obserwacja była niesamowita, a dalsze badania poświęcone temu obiektowi doprowadziły ich autorów do wniosków, które mogą okazać się przełomowe z innego względu. Mówimy bowiem o galaktyce, w której centrum najprawdopodobniej znajduje się supermasywna czarna dziura w fazie narodzin. Dokonane odkrycie powinno doprowadzić do postępów w badaniach nad tym, jak świat nauki rozumie kwestie powstawania największych czarnych dziur we wszechświecie.
Kosmiczne zderzenie kluczem do powstania osobliwej galaktyki
Badacze opisujący obserwacje w The Astrophysical Journal Letters zaprezentowali światu strukturę nazwaną Galaktyką Nieskończoności. Powstała ona wskutek kolizji dwóch galaktyk spiralnych, których nakładające się pierścienie gwiazd utworzyły świecącą ósemkę. Pieter van Dokkum z Uniwersytetu Yale i Gabriel Brammer z Uniwersytetu Kopenhaskiego dokonali odkrycia podczas analizy archiwalnych danych z przeglądu COSMOS-Web prowadzonego przez Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Obiekt składa się z dwóch wyraźnych pierścieni gwiazd oraz rozległej chmury zjonizowanego wodoru, rozciągającej się na obszarze przekraczającym 30 000 lat świetlnych. Decydującą rolę w ukształtowaniu tej osobliwej galaktyki odegrały fale uderzeniowe powstałe podczas kolizji. Skompresowały one gaz między jądrami galaktyk, tworząc turbulentne, wysokociśnieniowe środowisko, które mogło doprowadzić do narodzin czarnej dziury.
Najbardziej zaskakującym aspektem odkrycia jest położenie supermasywnej czarnej dziury o masie około miliona mas Słońca. Zamiast znajdować się w centrach łączących się galaktyk, obiekt ten ulokowany jest dokładnie w połowie drogi między nimi. Jak wyjaśnia van Dokkum, znalezienie czarnej dziury, która nie znajduje się w jądrze masywnej galaktyki, jest samo w sobie niezwykłe. Jej geneza może być jednak nawet bardziej fascynująca, ponieważ astronomowie sugerują, jakoby nie dotarła tam z zewnątrz, ale powstała na miejscu. I to całkiem niedawno. Analizy spektroskopowe wskazują, że czarna dziura znajduje się dokładnie w centrum rozkładu prędkości otaczającego gazu. To silny argument za tym, że powstała ona lokalnie, a nie przemieściła się z innego miejsca. Naukowcy podejrzewają również, że w całym układzie mogą istnieć aż trzy supermasywne czarne dziury – po jednej w każdym z pierwotnych jąder galaktycznych oraz ta nowo odkryta. Potwierdzenie tej hipotezy wymaga jednak dodatkowych obserwacji radiowych i spektroskopowych.
Alternatywa dla tradycyjnych teorii
Odkrycie może potwierdzać mniej popularny model powstawania supermasywnych czarnych dziur, znany jako teoria bezpośredniego kolapsu. Powszechnie akceptowane założenie sugeruje, iż małe czarne dziury powstałe z zapadających się gwiazdy rosną przez miliardy lat poprzez łączenie się z innymi tego typu obiektami. Problem w tym, że Teleskop Webba już wcześniej wykrył supermasywne czarne dziury istniejące we wszechświecie zbyt wcześnie, by zdążyły powstać w ten powolny sposób. Wskazywało to na możliwość istnienia innych mechanizmów narodzin obiektów o tak wysokich masach. Galaktyka Nieskończoności może okazać się flagową przedstawicielką tego nowego mechanizmu. Zderzenie dwóch galaktyk bogatych w gaz i metale wywołało wstrząsy, które gwałtownie sprężyły gaz między ich jądrami. Ekstremalne warunki, przejawiające się silnymi turbulencjami i wysokim ciśnieniem, mogły zahamować formowanie się gwiazd i umożliwić bezpośredni grawitacyjny kolaps w czarną dziurę.
Najnowsze ustalenia mogą mieć znaczenie dla badań nad młodym wszechświatem. Dokonane odkrycie odnosi się bowiem do tego, jak supermasywne czarne dziury mogły powstać zaskakująco krótko po Wielkim Wybuchu. Choć dziś kolizje galaktyk są rzadkie, podobne ekstremalne warunki były prawdopodobnie częstsze we wczesnym wszechświecie. I choć będzie potrzeba więcej dowodów w tej sprawie, to te zgromadzone dotychczas wspierają hipotezę o zaobserwowaniu nowo narodzonej supermasywnej czarnej dziury. My widzimy natomiast po raz kolejny, jak wiele zagadkowych mechanizmów wciąż kryje się przed ekspertami w dziedzinie astronomii.

czarna dziura
https://www.chip.pl/2025/07/chinski-iron-man-egzoszkielet-dla-zolnierzy

Nowo odkryta galaktyka wygląda jak nieskończoność. Użyją jej do rozwikłania wielkiej zagadki wszechświata.jpg

Napisano

Tak brzmiał Jowisz, gdy przelatywała obok niego sonda Voyager 1
2025-07-27. Radek Kosarzycki
Kto by pomyślał, że nagrania sprzed 45 lat wciąż będą elektryzować naukowców? Zarejestrowane przez Voyagera 1 dane plazmowe z przelotu obok Jowisza w marcu 1979 roku wciąż dostarczają bezcennych informacji. Te fascynujące zapisy, powstałe gdy sonda przekraczała granicę magnetosfery gazowego olbrzyma, wciąż odsłaniają tajemnice najbardziej skomplikowanego systemu planetarnego w Układzie Słonecznym.
Nieoczekiwane spotkanie z królem planet
Gdy Voyager 1 zbliżał się do Jowisza, jego czujniki wychwyciły coś zaskakującego. Sonda przecięła wówczas obszar, w którym wiatr słoneczny emitowany przez Słońce zderza się z magnetosferą największej planety układu. Zjawisko to można porównać do fali uderzeniowej w ziemskiej atmosferze, tyle że rozgrywające się w kosmicznej próżni. Jak wyjaśniają badacze:
Jeśli planeta ma pole magnetyczne, wytworzy magnetosferę – region przestrzeni otaczający planetę, w którym to pole dominuje nad wiatrem słonecznym
Wiatr słoneczny, pędzący z prędkością około 400 km/s, zostaje tam gwałtownie spowolniony przez potężną magnetyczną tarczę Jowisza. Ta dynamiczna interakcja generuje fale plazmowe, które sonda przekształciła w słyszalny dźwięk.
Magnetyczny kolos w ruchu
Źródłem niezwykłej siły magnetycznej Jowisza jest jego wnętrze. Pod ekstremalnym ciśnieniem metaliczny wodór zachowuje się jak gigantyczny przewodnik elektryczny. Efekt? Magnetosfera od 16 do 54 razy potężniejsza od ziemskiej.
Skala tej struktury zapiera dech w piersiach. W stronę Słońca rozciąga się na ponad 3 miliony kilometrów, a w przeciwnym kierunku niemal sięga orbity Saturna. Gdyby była widoczna gołym okiem, wydawałaby się dwa razy większa niż tarcza Księżyca w pełni.
Kapryśna tarcza magnetyczna
Magnetosfera Jowisza nie jest statyczna. Jej rozmiary ulegają ciągłym zmianom w rytm aktywności wiatru słonecznego, co prowadzi do zaskakujących konsekwencji. Podczas cykli rozszerzania i kurczenia uwalniana energia może nagrzać obszar porównywalny z czwartą częścią planety. Co ciekawe, takie pulsacje mogą występować nawet kilka razy w ciągu miesiąca.
Zmienność ta zaskoczyła naukowców. Gdy w 1974 roku do Jowisza dotarły sondy Pioneer 10 i 11, magnetosfera była maksymalnie rozszerzona. Pięć lat później Voyager 1 zarejestrował ją znacznie mniejszą z powodu wzmożonego wiatru słonecznego. To dobitnie pokazuje, jak bardzo nasze rozumienie kosmicznych procesów zależy od momentu obserwacji.
Aktualność mimo upływu czasu
Choć minęło już niemal pół wieku, zapisy Voyagera nie straciły na wartości. Misja Juno, która dotarła do Jowisza w 2016 roku, potwierdziła wcześniejsze ustalenia, ale też ujawniła dodatkowe zawiłości magnetosfery. Jak słusznie zauważają badacze:
Jowisz to ekstremalny świat, a zrozumienie jego zachowania magnetycznego jest fundamentalne dla poznania tej planety i wielu innych światów w całym wszechświecie
Odkrycia nowych typów fal plazmowych wciąż poszerzają naszą wiedzę. Ed Stone, główny naukowiec misji Voyager, przyznaje:
To była niezwykła podróż. Ciągle odkrywamy rzeczy, o których nikt nie sądził, że je kiedykolwiek odkryjemy
Kosmiczna współzależność
Magnetosfera Jowisza głęboko oddziałuje na jego księżyce, szczególnie na Io. Ten wulkaniczny glob zasila pole magnetyczne planety materią w tempie tony na sekundę. Dostarczana przez niego materia potrafi podwoić naturalny zasięg magnetosfery.
Efektem są potężne prądy elektryczne płynące między Io a Jowiszem o mocy około 2 terawatów – porównywalnej z całkowitym globalnym zapotrzebowaniem ludzkości na energię. To niezwykły przykład kosmicznej synergii.
Co dalej z legendarną misją?
Dane z Voyagera 1 nadal napływają na Ziemię. Sondy powinny utrzymać łączność do około 2030 roku, o ile wytrzymają ich radioizotopowe generatory. Choć technologia sprzed pół wieku budzi dziś uśmiech, trwałość tych sond kosmicznych to prawdziwy hołd dla jej twórców. Te 45-letnie zapisy z Jowisza to nie relikt przeszłości, lecz wciąż żywe źródło kosmicznych rewelacji.
https://www.focus.pl/artykul/chiny-obserwacja-tarcie-grafenu-przelom

Tak brzmiał Jowisz, gdy przelatywała obok niego sonda Voyager 1.jpg

Napisano

Czy ludzie opuszczą Układ Słoneczny? Możemy być do tego zmuszeni

2025-07-27. Krzysztof Sulikowski

Ludzie eksplorują kosmos już prawie od 70 lat, ale jedynie mikroskopijny ułamek naszych obiektów opuścił lub w najbliższych latach opuści Układ Słoneczny. Takie doniesienia bywały sprzeczne, jako że są różne definicje tego, gdzie jest granica Układu Słonecznego. Wydaje się, że dopiero zwiedzamy najbliższą okolicę. Czy ludzie zrobią w końcu ten krok i wyślą misje kosmiczne poza nasz układ planetarny? A może polecą tam sami? O ile dziś jest cała masa wyzwań, przez które jesteśmy dosłownie uziemieni, o tyle w przyszłości podróże międzygwiezdne mogą okazać się koniecznością. Jakie są obecnie perspektywy? Czy zdołamy kiedykolwiek wylecieć poza nasze sąsiednie planety?

Voyager 1 i Voyager 2 to jedyne ludzkie obiekty, które wyleciały poza Układ Słoneczny

Ludzka eksploracja kosmosu zaczęła się w 1957 roku od wystrzelenia przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity - Sputnik 1. Cztery lata później odbył się pierwszy lot człowieka po orbicie okołoziemskiej. Tym pierwszym kosmonautą był Jurij Gagarin. W pamiętnym 1969 roku miało miejsce pierwsze lądowanie ludzi na Księżycu - misja Apollo 11 z Neilem Armstrongiem, Michaelem Collinsem i Buzzen Aldrinem z USA. Kolejne dekady to dalszy wyścig zimnowojennych mocarstw o to, kto zrobi coś jako pierwszy albo poleci dalej. Wydawałoby się, że ponad pół wieku później ludzkie pojazdy będą już latać coraz dalej, ale nie do końca tak się to potoczyło.

Mimo że przez ostatnie dziesięciolecia podjęto się realizacji ponad 6,5 tysiąca misji kosmicznych, to większość z nich zakończyła swoją trasę na orbicie okołoziemskiej. Są co prawda sondy, które poleciały dalej, ale jest ich stosunkowo niewiele. Najdalej jak dotąd zawędrowały sondy Voyager 1 i Voyager 2 (wystrzelone w 1977 r.). Dziś ten pierwszy jest najdalszym od Ziemi obiektem stworzonym przez człowieka, a dzieląca nas odległość stale rośnie.

Voyager 1 przekroczył heliopauzę (121 AU) w 2012 roku i jako pierwszy opuścił Układ Słoneczny. Heliosferę opuścił także Voyager 2 (119 AU) w 2018 roku. Heliopauza stanowi granicę heliosfery, w której wiatr słoneczny zanika i zaczyna się przestrzeń międzygwiezdna. Jest to jednak granica umowna. Nie ma bowiem pojedynczej linii, która oddzielałaby Układ Słoneczny od reszty kosmosu.

Warto także wspomnieć o sondzie Pioneer 10, wystrzelonej w 1972 r., która opuściła wewnętrzny Układ Słoneczny w 1983 roku, przekraczając orbitę Neptuna oraz Pas Kuipera i lecąc dalej. Z sondą całkowicie utracono kontakt w 2003 roku. A czy inne ludzkie obiekty opuszczą jeszcze Układ Słoneczny?

"Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to uczyni to sonda New Horizons, ale zajmie jej to jeszcze około 18 lat. W tej chwili znajduje się w odległości około 65 AU od Słońca i bada obiekty Pasa Kuipera. W tym wszystkim jest tylko jeden poważny problem - podpisana przez Donalda Trumpa ustawa budżetowa prawdopodobnie skasuje finansowanie dla New Horizons. A jeśli sonda zostanie wyłączona, będą małe szanse na ponowne jej uruchomienie" - zwraca uwagę Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka, rzeczniczka prasowa Centrum Badań Kosmicznych PAN, dziennikarka i autorka książek o tematyce kosmicznej, z którą rozmawiałem.

Pas Kuipera, heliopauza i Obłok Oorta. Gdzie jest granica Układu Słonecznego?

Przewiduje się, że Voyager 1 wleci w Obłok Oorta za około 230-300 lat i będzie go przemierzał nawet 30 tysięcy lat. Rzecz w tym, że Obłok Oorta bywa uznawany za część Układu Słonecznego. Dlaczego zatem podano, że Voyager 1 opuścił nasz układ planetarny, skoro jeszcze tam nie doleciał? Wynika to z różnych definicji granic Układu Słonecznego.

Gdzie leży granica Układu Słonecznego? To kwestia umowna. No więc jak się umawiamy? Najbardziej zawężone ujęcie jako granicę wyznacza Pas Kuipera. Druga z definicji przyjmuje, że koniec Układu Słonecznego stanowi heliopauza, czyli granica heliosfery. Przypomina ona bańkę, w której rozchodzi się gorący wiatr słoneczny. Na jej obrzeżach występuje szok końcowy, obszar zwalniania prędkości wiatru słonecznego, kończący się wspomnianą heliopauzą. Obłok Oorta to z kolei najbardziej wysunięty pas Układu Słonecznego pod względem oddziaływania grawitacyjnego Słońca. Ma on szerokość nawet 100 tys. jednostek AU i według trzeciej definicji to wraz z nim kończy się Układ Słoneczny.

"Hipotetyczny Obłok Oorta formalnie znajduje się poza naszym układem planetarnym, gdyż jego ciała są bardzo słabo związane z grawitacyjnym oddziaływaniem Słońca. Obaj gwiezdni wędrowcy znajdują się od dawna poza heliopauzę, czyli granicą oddziaływania wiatru słonecznego. Czyli jak najbardziej przemieszczają się przez obszar międzygwiezdny. Oba Voyagery, sondy o wyjątkowo prostej konstrukcji - patrząc z naszej współczesnej perspektywy - tworzą historię. Dotarły tam, gdzie jeszcze żadne ludzkie urządzenia nie dotarły. Ale pamiętajmy też, ile im to zajęło" - wyjaśnia Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.

Można zatem powiedzieć, że Voyager 1 i 2 przemierzyły Pas Kuipera, a następnie opuściły Układ Słoneczny w znaczeniu heliosfery, lecz nie wydostały się jeszcze spoza obszaru wpływu grawitacyjnego Słońca, który kończy się na Obłoku Oorta. W tym najszerszym, grawitacyjnym ujęciu żaden ludzki obiekt nie wydostał się jeszcze poza Układ Słoneczny.

Istnieją jeszcze inne wytwory ludzkiej działalności, które opuściły Układ Słoneczny. Nie są to jednak "obiekty" posiadające masę, lecz fale radiowe i telewizyjne, które poruszają się z prędkością światła. Najstarsze z tych sygnałów, wyemitowane z Ziemi na początku XX wieku, o ile przebiły się przez jonosferę, pokonały już dystans ok. 90-100 lat świetlnych. To najodleglejsze ślady naszej ludzkiej cywilizacji. Podobnie jak światło widzialne są to fale elektromagnetyczne o różnych częstotliwościach i długościach. Światło jednak szybciej ulega absorpcji i rozproszeniu, przez co jego zasięg jest mniejszy. Fotony co prawda mogą lecieć w nieskończoność, dopóki nie zostaną zaabsorbowane lub rozproszone, ale światło z Ziemi szybko przestaje być wykrywalne na tle naturalnego promieniowania kosmicznego. Dlatego też sztuczne światło wyemitowane przez człowieka nie pokonuje takich odległości jak właśnie sygnały radiowe.

Dopiero zwiedzamy okolicę. Gdzie najdalej dotarł człowiek w kosmosie?

W przypadku misji z lądowaniem na obcych ciałach pozaziemskich też nie dolecieliśmy specjalnie daleko. Bezzałogowe misje kosmiczne wylądowały m.in. na Księżycu, Marsie, Wenus, Merkurym, Tytanie i paru innych księżycach, asteroidach czy kometach. Spośród nich najbardziej oddalonym od Ziemi obiektem jest Tytan, największy księżyc Saturna. Na jego powierzchni w 2005 roku wylądowała misja Huygens obsługiwana przez ESA.

Ludzie z kolei najdalej dolecieli na Księżyc, a w planach na najbliższe lata są misje załogowe na Marsa, którego Elon Musk chciałby terraformować i kolonizować. Można więc rzec, że dopiero zwiedzamy okolicę. Niewykluczone jednak, że w przyszłości opuścimy nasze bliskie sąsiedztwo i wylecimy dalej, by wylądować na obcych planetach i księżycach. Jest to jednak olbrzymie wyzwanie pod chyba każdym możliwym względem - technologicznym, logistycznym, czasowym i finansowym. Co nam stoi na przeszkodzie?

Weźmy na przykład hipotetyczną, bezpowrotną misję bezzałogową na Sednę, planetę karłowatą w Obłoku Oorta. Lot na nią (tak by dolecieć w dogodnym czasie, gdy na swojej orbicie będzie znajdować się najbliżej Słońca) przy użyciu dzisiejszych napędów trwałby 30 lat. Gdyby zastosować bezpośredni napęd fuzyjny (Direct Fusion Drive - DFD) podróż mogłaby trwać już tylko 10 lat. Tej technologii nie użyto jednak jeszcze do lotów kosmicznych. Póki co jest ona rozwijana w laboratoriach. Zakłada się jednak, że to właśnie silnik na syntezę jądrową oraz żagle słoneczne pozwolą ludzkim pojazdom przemierzać znaczne odległości w rozsądnym (jak na ludzkie standardy) czasie.

Mówimy tu jednak wciąż o odległościach rzędu np. 76,19 AU (11,4 mld km - tyle dzieli Sednę od Słońca w jej peryhelium). Hipotetyczne podróże poza Obłok Oorta trwałyby o wiele dłużej i mogłyby przekraczać długość życia człowieka. Bez jeszcze lepszego napędu albo hibernacji rodem z science-fiction taka podróż dla ludzi nie miałaby sensu.

Po co mielibyśmy lecieć poza Układ Słoneczny?

Czas i przestrzeń, do jakich przywykliśmy na Ziemi, mają się nijak ogromu wszechświata. Żyjemy kilkadziesiąt, maksymalnie 122 lata, a gdybyśmy wybrali się w podróż dookoła świata po równiku, to przemierzylibyśmy 40 075 km. Zewnętrzna krawędź Obłoku Oorta znajduje się 7,5-30 bilionów kilometrów od Słońca, a to dopiero niecała połowa drogi na następnej najbliższej gwiazdy. Proxima Centauri jest bowiem położona ok. 40,09 bln km od Słońca.

Sam zaś Układ Słoneczny jest zaledwie małym punkcikiem w skali kosmicznej. Gdyby nasza galaktyka Droga Mleczna była wielkości dużego miasta, to Układ Słoneczny byłby wielkości ziarenka piasku. Dla nas jest olbrzymi, ale na mapie galaktyki to drobinka. W samym zaś obserwowalnym wszechświecie jest około 2 bilionów galaktyk, które w dodatku się od siebie oddalają wraz z rozszerzaniem się wszechświata.

Są jednak głosy, że powinniśmy opuścić Ziemię, a nawet Układ Słoneczny, aby zapewnić przetrwanie gatunku ludzkiego. Jako na konieczną drogę wskazywał na to choćby Stephen Hawking. Znamy też scenariusze z filmów science fiction, takich jak Interstellar (2014). Ziemi zagrażać mogą klęski żywiołowe, przeludnienie, brak surowców, pandemie, uderzenia asteroid czy rozbłyski supernowych. W końcu dojdzie do naturalnego wymierania życia na Ziemi z powodu zwiększania się jasności Słońca i temperatury na naszej planecie. Początek końca nastąpi za ok. 1-1,3 miliarda lat.

Z kolei za 5 mld lat Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma i wchłonie Merkurego oraz Wenus - dwie najbliższe planety. Możliwe, że puchnąca gwiazda pochłonie Ziemię, a na pewno wypali jej powierzchnię. W tych warunkach nie przetrwa żadna znana nam forma życia. Za 7-8 mld lat Słońce stanie się białym karłem, który będzie wolno ostygać. Układ Słoneczny już dawno nie będzie nadawał się do życia. Jeśli ludzkość będzie chciała przetrwać, będzie musiała uciekać na inne planety dużo wcześniej.

Gatunki powstają i wymierają od milionów lat. Człowiek rozumny jest tylko jednym z wielu, choć spośród wszystkich Ziemian osiągnął najwięcej. Jako prawdopodobnie jedyny zdolny jest do refleksji nad sensem własnego istnienia, rozszczepienia jądra atomowego, symbolicznego przekazywania wiedzy, stworzenia sztucznej inteligencji i lotu w kosmos. Inteligencja, instynkt samozachowawczy i megalomania "nagiej małpy z neurozą" każą nam walczyć o przetrwanie gatunku w unikalny sposób - poprzez opuszczenie rodzinnego domu i udanie się na obce planety. Nie znamy żadnej innej istoty, która by tego dokonała. Co prawda hipoteza panspermii zakłada, że życie nie powstało na Ziemi, lecz przybyło na nią z obcych planet (niewykluczone, że także zagrożonych zagładą), ale nie ma żadnych dowodów na jej potwierdzenie.

Czy ludziom uda się wydostać z Układu Słonecznego?

Homo sapiens kroczy po Ziemi od około 300 tysięcy lat. Jest niemal pewne, że za miliard lat już nas nie będzie - a przynajmniej nie w takiej formie. Ludzkość może spotkać wyginięcie, ewolucja, modyfikacja poprzez transhumanizm i inżynierię genetyczną, integracja ze sztuczną inteligencją, pozbycie się ciał biologicznych i wirtualizacja albo coś, czego jeszcze nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Możliwe jednak, że do czasu, gdy życie na Ziemi stanie się zagrożone, nasi następcy przetrwają i to oni będą musieli stąd uciekać. Tylko czy w ogóle jest szansa, że ludzie opuszczą kiedyś Układ Słoneczny?

"Oczywiście, że jest, tylko trudno określić, kiedy to się stanie. Wyprawy w odległy kosmos wymagają ogromnego skoku technologicznego. Potrzebowalibyśmy statków z napędem zdolnym przemieszczać się z prędkością przynajmniej kilku procent prędkości światła. Najwyższą prędkość do tej pory uzyskała sonda Parker Solar Probe, rozpędziła się do ok. 635 000 km/h (około 176 km/s), w przyszłości ma nawet przyspieszyć. Prędkość wydaje się ogromna, choć po przeliczeniu okazuje się, że to zaledwie 0,059% prędkości światła. Poza nowym napędem potrzebujemy też statków z dobrą ochroną przeciwko promieniowaniu kosmicznemu oraz posiadających sztuczną grawitację, bo ludzkie ciało potrzebuje grawitacji. Statki musiałyby być również znacznie większe, co wymagałoby budowania ich już na orbicie, a nie na Ziemi. Czyli potrzebowalibyśmy też stoczni orbitalnych i wysokiej robotyzacji zadań. Pozostają też kwestie psychologiczne - jak skonstruować załogę, która ma przed sobą bardzo długą i naprawdę niebezpieczną podróż dosłownie w nieznane. Być może powinny to być statki rodzinne, a nawet pokoleniowe. Oczywiście tych komplikacji jest mnóstwo, ale z drugiej strony jestem przekonana, że gdyby bracia Wright usłyszeli w 1903 roku, gdy odbyli swój pierwszy kilkunastosekundowy lot, że 118 lat później ludzkość zobaczy pierwszy lot nad Marsem, pewnie popukaliby się w czoło. Muszę jednak dodać, że jestem zwolenniczką eksploracji robotycznej. Sondy kosmiczne są relatywnie niedrogie, nie wymagają tlenu, pożywienia, a wysyłając je nie ryzykujemy ludzkiego życia" - powiedziała mi Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.

Zarówno ludzie przyszłości, jak i silna sztuczna inteligencja po osiągnięciu technologicznej osobliwości, będą mogli wynaleźć nowe sposoby ucieczki z Układu Słonecznego i podróży międzygwiezdnych. Przypomnijmy, że ludzie jeździli konno przez tysiąclecia, aż tu nagle w przeciągu wieku pojawiły się samochody, samoloty naddźwiękowe i rakiety kosmiczne.

Jeżeli postęp technologiczny nadal będzie rósł wykładniczo, to mogą w końcu nadejść przełomowe odkrycia, które pozwolą hakować czasoprzestrzeń, podróżować na wielkie odległości czy manipulować materią i energią na niewyobrażalne sposoby. Prawdopodobnie nasze wiedza o kosmosie, fizyce i nas samych to zaledwie promil tego, co da się jeszcze poznać. I pewnie w końcu sekrety naszego uniwersum (albo i multiwersum) zostaną odkryte... o ile wcześniej tych marzeń o podróży do gwiazd nie pogrzebie wirus, plaga, kosmiczna katastrofa albo nasza własna skłonność do autodestrukcji.

 

W kosmosie mogą być miliony planet nadających się do życia. Czy ludzie opuszczą kiedyś Układ Słoneczny i na nie polecą? 123RF/PICSEL

 

Voyager 1 znajduje się już daleko od planet Układu Słonecznego  https://eyes.nasa.gov/apps/solar-system/#/sc_voyager_1NASA

 

Układ Słoneczny i nasza najbliższa okolica w skali logarytmicznej. Trudno wyznaczyć ścisłą granicę  Charles Carter/Keck Institute for Space Studies (2016, domena publiczna)  materiał zewnętrzny

 

Człowiek na Księżycu. Dalej nikt nie doleciał, ale już za parę lat chcą wysłać ludzi na Marsa  Domena publiczna Wikimedia Commons

 

Planety Układu Słonecznego nie przetrwają bez swojej macierzystej gwiazdy 123RF/PICSEL

 

https://geekweek.interia.pl/kosmos/news-czy-ludzie-opuszcza-uklad-sloneczny-mozemy-byc-do-tego-zmusz,nId,22162883

Czy ludzie opuszczą Układ Słoneczny Możemy być do tego zmuszeni.jpg

Czy ludzie opuszczą Układ Słoneczny Możemy być do tego zmuszeni2.jpg

Napisano

Postępy Europy w przygotowaniach do misji ExoMars
2025-07-27. Mateusz Mitkow
Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) poinformowała o kolejnych postępach w przygotowaniach do misji ExoMars. Ważny udział w tym projekcie mają również Polacy.
Aktualizacja przygotowań do misji ExoMars dotyczyła próby, w ramach której przetestowano system spadochronowy, a więc kluczowy element do bezpiecznego lądowania na Czerwonej Planecie. Test zakończył się sukcesem. „Z przyjemnością potwierdzamy, że opracowaliśmy projekt spadochronu, który może działać na Marsie.” - opisano w komunikacie.
Zespół inżynierów z ESA wykorzystał do tego stratosferyczny balon wypełniony helem, aby wynieść atrapę modułu lądującego i wypuścił ją nad kołem podbiegunowym na wysokości prawie 30 km nad Ziemią. Kapsuła zaczęła swobodnie opadać przez około 20 sekund, osiągając niemal prędkość dźwięku. Następnie otworzyły się dwa duże spadochrony, które umożliwiły powrót na Ziemię.
Tego typu próby na dużej wysokości wymagają odpowiedniej logistyki i surowych warunków pogodowych. Dlatego opisywany test został przeprowadzony w Centrum Kosmicznym Esrange należącym do Szwedzkiej Korporacji Kosmicznej w Kirunie, na północy Szwecji.
W komunikacie podkreślono, że połączenie prędkości i niskiej gęstości atmosfery w tym teście było dokładnie takie samo, jak w przypadku warunków, z którymi system spadochronów będzie musiał zmierzyć w trakcie lądowania na Marsie. „Testowanie na Ziemi to sposób na zdobycie pewności i potwierdzenie, że wszystkie elementy działają zgodnie z oczekiwaniami” - wyjaśnił Luca Ferracina, jeden z inżynierów projektu.
Kluczowa technologia
System do misji ExoMars wykorzystuje dwa główne spadochrony. Pierwszy z nich o średnicy 15 m zostanie wykorzystany do wyhamowania przy prędkości od ~21 000 km/h do około 400 km/h. Drugi z nich, o średnicy 35 m, spowolni moduł do bezpiecznej prędkości przed odpaleniem układu napędowego, który wyhamuje na 20 sekund przed zetknięciem z powierzchnią Marsa.
Należy zauważyć, że w trakcie misji spadochron o średnicy 35 m stanie się największą tego typu konstrukcją w historii, jaka kiedykolwiek została wykorzystana na Marsie lub w jakimkolwiek innym miejscu w Układzie Słonecznym poza Ziemią.
Lądowanie na Marsie to moment krytyczny dla całej misji ExoMars. W ciągu zaledwie sześciu minut moduł będzie musiał zwolnić z prędkości 21 000 km/h, aby umożliwić miękkie lądowanie i tym samym nie uszkodzić najważniejszego ładunku, a więc łazika Rosalind Franklin, który będzie eksplorować powierzchnię Marsa.
Polski wkład w misję
Prace w zakresie projektu ExoMars, które zakładają wysłanie pierwszego europejskiego łazika na Marsa, trwają od blisko 15 lat. Początkowo Europejska Agencja Kosmiczna współpracowała w tym zakresie z rosyjską agencją Roskosmos. Atak Rosji na Ukrainę w 2022 r. i tym samym zatrzymanie współpracy pomiędzy agencjami postawiły misję pod znakiem zapytania.
Rosjanie mieli bowiem dostarczyć całą platformę do lądowania łazika oraz zająć się obsługą procesu lądowania. Rolę Rosjan przejęła częściowo firma Airbus, która zobowiązała się zaprojektować i zbudować platformę lądującą wraz z podwoziem i układem napędowym, który zostanie uruchomiony w ostatniej fazie opadania w celu wyhamowania konstrukcji.
Warto jednak zauważyć, że dużą część projektu realizuje polska spółka Astronika, której inżynierowie otrzymali jedno z kluczowych zadań – są odpowiedzialni za budowę systemu, po którym łazik bezpiecznie zjedzie z lądownika na powierzchnię Marsa. System EGRESS składa się z czterech zmechanizowanych ramp, które muszą dokonać precyzyjnego otwarcia i zapewnić łazikowi Rosalind Franklin bezpieczny zjazd i rozpoczęcie eksploracji.
„Nasz system musi być absolutnie niezawodny. Od jego poprawnego działania zależy powodzenie całej misji. Bez nas łazik nie rozpocznie podróży po Czerwonej Planecie.” - opisał Maksymilian Gawin, kierownik projektu. Polscy inżynierowie z firmy Astronika przygotują też wysięgnik anteny komunikacyjnej.
Program ExoMars
Wysłanie łazika na powierzchnię Marsa to kolejny krok w całym projekcie Europejskiej Agencji Kosmicznej. W 2016 r. w stronę Czerwonej Planety wystrzelono sprzęt pierwszej fazy wyprawy - sondę Trace Gas Orbiter (TGO) oraz lądownik Schiaparelli, który jednak uległ zniszczeniu podczas próby lądowania.
Zadaniem TGO jest w głównej mierze poszukiwanie gazów, w tym głównie metanu, w atmosferze Marsa. Sonda wciąż posiada duży zapas paliwa, dzięki czemu jej żywotność zostanie wydłużona na potrzeby misji ExoMars 2028, której start jest na ten moment planowany w 2028 r. Lądowanie na Czerwonej Planecie będzie mogło dzięki temu dojść do skutku w 2030 r.
Zadaniem łazika Rosalind Franklin będzie poszukiwanie śladów życia na Marsie. W tym celu łazik będzie przemierzać Czerwoną Planetę i przy pomocy specjalnego wiertła pobierać próbki powierzchni do analizy (pochodzące z głębokości do 2 metrów).

System spadochronów do misji ExoMars w trakcie testów w Szwecji.
Autor. ESA

Sekwencja działania spadochronów w trakcie misji ExoMars.
Autor. ESA

Airbus dostarczy kluczowe podsystemy do lądownika marsjańskiego w ramach europejskiej misji ExoMars. Wyboru dokonali Thales Alenia Space i Europejska Agencja Kosmiczną.
Autor. Airbus

SPACE24
https://space24.pl/pojazdy-kosmiczne/sondy/postepy-europy-w-przygotowaniach-do-misji-exomars

Postępy Europy w przygotowaniach do misji ExoMars.jpg

Postępy Europy w przygotowaniach do misji ExoMars2.jpg

Napisano

Tajemniczy rozpad: jak pięć masywnych gwiazd opuściło gwiezdny żłobek R136
2025-07-27.
Astronomowie wykorzystali symulacje, aby zrekonstruować, w jaki sposób trzy gwiazdy zostały wyrzucone z gromady gwiazd R136. Analiza wykazała, że w zdarzeniu brało udział pięć gwiazd.
Kiedy formują się gromady gwiazd, nowo narodzone gwiazdy chaotycznie przemieszczają się przez swoje otoczenie. W tej wczesnej fazie bliskie spotkania mogą spowodować, że niektóre gwiazdy wylecą z gromady. Według rekonstrukcji Simona Portegiesa Zwarta i astronomów z Uniwersytetu Amsterdamskiego, spotkanie gwiazdy VFTS 590, gwiazdy podwójnej Mel 39 i kolejnego układu podwójnego Mel 34 spowodowało gwałtowny rozpad całego układu w jednym zdarzeniu. To pierwsza tak szczegółowa rekonstrukcja tego typu wysokoenergetycznego spotkania.
Rekonstrukcja z takim poziomem precyzji długo była uważana za niemożliwą – powiedział Portegies Zwart. Ale daje nam ona unikalny wgląd w serce gromady gwiazd i rodzaj dynamicznych interakcji, które tam zachodzą. Spodziewano się, że taki wyrzut będzie obejmował trzy, może cztery gwiazdy. Fakt, że teraz widzimy dowody na obecność pięciu, jest dużym zaskoczeniem.
Astronomowie zidentyfikowali około 60 tzw. gwiazd uciekających w R136. Są to gwiazdy oddalające się od gromady z dużą prędkością i znacznie masywniejsze niż wcześniej znane gwiazdy uciekające – niektóre mają masę ponad 100 razy większą od Słońca i poruszają się z prędkością ponad 100 km/s. Wcześniejsze badania Stoopa i współpracowników, wykorzystujące dane z misji Gaia, wykazały już, że trzy z tych uciekających gwiazd zostały wyrzucone z jądra R136 mniej więcej w tym samym czasie, około 60 000 lat temu. Jednak mechanizm stojący za tym jednoczesnym wyrzuceniem gwiazd pozostaje niejasny.
Nowe symulacje nie tylko potwierdzają rolę tych trzech gwiazd, ale także identyfikują dwie dodatkowe gwiazdy zaangażowane w to zdarzenie. Obliczenia wskazują na układ podwójny Mel 39, którego dwie gwiazdy mają masy odpowiednio 140 i 80 razy większe od masy Słońca. Symulacje przewidują również, że Mel 39 oddala się od gromady z prędkością 64 km/s i znajduje się w tej samej płaszczyźnie orbitalnej co drugi wyrzucony układ podwójny, Mel 34 – jeden z najcięższych znanych układów podwójnych w pobliskim Wszechświecie. Dzięki tym kosmicznym pracom detektywistycznym, Mel 34 można teraz powiązać z tym samym pięciogwiazdowym układem, dawno temu rozerwanym, który kiedyś istniał w gęstym centrum R136.
Wyniki badań zostały opublikowane w Physical Review Letters.
Opracowanie:
Agnieszka Nowak
Więcej informacji:
•    This is how astronomers found out how three stars were ejected from star cluster R136
•    Origin of the Most Recently Ejected OB Runaway Star from the R136 Cluster
Źródło: Uniwersytet w Lejdzie
Na ilustracji: Schematyczna reprezentacja uciekających gwiazd VFTS 590, gwiazdy podwójnej Mel 39 i gwiazdy podwójnej Mel 34 wyrzuconych w wyniku niemal kolizji z gromady R136 w Mgławicy Tarantula. Źródło: NASA, ESA, P. Crowther/University of Sheffield, Mitchel Stoop
URANIA
https://www.urania.edu.pl/wiadomosci/tajemniczy-rozpad-jak-piec-masywnych-gwiazd-opuscilo-gwiezdny-zlobek-r136

Tajemniczy rozpad jak pięć masywnych gwiazd opuściło gwiezdny żłobek R136.jpg

Napisano

Czy życie naprawdę może być wszędzie? Odkrycie cząsteczek w Orionie
2025-07-27. Julia Król
Wokół protogwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona naukowcy zidentyfikowali ponad tuzin złożonych cząsteczek organicznych, uważanych za pierwotne składniki DNA i RNA. Wyniki badań wskazują, że te związki mogą przeżywać ekstremalne warunki powstawania gwiazd, a nawet być powszechne w kosmosie, podczas gdy wcześniej sądzono, że są niszczone w takich procesach. Otwiera to nowe perspektywy dla poszukiwania śladów życia na innych planetach.
Naukowcy z Instytutu Maxa Plancka twierdzą, że w kosmosie występują złożone cząsteczki organiczne - takie jak glikol etylenowy i glikolonitryl - o wiele powszechniej, niż wcześniej sądzono. Związki te są uważane za prekursory kwasów nukleinowych, z których powstają DNA i RNA.
Rozpowszechnione cząsteczki życia w kosmosie
Zespół podczas nowego badania wykrył ponad tuzin rodzajów złożonych cząsteczek organicznych pływających blisko protogwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona. Sugeruje to, że substancje chemiczne są w stanie przetrwać gwałtowne procesy prowadzące do narodzin gwiazd i mogą występować w dużych ilościach w kosmosie, zamiast czekać na planetę o odpowiednich warunkach do ich powstania.
Nasze odkrycie wskazuje na prostą linię wzbogacenia chemicznego i rosnącej złożoności między obłokami międzygwiazdowymi a w pełni rozwiniętymi układami planetarnymi - powiedział główny autor pracy, Abubakar Fadul, astronom z Instytutu Maxa Plancka.
Badacze dodają: "to sugeruje, że nasiona życia gromadzą się w kosmosie i są szeroko rozpowszechnione".
Dotąd sądzono, że większość cząsteczek organicznych ulega zniszczeniu, kiedy naradza się układ gwiezdny z obłoku międzygwiazdowego. Przejściu zimnej protogwiazdy w młodą gwiazdę otoczoną dyskiem pyłu i gazu towarzyszy gwałtowna faza szoku gazowego, intensywnego promieniowania i szybkiego wyrzutu gazu. Może to zniszczyć większość złożonej chemii zgromadzonej na poprzednich etapach. Teraz jednak mamy nowy pogląd na to, co się dzieje.
Nasze wyniki sugerują, że dyski protoplanetarne dziedziczą złożone cząsteczki z wcześniejszych etapów, a proces ich powstawania może trwać nadal w trakcie rozwoju dysku protoplanetarnego - stwierdził współautor badania, Kamber Schwarz.
Jak to zaobserwowano?
Złożone cząsteczki organiczne są trudne do wykrycia, ponieważ zwykle są uwięzione w odłamkach zwanych lodowymi ziarnami pyłu, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności naukowcy mogli je dostrzec, ponieważ w układzie V883 Orionis gwiazda wciąż emituje w przestrzeń kosmiczną fale promieniowania, podgrzewając odłamki i uwalniając substancje chemiczne. Było to możliwe do zaobserwowania dzięki ogromnemu radioteleskopowi w Chile.
Po raz pierwszy udało się zobaczyć narodziny młodego układu planetarnego
Niedawno astronomowie po raz pierwszy zaobserwowali, jak z wiru gazu i pyłu otaczającego gwiazdę narodził się układ planetarny. Dokonali tego dzięki danym z Teleskopu Jamesa Webba oraz Atacama Large Millimeter/submillimeter Array, doglądających młodą gwiazdę HOPS-315, oddaloną o 1300 lat świetlnych od Ziemi.
Odkrycie to daje naukowcom możliwość zbadania, jak około 4,6 miliarda lat temu powstał nasz macierzysty układ planetarny wokół Słońca.

Nowe dowody na powszechność życia w kosmosie?123RF/PICSEL
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news-czy-zycie-naprawde-moze-byc-wszedzie-odkrycie-czasteczek-w-o,nId,22169216

Czy życie naprawdę może być wszędzie Odkrycie cząsteczek w Orionie.jpg

Napisano

Nowe zagrożenie z kosmosu? Astrofizyk ostrzega przed wrogą
2025-07-27. Julia Król
Astrofizyk Avi Loeb i jego współpracownicy publicznie spekulują, że tajemniczy obiekt 3I/ATLAS może być wysoce zaawansowanym statkiem obcej cywilizacji, który zmierza w stronę Układu Słonecznego. Choć takie teorie nie mają potwierdzenia w badaniach NASA, ich rozgłos rozpala wyobraźnię i podsyca dyskusję o przyszłości ludzkości wobec potencjalnego kontaktu z inteligencją pozaziemską. Naukowcy przewidują, że dokładniejsze obserwacje w październiku rozwieją wątpliwości co do zagrożenia ze strony obiektu.

Czy będzie koniec świata? W piątek 25 lipca astrofizyk Avi Loeb, znany z kontrowersyjnych teorii, zasugerował, że obiekt międzygwiezdny 3I/ATLAS może być wrogim statkiem kosmicznym zmierzającym na kurs kolizyjny z Ziemią.
Niecodzienne zachowanie obiektu sugeruje wrogą cywilizację
Loeb od wielu lat intensywnie interesuje się życiem pozaziemskim, a jego nowa teoria koncentruje się na obiekcie międzygwiezdnym wykrytym po raz pierwszy 1 lipca 2025 roku w odległości 4,5 razy większej niż odległość Ziemi do Słońca.
Według astrofizyka niezwykła trajektoria i jasność obiektu sugerują, że może on wykonywać celowe manewry - a to jest niezgodne z zachowaniem naturalnych asteroid. Loeb wierzy, że to będzie nasze pierwsze spotkanie z wrogą inteligencją pozaziemską. Dlaczego wrogą?
Naukowiec sądzi, że kiedy pod koniec listopada obiekt zbliży się do Słońca, zniknie z pola widzenia Ziemi, dzięki czemu będzie mógł wykonać tajny manewr, pozwalający mu pozostać w Układzie Słonecznym, gdzie może potajemnie przygotować się do ataku.
To nie pierwsza teoria, z którą wychodzi Loeb. Już w 2017 roku spekulował, że 'Oumuamua, małe ciało niebieskie, może być sondą kosmiczną. Swoje rozważania na temat zaawansowanej technologii wykorzystywanej przez pozaziemskie cywilizacje rozwija teraz, obawiając się, co się stanie, kiedy 29 października 2025 roku po raz pierwszy obiekt znajdzie się po przeciwnej stronie Słońca, pojawiając się z powrotem na początku grudnia.
Argumentem Loeba jest m.in. to, że 3I/ATLAS wydaje się anomalnie jasny jak na swój szacowany rozmiar - to pozwala myśleć, że ma odblaskową lub sztuczną powierzchnię. Jego spekulacje podsyca fakt, że obiekt nie ma typowych cech komet, takich jak pióropusz pyłu lub gazu przy prędkości około 60 kilometrów na sekundę.
Biorąc pod uwagę jego tempo lotu, prawdopodobnie przekroczył zewnętrzną granicę Układu Słonecznego około 8000 lat temu. Szacuje się, że ma średnicę od 10 do 20 kilometrów, choć mógłby mieć mniejszy profil, gdyby składał się głównie z odbijającego światło lodu. Jego trajektoria jest hiperboliczna, a więc nie jest związany z grawitacją Słońca - prawdopodobnie przyleciał z przestrzeni międzygwiezdnej i zaraz ją opuści.
Czy jest się czego bać?
Program NASA - NEA (Near-Earth Object Program) - śledzący potencjalne zagrożenia, nie uznał 3I/ATLAS jako niebezpiecznego do lipca 2025 roku, chociaż jego nietypowa trasa wymaga dalszych badań i wzbudza zainteresowanie.
Mimo że nie ma potwierdzenia tej teorii, jeśliby się sprawdziła, konsekwencje mogłoby być poważne - załamałby się łańcuchy dostaw i rynki finansowe, a rządy prawdopodobnie przekierowałyby zasoby na obronę lub monitorowanie kosmosu.
Jeśli hipoteza okaże się słuszna, konsekwencje mogą być potencjalnie tragiczne dla ludzkości i będą wymagać podjęcia środków obronnych (choć te mogą okazać się bezskuteczne) - ostrzegają Adam Hibberd i Adam Crowl, którzy razem z Loebem połączyli siły do stworzenia tej teorii.
Mimo wszystko bardziej realnym założeniem jest, że 3I/ATLAS jest łagodny lub naturalny - moglibyśmy dzięki niemu pogłębić naszą wiedzę o kosmosie. Oczekuje się, że NASA i obserwatoria międzynarodowe będą dostarczać aktualizacje podczas całej trasy obiektu. Jego naturę wyjaśnią obserwacje pod koniec października, ale jak dotąd nie ma wiarygodnego zagrożenia.
Z całą pewnością kometa nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla Ziemi - nie uderzy w naszą planetę. Jej najbliższą odległością od Ziemi będzie około 270 mln kilometrów.

Czy obiekt 3I/ATLAS może być wysoce zaawansowanym statkiem obcej cywilizacji? European Southern Observatory (ESO) domena publiczna

Diagram przedstawiający trajektorię międzygwiezdnej komety 3I/ATLAS podczas jej przelotu przez Układ Słoneczny NASA/JPL-Caltech domena publiczna

https://geekweek.interia.pl/kosmos/news-nowe-zagrozenie-z-kosmosu-astrofizyk-ostrzega-przed-wroga-cy,nId,22169240

Nowe zagrożenie z kosmosu Astrofizyk ostrzega przed wrogą cywilizacją.jpg

Napisano

Zaginione ogniwo ewolucji czarnych dziur? HLX-1 i rozerwana gwiazda
2025-07-27. Radek Kosarzycki
W odległym zakątku wszechświata, na obrzeżach galaktyki NGC 6099, doszło do wyjątkowego zjawiska astronomicznego. Nietypowe źródło promieniowania rentgenowskiego, wykryte już w 2009 roku, ponownie przyciągnęło uwagę naukowców. Za jego emisję odpowiada czarna dziura o masie pośredniej – obiekt niezwykle trudny do wykrycia, a tym bardziej do zbadania. To odkrycie może okazać się kluczem do zrozumienia, jak powstają i ewoluują czarne dziury w całym kosmosie.
Czarne dziury dzielimy na dwie dobrze poznane grupy: stosunkowo niewielkie czarne dziury o masie gwiazdowej, powstające z masywnych gwiazd, oraz gigantyczne, supermasywne czarne dziury, znajdujące się w centrach galaktyk. Pomiędzy nimi teoretycznie istnieje trzecia klasa – czarne dziury o masie pośredniej (IMBH), o masie od kilkuset do 100 000 Słońc. Są one jednak wyjątkowo trudne do wykrycia, ponieważ zwykle nie emitują żadnych sygnałów, które można by łatwo zarejestrować.
Jednym z nielicznych momentów, kiedy taka czarna dziura się ujawnia, jest zjawisko rozerwania pływowego (ang. tidal disruption event, TDE). Dzieje się tak, gdy gwiazda lub obłok gazu zbliży się zbyt bardzo do czarnej dziury. Siły grawitacyjne rozrywają obiekt, a towarzyszy temu intensywny rozbłysk promieniowania rentgenowskiego, widoczny z odległości setek milionów lat świetlnych.
HLX-1 – źródło rentgenowskiej zagadki
Takie właśnie zjawisko zaobserwowano w 2009 roku dzięki teleskopowi Chandra. Około 40 000 lat świetlnych od centrum galaktyki NGC 6099 zarejestrowano ekstremalnie jasne źródło promieniowania rentgenowskiego – HLX-1 (Hyper-Luminous X-ray source 1). Obiekt ten osiągał temperatury rzędu 3 milionów stopni Celsjusza – charakterystyczne dla TDE.
Trzy lata później teleskop XMM-Newton zarejestrował jeszcze jaśniejszy rozbłysk – nawet 100 razy silniejszy niż pierwotny. Do 2023 roku jednak emisja znacznie osłabła. Równolegle, dzięki obserwacjom optycznym z Teleskopu Kanadyjsko-Francusko-Hawajskiego oraz Hubble’a, astronomowie dostrzegli w tym samym miejscu niewielką gromadę gwiazd. To doprowadziło do nowych teorii dotyczących pochodzenia HLX-1.
Samotna czarna dziura pożerająca resztki galaktyki?
Najbardziej prawdopodobna hipoteza zakłada, że HLX-1 to pozostałość po galaktyce karłowatej, która zbliżyła się za bardzo do znacznie większej NGC 6099. Większość jej materii została rozerwana przez siły pływowe, pozostawiając po sobie czarną dziurę i skupisko gwiazd – dawną centralną część tej mniejszej galaktyki. Teraz ten „kosmiczny wrak” dryfuje w halo NGC 6099, od czasu do czasu pożerając pobliskie gwiazdy.
To właśnie jedna z tych gwiazd mogła paść ofiarą TDE obserwowanego w 2009 roku. Jednak naukowcy nie są zgodni co do natury tej interakcji. Według jednej teorii gwiazda przetrwała i porusza się po bardzo wydłużonej orbicie, zbliżając się do czarnej dziury tylko w perycentrum swojej orbity. Wówczas oddaje część swojej masy, generując krótkotrwałe rozbłyski promieniowania rentgenowskiego – tak jak ten z 2012 roku. W 2023 roku jasność była znacznie mniejsza, co może oznaczać, że gwiazda znajdowała się wtedy dalej od czarnej dziury.
Alternatywna interpretacja sugeruje, że gwiazda została rozerwana całkowicie. Jej pozostałości uformowały gorący dysk akrecyjny – wirującą strukturę materii spiralnie opadającej do wnętrza czarnej dziury. To mogło tłumaczyć intensywny rozbłysk z 2012 roku i jego późniejsze osłabienie.
Poszukiwanie zaginionego ogniwa
Wciąż nie wiadomo, która z interpretacji jest trafna. Jak zauważa Roberto Soria z Narodowego Instytutu Astrofizyki we Włoszech, obserwowane zmiany jasności HLX-1 mogą wskazywać zarówno na cykliczne rozbłyski, jak i na jednorazowe, powoli kończące się zjawisko. Dopiero kolejne lata obserwacji przyniosą odpowiedź.
Znaczenie tego przypadku wykracza jednak daleko poza pojedynczy incydent. Jeśli czarne dziury o masie pośredniej, takie jak HLX-1, rzeczywiście istnieją i są powszechniejsze niż dotąd sądzono, mogą one odgrywać kluczową rolę w formowaniu się supermasywnych czarnych dziur poprzez łączenie się podczas zderzeń galaktyk. Brak potwierdzonych przypadków IMBH wciąż jednak utrudnia stworzenie pełnego obrazu ich wpływu na ewolucję wszechświata.
Nadchodzi era nowych odkryć
Obserwacje czarnych dziur o masie pośredniej to wciąż duże wyzwanie. Instrumenty takie jak Chandra, Hubble czy XMM-Newton mają ograniczone pole widzenia, a TDE są nieprzewidywalne. Na szczęście wkrótce sytuacja może się zmienić. Już wkrótce rozpocznie pracę Obserwatorium Very C. Rubin, które w ciągu 10 lat wykona niezwykle szczegółowy przegląd całego nieba. Dzięki szerokiemu polu widzenia i wysokiej czułości powinno z łatwością rejestrować nowe TDE, które następnie będą mogły być badane przez inne teleskopy.
Być może już wkrótce zdołamy uchwycić więcej takich zjawisk, a tym samym zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie: jak powstają najpotężniejsze obiekty we wszechświecie?
https://www.pulskosmosu.pl/2025/07/zaginione-ogniwo-ewolucji-czarnych-dziur-hlx-1-i-rozerwana-gwiazda/

Zaginione ogniwo ewolucji czarnych dziur HLX-1 i rozerwana gwiazda.jpg

Napisano

Czy w 2019 roku zasialiśmy na Księżycu życie?
2025-07-27. Marcin Powęska
To miała być historyczna chwila – pierwszy prywatny lądownik na Księżycu. Ale Bereszit, izraelska sonda z misją naukowo-sentymentalną, rozbiła się tuż przed miękkim lądowaniem. Na pokładzie miała niezwykły ładunek: bibliotekę zawierającą wiedzę ludzkości, próbki DNA i tysiące mikroskopijnych niesporczaków. Dziś wiemy, że chociaż sonda została zniszczona, część jej zawartości może przetrwać miliony lat na powierzchni Księżyca.
Na pierwszy rzut oka był to dysk wielkości płyty DVD. Ale ten nośnik, nazwany “Lunar Library”, to efekt ambitnego projektu Nova Spivacka i jego Arch Mission Foundation, która stawia sobie za cel stworzenie trwałych, międzyplanetarnych kopii zapasowych wiedzy i biologii Ziemi. Na 25 cienkich warstwach niklu zapisano ponad 60 000 mikroskopijnych obrazów stron z książek, podręczników, kluczy językowych oraz całą anglojęzyczną Wikipedię. Zawierała też zakodowane DNA i niespodziankę – zamrożone niesporczaki.
Biblioteka została zabezpieczona żywicą epoksydową, która nie tylko chroniła mikroskopijne warstwy danych, ale – jak później się okazało – mogła uratować cały nośnik przed zniszczeniem podczas katastrofy. Spivack dodał do niej także próbki własnego DNA oraz 24 innych osób o zróżnicowanym pochodzeniu genetycznym, a także fragmenty świętych roślin – m.in. spod drzewa Bodhi.
Niesporczaki na Księżycu? Tak, ale…
11 kwietnia 2019 roku, na kilka sekund przed lądowaniem w Morzu Jasności, izraelska misja straciła kontakt z lądownikiem. Animacja lotu zamarła na ekranie, dane telemetryczne przestały napływać – sonda Bereszit spadła na powierzchnię z prędkością, która nie pozwalała jej przetrwać. Zamiast stać się pierwszym prywatnym obiektem lądującym na Księżycu, rozpadła się na kawałki.
Dla Spivacka była to osobista i zawodowa porażka – jego “backup cywilizacji” znajdował się na pokładzie. Przez pierwsze 24 godziny nikt nie wiedział, czy mikrobiblioteka przetrwała. Dopiero późniejsze analizy sugerowały, że ze względu na materiały (nikiel, żywica) i konstrukcję, biblioteka mogła wyjść z kolizji prawie bez szwanku. A nawet jeśli się rozpadła – jej fragmenty są wystarczająco duże, by odczytać większość danych.
Niesporczaki to mikroskopijne bezkręgowce z grupy pierwoustych, mierzące zwykle od 0,1 do 0,5 mm długości. Zostały po raz pierwszy opisane w XVIII wieku, a obecnie zaliczane są do osobnego typu w królestwie zwierząt. Cechą charakterystyczną ich budowy jest segmentowane, beczułkowate ciało z czterema parami odnóży zakończonych pazurkami, które służą do poruszania się po powierzchniach wodnych, mchach czy porostach. Niesporczaki nie mają układu krwionośnego ani oddechowego, a ich ciało pokrywa kutykula – zewnętrzna warstwa ochronna, którą okresowo zrzucają w procesie linienia.
Niesporczaki wykształciły unikalną zdolność do kryptobiozy – stanu głębokiego uśpienia metabolicznego, który pozwala im przetrwać w najbardziej ekstremalnych warunkach środowiskowych. W tym stanie mogą przetrwać ekstremalne warunki z ciśnieniem większym niż na dnie Rowu Mariańskiego, temperaturą od bliskich zera absolutnego po ponad 150 oC, promieniowaniem jonizującym wielokrotnie przekraczającym dawki śmiertelne dla człowieka oraz próżnię kosmiczną. Wysoka odporność niesporczaków wynika m.in. z obecności unikalnych białek, takich jak Dsup, które chronią ich DNA przed uszkodzeniami spowodowanymi promieniowaniem czy odwodnieniem. Dzięki temu niesporczaki są nie tylko modelowym organizmem w badaniach nad ekstremofiliami, ale i symbolem życia zdolnego przetrwać poza Ziemią.
Na pokładzie Bereszit znajdowało się kilka tysięcy niesporczaków – zamrożonych i przyklejonych do taśmy izolacyjnej przy samej bibliotece. Spivack dodał je w ostatniej chwili. Nie były w stanie się poruszać ani rozmnażać, ale potencjalnie mogłyby zostać przywrócone do życia… gdyby na Księżycu było trochę wody i odpowiednia temperatura. Czy to możliwe? Nie – przynajmniej dziś. Księżyc jest suchy, skrajnie zimny i całkowicie nieprzyjazny życiu.
Backup ludzkości w obliczu zagłady
Wizja Spivacka jest jasna: Ziemia nie jest wieczna. Asteroidy, wojny nuklearne, zmiany klimatu – to wszystko zagraża naszemu przetrwaniu. Dlatego Arch Mission Foundation chce budować biblioteki nie tylko na Księżycu, ale też na Marsie, orbicie okołoziemskiej i w przestrzeni międzygwiezdnej. Pierwsza została już wysłana w 2018 roku – to słynna biblioteka ukryta w schowku Tesli Elona Muska, krążąca dziś po orbicie Słońca przez najbliższe 30 milionów lat. Zawiera m.in. trylogię “Fundacji” Isaaca Asimova, zapisaną techniką 5D na szklanym dysku kwarcowym.
Ale cyfrowa pamięć jest zawodna – formaty się zmieniają, nośniki się starzeją. Dlatego Spivack stawia na technologie analogowe, jak mikrodruk w niklu czy syntetyczne DNA, które może przechowywać setki terabajtów danych w jednej kropli.
Zderzenie Bereszit nie zniechęciło Spivacka. Arch Mission planuje kolejne misje z udziałem firmy Astrobotic. W kolejnych kapsułach mają znaleźć się próbki DNA setek ludzi z całego świata oraz gatunków zagrożonych wyginięciem. Dzięki kampaniom crowdfundingowym, każdy będzie mógł przekazać własne DNA lub dane. Celem jest stworzenie nie tylko księżycowej biblioteki, ale również genetycznej Arki Noego.
https://www.focus.pl/artykul/garmin-forerunner-970-570-czy-warto-cena

Czy w 2019 roku zasialiśmy na Księżycu życie.jpg

Napisano

Wielki Atraktor, czyli kosmiczny magnes, który przyciąga naszą galaktykę
2025-07-27. Radek Kosarzycki
Astronomowie natrafili na coś niezwykłego w głębokiej przestrzeni kosmicznej. Obserwując ruch ponad 400 galaktyk eliptycznych, badacze wykryli potężną, niewidzialną strukturę przyciągającą całe gromady galaktyk, w tym naszą Drogę Mleczną. Ten kosmiczny olbrzym, znany jako Wielki Atraktor, ukrywa się w tzw. “strefie unikania” – rejonie nieba przesłoniętym przez płaszczyznę naszej galaktyki i kosmiczny pył. To właśnie one przez dziesięciolecia uniemożliwiały jego dokładne zbadanie.
Wielki Atraktor to obiekt o kolosalnej masie, którego grawitacja wpływa na ruch setek pobliskich galaktyk. Jego istnienie należy do najbardziej intrygujących zagadek współczesnej astronomii.
To, czego nie widzimy, przyciąga nas z ogromną siłą. Jesteśmy ciągnięci w kierunku czegoś gigantycznego — Fragment raportu badawczego z 2014 roku
Znajduje się on właśnie w “Strefie Unikania”, obszarze nieba zasłoniętym przez płaszczyznę Drogi Mlecznej i znajdujący się w niej kosmiczny pył. Jak opisuje IFLScience, “astronomowie badający 400 galaktyk eliptycznych zauważyli, że poruszają się one w kierunku czegoś, czego nie możemy zobaczyć”.
Obserwacje z teleskopu Hubble’a częściowo przebiły się przez tę kosmiczną zasłonę. NASA przyznaje jednak, że “obserwowanie Wielkiego Atraktora jest trudne w zakresie światła widzialnego.
Laniakea – nasz galaktyczny adres
Przełom nastąpił dopiero w 2014 roku, gdy zespół badawczy ogłosił, że nasza galaktyka, dotąd znana jako część Supergromady w Pannie, należy do znacznie większej struktury nazwanej Supergromadą Laniakea.
Region ten zasługuje na nazwę. W języku hawajskim ‘lani’ oznacza ‘niebo’, a ‘akea’ – ‘przestronne, niezmierzone’. Proponujemy, aby nazwać nasz dom Supergromadą Laniakea — Zespół badawczy z 2014 roku
Nazwa “Laniakea” doskonale oddaje skalę tej struktury. Forbes wskazuje, że “Laniakea reprezentuje zbiór ponad 100 000 galaktyk rozciągających się na przestrzeni ponad 100 milionów lat świetlnych”.
Wielki Atraktor stanowi grawitacyjne centrum Laniakei. Badania sugerują, że jest nim najpewniej gromada galaktyk Norma (Abell 3627), położona około 220 milionów lat świetlnych od nas. Jak wyjaśnia NASA, “gromada Norma jest najbliższą masywną gromadą galaktyk w stosunku do Drogi Mlecznej”.
Kosmiczna sieć w wielkiej skali
Odkrycia te pozwoliły lepiej zrozumieć wielkoskalową strukturę wszechświata. Galaktyki nie są rozrzucone przypadkowo, lecz tworzą skomplikowane układy, które na dodatek się łączą z innymi równie gigantycznymi strukturami.
Supergromady zwykle składają się z łańcuchów kilkunastu gromad galaktyk, gdzie każda ma masę rzędu 10^13 do 10^14 mas Słońca. Portal Imagine the Universe podaje, że “największe supergromady mogą rozciągać się na przestrzeni kilkuset milionów lat świetlnych”.
Co zaskakujące, aż 90 proc. galaktyk we wszechświecie znajduje się w supergromadach. Laniakea sąsiaduje z innymi strukturami tego typu, jak supergromada w Perseuszu-Rybach, która zdaniem badaczy “tworzy długą, gęstą ścianę rozciągającą się na niemal 300 milionów lat świetlnych”.
W jeszcze większej skali supergromady tworzą filamenty, arkusze i ściany, oddzielone ogromnymi pustkami kosmicznymi. Ta kosmiczna sieć stanowi najrozleglejsze znane struktury we wszechświecie.
Nietrwałość kosmicznych olbrzymów
Choć rozmiary Laniakei imponują, jej przyszłość rysuje się w ciemniejszych barwach. Ethan Siegel z Forbesa tłumaczy, że “około 6 miliardów lat temu ciemna energia stała się dominującym czynnikiem w ewolucji wszechświata, a poszczególne komponenty Supergromady Laniakea już przyspieszają, oddalając się od siebie”.
Ekspansja wszechświata, napędzana przez tajemniczą ciemną energię, ostatecznie rozerwie nawet tak potężne struktury jak supergromady. Żaden element Laniakei nie jest trwale związany grawitacyjnie z pozostałymi.
Każdy komponent Laniakei, włączając w to wszystkie niezależne grupy i gromady wspomniane w tym artykule, nie jest grawitacyjnie związany z żadnym innym — Ethan Siegel, astrofizyk
Forbes przewiduje, że “za kilka miliardów lat poszczególne komponenty supergromady zostaną rozerwane przez ekspansję wszechświata, na zawsze dryfując jako samotne wyspy w wielkim kosmicznym oceanie”. To dość pesymistyczna perspektywa, choć na nasze ludzkie skale czasowe – całkowicie abstrakcyjna.
Granice naszej wiedzy
Badania Wielkiego Atraktora i podobnych struktur napotykają poważne trudności. Jednym z kluczowych problemów jest precyzyjny pomiar odległości w kosmosie.
Do obliczeń odległości do dalekich obiektów astronomowie używają zjawiska przesunięcia ku czerwieni. Jednak, jak zauważają naukowcy z Imagine the Universe, “stała Hubble’a jest niepewna (z czynnikiem około 2), co sprawia, że pomiary odległości są podobnie niepewne”.
Kolejnym wyzwaniem pozostaje obserwacja obiektów w Strefie Unikania. Płaszczyzna Drogi Mlecznej, pełna gwiazd i pyłu, skutecznie zasłania znaczną część nieba. NASA przyznaje, że “region za centrum Drogi Mlecznej, gdzie pył jest najgęstszy, pozostaje niemal całkowitą zagadką dla astronomów”.
Mimo tych ograniczeń naukowcy nieustannie udoskonalają metody obserwacji. Dzięki temu nasza mapa kosmicznego sąsiedztwa staje się coraz dokładniejsza, choć wciąż pełna białych plam.
Kosmiczna lekcja pokory
Odkrycie Wielkiego Atraktora i Supergromady Laniakea to ważny krok w zrozumieniu struktury wszechświata. Pokazuje, jak niewiele wciąż wiemy o kosmicznej sieci, w której jesteśmy zaledwie pyłkiem. Jednocześnie przypomina, że nawet tak monumentalne struktury są tylko przejściowymi elementami w dynamicznie ewoluującym kosmosie. Możemy być dumni z naszej rosnącej wiedzy, ale warto zachować naukowy sceptycyzm – każde odkrycie odsłania nowe, jeszcze głębsze tajemnice.
https://www.focus.pl/artykul/chiny-obserwacja-tarcie-grafenu-przelom

Wielki Atraktor, czyli kosmiczny magnes, który przyciąga naszą galaktykę.jpg

Napisano

Planeta w spiralnej pułapce: astronomowie śledzą jej powolny koniec
2025-07-28. Radek Kosarzycki
Wszechświat skrywa wiele dramatycznych historii, ale rzadko mamy okazję obserwować jedną z nich niemal na żywo. Astronomowie po raz pierwszy z taką precyzją zarejestrowali planetę, która stopniowo zbliża się do swojej gwiazdy, nieuchronnie zmierzając ku zagładzie. TOI-2109b, gazowy olbrzym znany jako „gorący Jowisz”, znalazła się w centrum niezwykłych badań, które rzucają nowe światło na procesy prowadzące do rozpadu orbit planetarnych.
TOI-2109b krąży wokół swojej gwiazdy z zawrotną prędkością – pełne okrążenie zajmuje jej zaledwie 16 godzin. To jeden z najkrótszych znanych okresów orbitalnych dla tak masywnej planety. Znajduje się ona około 870 lat świetlnych od Ziemi w gwiazdozbiorze Herkulesa i jest prawie pięć razy masywniejsza od Jowisza oraz dwukrotnie większa od niego pod względem średnicy. Jej orbita przebiega znacznie bliżej gwiazdy niż orbita Merkurego wokół Słońca, co sprawia, że jest wyjątkowo narażona na ekstremalne temperatury i potężne oddziaływania grawitacyjne.
To właśnie te warunki sprawiły, że TOI-2109b stała się idealnym obiektem do badania teoretyzowanego od dawna, lecz rzadko obserwowanego zjawiska — rozpadu orbity planetarnej. Międzynarodowy zespół badaczy, kierowany przez naukowców z australijskiego Uniwersytetu Macquarie, wykorzystał dane z satelitów TESS (NASA) i CHEOPS (ESA), a także z licznych teleskopów naziemnych, by monitorować ewolucję orbity planety w latach 2010–2024.
Analiza zgromadzonych danych wykazała, że orbita TOI-2109b stopniowo się kurczy. Symulacje sugerują, że w ciągu najbliższych trzech lat okres orbitalny skróci się o co najmniej 10 sekund — to wystarczający dowód na to, że planeta powoli spada w stronę swojej gwiazdy. Badania opublikowane 15 lipca w The Astrophysical Journal prezentują trzy możliwe scenariusze, które mogą rozegrać się w najbliższej przyszłości.
W najbardziej dramatycznym wariancie planeta przekroczy tzw. granicę Roche’a, czyli punkt, w którym siły pływowe gwiazdy są tak silne, że dosłownie rozrywają planetę. W innym scenariuszu proces rozpadu orbity przyspieszy i doprowadzi do bezpośredniego zderzenia TOI-2109b z gwiazdą, co spowoduje jasny, gwałtowny błysk — zjawisko podobne do tego, jakie zaobserwowano w 2020 roku, gdy mniejsza planeta została pochłonięta przez swoją gwiazdę.
Trzecia możliwość, mniej spektakularna, ale równie interesująca naukowo, zakłada, że intensywne promieniowanie gwiazdy będzie stopniowo zdzierać atmosferę gazowego olbrzyma w procesie fotoparowania. Z czasem może to doprowadzić do odsłonięcia gęstego, skalistego jądra planety. Jeśli tak się stanie, TOI-2109b może dostarczyć cennych wskazówek na temat pochodzenia niektórych skalistych egzoplanet, które mogły być kiedyś masywnymi gazowymi gigantami.
TOI-2109b staje się jednym z kluczowych obiektów dla badań nad ewolucją układów planetarnych. Obserwacja jej powolnej śmierci to nie tylko fascynujące widowisko astronomiczne, ale również okazja do zrozumienia, jak kończą się losy planet oraz jakie procesy kształtują architekturę planetarną w naszej galaktyce.
https://www.pulskosmosu.pl/2025/07/planeta-w-spiralnej-pulapce-toi-2109-b/

Planeta w spiralnej pułapce astronomowie śledzą jej powolny koniec.jpg

Napisano

Radiowa zagadka z głębi galaktyki – nietypowy biały karzeł odkryty przez LOFAR
2025-07-28. Radek Kosarzycki
Astronomia wciąż zaskakuje nas obiektami, które nie pasują do dobrze znanych schematów. Najnowsze odkrycie europejskich naukowców rzuca nowe światło na pozornie „martwe” gwiazdy i sugeruje, że niektóre z nich mogą zachowywać się znacznie bardziej dynamicznie, niż dotąd przypuszczano. Mowa o białym karle, który zamiast spokojnie stygnąć po śmierci gwiazdy macierzystej, wysyła w przestrzeń kosmiczną rytmiczne impulsy radiowe, zupełnie jak pulsar.
Obiekt nazwany ILT J163430+445010 (w skrócie J1634+44) został zidentyfikowany przez astronomów za pomocą radioteleskopu LOFAR (Low Frequency Array) w Holandii. Znajduje się on w odległości ponad 3500 lat świetlnych od Ziemi i wyróżnia się nietypowym zachowaniem – generuje silne, powtarzalne impulsy fal radiowych, co jak dotąd praktycznie nie zdarzało się w przypadku białych karłów.
Obserwacje wykazały, że gwiazda co około 14 minut emituje podwójne błyski fal radiowych, po czym na kilka obrotów całkowicie milknie. Jeszcze bardziej niezwykła jest struktura tych sygnałów – polaryzacja fal radiowych gwałtownie się zmienia, przechodząc z liniowej w kołową i odwrotnie. Tego typu zjawisko nigdy wcześniej nie było rejestrowane w przypadku białych karłów, co sugeruje istnienie nowego mechanizmu emisji, który wciąż pozostaje tajemnicą.
J1634+44 jest także niezwykle gorący – jego temperatura powierzchni waha się od 15 000 do aż 33 000 stopni Celsjusza, czyli znacznie więcej niż temperatura fotosfery Słońca. Jednak to nie sama temperatura zwróciła uwagę badaczy, lecz fakt, że gwiazda ta w ogóle emituje fale radiowe. Dotychczas takie emisje były kojarzone głównie z bardziej egzotycznymi obiektami, jak pulsary czy magnetary, a nie z „wygasłymi” białymi karłami.
Naukowcy podejrzewają, że nietypowe zachowanie białego karła może być wynikiem oddziaływań z towarzyszem – innym białym karłem lub brązowym karłem, czyli obiektem zbyt małym, by zaszły w nim reakcje syntezy jądrowej. Grawitacyjne lub magnetyczne interakcje w takim układzie podwójnym mogłyby tłumaczyć obserwowaną emisję fal radiowych. Potrzebne są jednak dalsze obserwacje, by potwierdzić tę hipotezę.
J1634+44 zalicza się do niezwykle rzadkiej klasy obiektów zwanych LPT (ang. long-period transients) – czyli przejściowych źródeł radiowych o długich okresach. Do tej pory udało się zidentyfikować zaledwie dziesięć takich obiektów. W odróżnieniu od klasycznych pulsarów, które obracają się bardzo szybko i emitują sygnały z regularnością zegarka, LPT są znacznie wolniejsze i wykazują bardziej nieregularne wzorce.
Nowy biały karzeł-radiolatarnia został zarejestrowany podczas czteroletniego monitoringu nieba przez LOFAR. W tym czasie astronomowie odnotowali 19 impulsów radiowych, przy czym niektóre z nich były setki razy silniejsze od najsłabszych sygnałów wykrywalnych przez teleskop.
To odkrycie może oznaczać, że takich obiektów jest znacznie więcej – ukrytych gdzieś w galaktyce, czekających na odpowiednie narzędzia i metody detekcji. W miarę jak technologia obserwacyjna się rozwija, rośnie szansa na identyfikację kolejnych tajemniczych białych karłów, które – wbrew naszej dotychczasowej wiedzy – wcale nie muszą być tak martwe, jak się wydaje.
https://www.pulskosmosu.pl/2025/07/lofar-nietypowy-bialy-karzel/

Radiowa zagadka z głębi galaktyki – nietypowy biały karzeł odkryty przez LOFAR.jpg

Napisano

Przygotowania do misji Artemis II
2025-07-28. Krzysztof Kanawka
NASA prowadzi prace nad sprzętem do pierwszej misji załogowej programu Artemis.
Na początku przyszłego roku powinno dojść do misji Artemis II – pierwszej załogowej wyprawy programu Artemis i jednocześnie pierwszego lotu załogowego od lat 70. XX wieku w kierunku Księżyca.
Kiedy człowiek powróci na Księżyc? W marcu 2019 roku administracja Białego Domu nakreśliła nowy cel dla NASA: powrót człowieka na Księżyc przed końcem 2024 roku. Program został nazwany Artemis. Wcześniej miało dojść do testu rakiety SLS, budowy lądowników księżycowych oraz nowych skafandrów, zdolnych do pracy na powierzchni Srebrnego Globu.
Oczywiście, bardzo ambitny program szybko napotkał na szereg opóźnień. Misja Artemis I (bezzałogowa) została wykonana dopiero w listopadzie/grudniu 2022. Do końca 2024 roku nie doszło do pierwszej misji załogowej w ramach programu Artemis (oznaczenie tego lotu to Artemis II). Wówczas też NASA poinformowała, że opóźnia misję Artemis II do kwietnia 2026.
Warto tu dodać, że trzeciego kwietnia 2023 NASA poinformowała o wyborze załogi misji Artemis II. Skład tej misji jest następujący:
•    Christina Koch (NASA)
•    Jeremy Hansen (CSA)
•    Victor Glover (NASA)
•    Reid Wiseman (NASA) – dowódca misji
SLS, Orion, jeden wyjazd na wyrzutnię
W 2025 roku trwają przygotowania sprzętu do misji Artemis II. Poniższe nagranie (z marca 2025) prezentuje proces składania rakiet pobocznych dla rakiety SLS.
Pod koniec maja 2025 NASA poinformowała, że po złożeniu rakiety SLS oraz instalacji pojazdu MPCV Orion, ale jeszcze przed wyjazdem na wyrzutnię LC-39B, przeprowadzonych zostanie dziesięć “zintegrowanych” testów całego sprzętu. Testy zostaną wykonane w hali VAB, gdzie postępują prace nad sprzętem do misji Artemis II. Te testy, zaprezentowane na grafice poniżej, będa dotyczyć m.in. systemów komunikacji, interfejsów czy funkcjonowania górnego stopnia rakiety SLS. Można założyć, że NASA chce wykonać możliwie najwięcej testów i wykryć możliwie najwięcej potrzebnych poprawek, zanim dojdzie do wyjazdu na LC-39B.
Pod koniec lipca 2025 pojawiły się kolejne ciekawe informacje. Z nieoficjalnych źródeł wynika, że NASA zamierza wykonać wszystkie testy oraz przeprowadzić start misji Artemis II w jednym wyjeździe rakiety SLS na wyrzutnię LC-39B. Te testy to m.in. tankowanie paliwa, które w przypadku przygotowań do misji Artemis I przyniosły sporo problemów. Tym razem wydaje się, że NASA może być pewna, że większość problemów podczas tankowania rakiety SLS rozwiązano.
Co więcej, pojawiają się doniesienia, że można się spodziewać wyjazdu rakiety SLS na LC-39B jeszcze w tym roku. Z kolei data startu (kwiecień 2026) jak na razie wydaje się być osiągalna – możliwy jest nawet wcześniejszy start misji Artemis II.
•    Misja Artemis I jest komentowana w wątku na Polskim Forum Astronautycznym.
•    Misja Artemis II jest komentowana w wątku na Polskim Forum Astronautycznym.
•    Misja Artemis III jest komentowana w wątku na Polskim Forum Astronautycznym.
(PFA, X)
3 kwietnia 2023 – ogłoszenie załogi misji Artemis II / Credits – NASA

Artemis II Booster Stacking Complete ☑ FULL COMPILATION
https://www.youtube.com/watch?v=oSVsDmdruq4

https://kosmonauta.net/2025/07/przygotowania-do-misji-artemis-ii/

Przygotowania do misji Artemis II.jpg

Przygotowania do misji Artemis II.2.jpg

Napisano

Wspólny projekt USA i Indii, czyli nowy potężny satelita NISAR w gotowości
2025-07-28. Piotr
Wystrzelenie satelity NISAR, ogłoszone zostało przez prezydenta Trumpa i premiera Modiego podczas ich wizyty w Waszyngtonie w lutym jako kluczowy element pionierskiego roku dla cywilnej współpracy kosmicznej między USA a Indiami. Projekt ma przyczynić się do rozwoju współpracy między USA a Indiami i przynieść korzyści Stanom Zjednoczonym w obszarach reagowania na katastrofy m.in. w rolnictwie.
Nowy amerykańsko-indyjski satelita NISAR (radar z syntetyczną aperturą NASA-ISRO) dostarczy dane w wysokiej rozdzielczości, umożliwiając naukowcom kompleksowe monitorowanie powierzchni lądów i lodu na Ziemi z dokładnością dotąd nieosiągalną.

Jest to pierwsza wspólna misja satelitarna NASA i Indyjskiej Organizacji Badań Kosmicznych (ISRO). Tym samym NISAR otwiera nowy rozdział w rozwijającej się współpracy obu agencji kosmicznych. Przygotowany przez lata start NISAR-a opiera się na bogatym dziedzictwie udanych programów, takich jak Chandrayaan-1 i niedawnej misji Axiom 4, podczas której astronauci ISRO i NASA po raz pierwszy zamieszkali i pracowali razem na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Informacje dostarczane przez NISAR pomogą monitorować pola uprawne, lepiej rozumieć zagrożenia naturalne, takie jak osuwiska i trzęsienia ziemi, a także pomóc zespołom w przygotowaniu się i reagowaniu na katastrofy, takie jak huragany, powodzie i erupcje wulkanów. Satelita zapewni również kluczowe globalne obserwacje zmian w pokrywie lodowej, lodowcach i wiecznej zmarzlinie, a także w lasach i na terenach podmokłych.

Są to więc zagadnienia niezwykle istotne dla ludzkości, biorąc pod uwagę rosnącą częstotliwości katastrof nawiedzających Ziemię.

Start misji NISAR zaplanowano nie wcześniej niż 30 lipca z ośrodka kosmicznego Satish Dhawan na południowo-wschodnim wybrzeżu Indii. Satelita wyniesiony zostanie na pokładzie statku kosmicznego ISRO Geosynchronous Satellite Launch Vehicle.
Źródło: nasa.gov

Wizja artystyczna przedstawia satelitę NISAR na orbicie
fot. NASA/JPL-Caltech
Wizja artystyczna przedstawia satelitę NISAR na orbicie
fot. NASA/JPL-Caltech

https://www.astronomia24.com/news.php?readmore=1499

Wspólny projekt USA i Indii, czyli nowy potężny satelita NISAR w gotowości.jpg

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.