Skocz do zawartości

Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów 'm8 sketch' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj za pomocą nazwy autora

Typ zawartości


Forum

  • Obserwujemy Wszechświat
    • Astronomia dla początkujących
    • Co obserwujemy?
    • Czym obserwujemy?
  • Utrwalamy Wszechświat
    • Astrofotografia
    • Astroszkice
  • Zaplecze sprzętowe
    • ATM
    • Sprzęt do foto
    • Testy i recenzje
    • Moje domowe obserwatorium
  • Astronomia teoretyczna i badanie kosmosu
    • Astronomia ogólna
    • Astriculus
    • Astronautyka
  • Astrospołeczność
    • Konkursy FA
    • Sprawy techniczne F.A.
    • Zloty astromiłośnicze
    • Astro-giełda
    • Serwisy i media partnerskie

Znajdź wyniki...

Znajdź wyniki które...


Data utworzenia

  • Rozpoczęcie

    Zakończenie


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpoczęcie

    Zakończenie


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Rozpoczęcie

    Zakończenie


Grupa podstawowa


MSN


Website URL


ICQ


Yahoo


Jabber


Skype


Zamieszkały


Interests


Miejsce zamieszkania

Znaleziono 1 wynik

  1. (Uprzedzam, że relacja jest długa, dlatego umieszczam ją również w pdfie, jeśli ktoś woli taki format niebo chorwackie.pdf ) Kiedy przychodzi napisać relację, chyba zawsze najtrudniej jest zacząć. Przed takim właśnie problemem stanęłam pewnego wieczoru, kiedy to niebo nad chorwackim wybrzeżem przyodziało się cienkimi chmurkami, a powietrze gwałtownie poruszane wiatrem spływającym znad Gór Dynarskich stało się o wiele bardziej nieprzezroczyste w porównaniu z wcześniejszymi nocami. W prawdzie zamysł na formułę tego opisu pojawił się w mojej głowie niemal od razu po pierwszym zatopieniu się w tutejsze niebo, jednak teraz siedząc na balkonie i patrząc na przebijające się przez mętną atmosferę gwiazdy z trudem próbowałam sklecić jakoś słowa w początek tego mojego zachwytu, który napawa mnie na myśl o tym, co już widziałam i co jeszcze zobaczę. (...) I Dalej niż zawsze. (18)19/20.08.2019 Już w drodze do Chorwacji, gdzieś na terenach Węgier, zaczęłam zwracać uwagę na odrobinę wyższe położenie Strzelca i Skorpiona. Przez lorneteczkę BGSZ namierzyłam M 8, widziałam też słup księżycowy oraz księżyc poboczny, raz ukradkiem mignął mi meteor, a nad ranem ukazały mi się Plejady z Orionem. (…) Siedzę właśnie na balkonie, jest punkt 20:30. Jest jeszcze całkiem jasno, Słońce schowało się dopiero na niecałe 8° poniżej widnokręgu, jednak pierwsze światła już zaczęły uwidaczniać się na ciemniejącym niebie. Przede mną, na wysokość niemal 24°, wznosi się majestatycznie Jowisz, niedaleko pomarańczowym blaskiem zaczyna jaśnieć Antares, jakoś dziwnie daleko od linii widnokręgu. Saturn osiąga właśnie dwudziesty pierwszy stopień elewacji. Wow! W oczekiwaniu na noc astronomiczną kieruję dużą lornetę ku planetom. Jowisz, jako niezwykle wyraźna i ostra kulka w akompaniamencie swoich księżyców prezentuje dwa pasy, które dostrzegam bez problemu. Saturn. O ja cię! Jeszcze nie widziałam, żeby pierścienie z takim zdecydowaniem wyróżniały się od samej planety. Podobnie jak przy poprzedniku urzeka mnie ostrość widzianego obrazu. Na lewo i poniżej zauważam Tytana, a niżej jakąś gwiazdkę, jak się potem okazało, tylko gwiazdkę, a nie kolejny z księżyców gazowego olbrzyma. Nie jest jeszcze zupełnie ciemno, ale coraz to nowsze słońca pojawiające się na niebie sprawiają, że nie mogę dłużej wytrzymać. Najpierw przez BGSZ przeczesuję Strzelca i Skorpiona, zwłaszcza upewniam się, że w przypadku tego drugiego widzę cały odwłok ponad horyzontem. Oooo! Biorę laser i siedzącym obok rodzicom pokazuję kontury gwiazdozbioru objaśniając, których jego części z Polski nie uświadczymy przez najbliższe kilka tysięcy lat. Chwytam APM i na granatowym jeszcze niebie odnajduję piękną parkę µ1 i µ2 Sco, a następnie zjeżdżam do trójki ζ1, ζ2, ζ3 Sco, by powyżej ujrzeć klaster kształtem kojarzący mi się z M 29, a noszący oznaczenie NGC 6231 („Baby Scorpion”). Wędrując dalej w dół mijam jakieś gwiazdki tuż przy horyzoncie, niektóre z nich chyba nawet należą do Węgielnicy! Nagle zawracam w górę. W pole widzenia, wyraźnie jak chyba nigdy w Polsce, wpada mi M 4. Robi się już niemal całkiem ciemno. Mama rzuca z boku, że chce coś zobaczyć. -Spoko. Odnajduję M 7, by za chwilę jej ją pokazać. Wooooo! Ale wielka! Nie wiem czy kiedykolwiek w ogóle widziałam tę gromadę na żywo, chyba nie i na pewno nie spodziewałam się, że jest taka duża! Wypełnia całe pole widzenia, taaki ogrom gwiazd! Wyżej – M 6, Gromada Motyl, którą jako słabiznę wyłapałam kiedyś koło domu niemal szorującą po wierzchołkach gór, tutaj w końcu wygląda tak, jak się nazywa! Jej kształt (dokładnie zapamiętany ze zdjęcia z książki „Astronomia. Przewodnik po Wszechświecie.”, która prowadziła mnie na początku obserwacyjnych przygód dziesięć lat temu) przywołał te wszystkie marzenia małej Oli, która chciała zobaczyć takiego pięknego kosmicznego motyla na własne oczy. A teraz właśnie to wszystko się spełniło. Chcąc pokazać mamie Lagunę udaję się w kierunku Strzelca, a po drodze zahaczam o M 22… a właściwie to ona zahacza o mnie! Bo jak tu nie zwrócić uwagi na duże, jasne, kuliste coś, co przelatuje przez pole widzenia? No nie da się, w takich sytuacjach człowiek zaraz reflektuje się, że coś przegapił i zawraca. I ja też zawróciłam, by zawiesić oko na rozłożystej gromadzie kulistej dumnie rozświetlającej ramię łucznika. Odwiedziłam jeszcze M 28, by po wszystkim zaprezentować mamie Messier 8, który, jako moja ulubiona mgławica dyfuzyjna tego gwiazdozbioru, wywołał u mnie kolejny już dzisiaj okrzyk brzmiący mniej więcej „OoooooOOOooo!”. Jeszcze nigdy nie ukazała mi się tak pięknie jak dzisiaj, mimo że miałam okazję widzieć ją na ciemniejszym niebie. No właśnie. Jakie tu w ogóle są warunki? Teraz mogę określić, bo oto zrobiło się zupełnie ciemno. Zaczynam dostrzegać zarysy Drogi Mlecznej. Zaraz, zarysy? Ona na pierwszy rzut oka po oderwaniu tegoż od okularu wygląda lepiej niż na moim przydomowym niebie. Jest bardzo wyraźna, jej centrum jawi się niczym rozświetlony obłok, kolejne delikatniejsze rozrastają się wzdłuż dysku naszej Galaktyki. Czuję się przytłoczona ogromem tego wszystkiego, w głowie mam milion myśli na raz. Gdzie skierować wzrok? Gołym okiem czy przez którąś z lornetek? Jak ja się zdecyduję na jakieś obiekty? No przecież tego jest za dużo! Ogarniające mnie uczucie było jakoś dziwnie odmienne od przytłoczenia przez po prostu ciemne niebo, jak w Zatomiu czy w Bieszczadach. Tego przytłoczenia nie wywoływało małe zaświetlenie, lecz fakt, że pierwszy raz w życiu widzę te rejony sfery niebieskiej! Przecież tutaj Skorpion jest CAŁY ponad horyzontem! I Strzelec! Nad horyzont wznosi się część Centaura i gwiazdy należące do Węgielnicy! A w obrębie tego wszystkiego skrywa się mnóstwo obiektów, których jeszcze nigdy nie widziałam, i których, jeśli nie zobaczę tutaj, nie będę miała okazji obserwować przez bardzo długi czas. I faktycznie, tutaj zanieczyszczenie światłem jest większe niż w Bieszczadach czy Zatomiu – trochę lamp świeci mi za plecami, a jedna upierdliwa od dołu z wschodniego kierunku, ale od tych pierwszych jestem osłonięta budynkiem, a przed drugą mogę skryć się, rozkładając się w odpowiednim miejscu balkonu. A poza tym niebo wciąż jest tu ciemniejsze niż w rodzinnym Inwałdzie, zwłaszcza w kierunku południowym. Tym pełnym ogromu gwiazd, których blask był dla mnie jak dotąd niedostępny. I to jest jednocześnie zachwycające i przytłaczające. Nie tylko ja, ale także rodzice zachwycili się tym niebem do tego stopnia, że komentując jego uroki tata zawołał moją siostrę, która na oświadczenie, że widzi właśnie światło galaktyki, w której się znajduje, wyraziła ogromne zadziwienie. By to zadziwienie jeszcze pobudzić, pokazałam Madzi, a przy okazji tacie też, to, co wcześniej oglądała mama, a potem wcelowałam gdzieś losowo w Drogę Mleczną… Widok zachwycił nie tylko mnie. Całe pole widzenia lornety kipiało obfitością. Światło tysięcy gwiazd zlane ze sobą, tworząc piękne struktury lśniące diamentowym pyłem wylewało się na mnie z okularów. Spomiędzy nich wyzierały ciemne struktury wżerające się w te puchate rozgwieżdżone łąki, przyciskając je swoimi cielskami do nieboskłonu i nadając trójwymiarowości całemu widokowi. Niesamowite! I tak patrząc w ten cudowny obrazek, przeczesując te zdobne kosmiczne mozaiki, doczekałam do wschodu Księżyca, który po godzinie 22 zakończył na tę noc moją ucztę. Próba uchwycenia Canonem tamtejszego nieba. Nic nadzwyczajnego, ale pierwszy raz udało mi się zarejestrować obłoki naszej Galaktyki na zdjęciu. II Centrum. 20/21.08.2019 Jest już niemal całkiem ciemno, właśnie wróciliśmy do domu (…). Z balkonu już na pierwszy rzut oka widać, że przejrzystość powietrza poprawiła się względem poprzedniej nocy, zauważyli to nawet rodzice. Gwiazdy mienią się bardzo intensywnie, o, w Wężowniku właśnie błysnął meteor! Czas zacząć obserwacje. Chcąc zawalczyć z pokusą bezładnego rzucenia się w wir bogactwa Galaktyki otwarłam Interstellarum. Rozpoczęłam od wcelowania lornety w kierunku µ Sco, by od niej wyruszyć na północny wschód. Nie udało mi się wypatrzeć małej kulki NGC 6256, więc udałam się do delikatnie zlewającej się ze sobą pobliskiej grupki gwiazd – NGC 6281. Spróbowałam dobrać się do planetarki NGC 6302 i podejrzewam, że pewnie ją widziałam, ale nie mam pojęcia pod postacią której gwiazdki się skryła. (…) Leżąca na samiutkim końcu odwłoku Skorpiona Shaula (λ Sco) oraz sąsiednia υ Sco wyglądają cudownie w jednym polu widzenia, a w pobliżu znajduje się delikatna Cr 338. Nieco wyżej w oczy rzuca się – no, może trochę za dużo powiedziane „rzuca się”, ale idzie ją dostrzec bez problemu – uroczo lśniąca mgiełeczka zawieszona tuż nad dwoma małymi słońcami. To gromada NGC 6400. Przy kolejnym obiekcie krzyknęłam coś w stylu „Whoaaaaaa! Aaale zaaacne!”, oto bowiem wcelowałam w niesamowicie piękną parkę, kojarzącą mi się z NGC 404 skrytą w blasku Miracha. W tym przypadku gwiazdą jest pomarańczowy olbrzym G Sco, a zamiast galaktyki mamy jaśniejącą srebrzystym światłem gromadę kulistą, tak kontrastową do ogniście płonącej towarzyszki. Ah, zapomniałabym, ta kulka to NGC 6441 (wg Interstellarum także Silver Nugget Cluster). Jestem zachwycona i swoją drogą chyba właśnie znalazłam kandydata na odcinek OT... Przesuwam pole widzenia ku górze. A co my tu mamy! Poznaną już wczoraj Messier 7, a wokół niej całe mnóstwo rozmaitości w postaci zarówno jasnych, jak i ciemnych struktur. Te drugie atlas określa jako Barnard 283, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że to wszystko… Tymczasem chyba udało mi się wyzerkać kulkę NGC 6453 usytuowaną na nieboskłonie w obrębie Gromady Ptolemeusza. Dalej celuję w M6, zahaczając obok o klastry skatalogowane jako NGC 6383 oraz Tr 28. Z przeciwnej strony Motyla bez problemu dostrzegam skupisko słońc składających się na następną gromadę – NGC 6416 ładnie prezentującą się w polu widzenia z większą sąsiadką. Jeszcze wyżej, ale wciąż mogąc zmieścić w granicach diafragmy poprzednią dwójkę, zauważam delikatne gwiazdeczki kolejnego klastra – NGC 6425. Dalej, to już niemal Strzelec, w oczy wpada NGC 6451, tutaj też tło nieba wydaje się bardziej jaśnieć blaskiem Galaktyki. Obok widnieje gromadka Bas 5, wokół dostrzegam trochę ciemnych obszarów. Wyżej – Ru 134, w prawo – Ru 131, po obu stronach tej ostatniej – Cr 347 i Cr 351, a wszystko to skrzące się niczym śnieg filigranowe obłoczki. Przesuwam się jeszcze odrobinę na zachód. Zygzakowato ułożone, niezbyt jasne gwiazdki stają się teraz moim drogowskazem, wystarczy tylko pociągnąć linie między odpowiednimi z nich aż się skrzyżują i oto widzę, mam je w samiutkim środku pola widzenia. Niepozorne, zarówno w potężnej lornecie, jak i w malutkiej BGSZ, a gołym okiem to już w ogóle. Chociaż gołym okiem można dostrzec, że wokół gromadzi się wiele galaktycznych obłoków, pojaśnień, pociemnień. Ale ono samo niepozorne. Centrum Drogi Mlecznej. Nierozróżnialny na niebie umowny punkt, zaznaczony w atlasach gdzieś pośród gwiazd Strzelca, blisko granicy z Wężownikiem i Skorpionem. Niczym niewyróżniający się. Ale pomimo tego wszystkiego świadomość na co właśnie kieruję wzrok nie pozwala mi oderwać się od okularów. Gdzieś tam, za chmurami zimnego wodoru i rojem gorących gwiazd kryje się najpotężniejszy olbrzym w całej galaktyce, Sagittarius A*. Niby nic takiego, patrzenie na kilka niepozornych gwiazdek. A jednak coś niesamowitego. (…) Godzina 22:42, niebo robi się jakieś wyblakłe, pewnie Księżyc już przekroczył linię horyzontu i czai się za górami. Droga Mleczna staje się coraz słabiej dostrzegalna, ale ja próbuję na sam koniec uszczknąć jeszcze choć trochę jej bogactwa. Tak udaje mi się zobaczyć kulkę NGC 6522, z planetarką NGC 6563 nie jest już tak kolorowo… O, właśnie Srebrny Glob wyłonił się zza krawędzi Dynarów. Chyba czas iść spać. III Śladami galaktycznego halo. 22/23.08.2019 Po jednej dobie przerwy, kiedy to niebo było otulone cienką pierzyną, nadeszły kolejne obserwacje. Ostatnim razem skończyłam na NGC 6522 okupującej nieboskłon w pobliżu Alnasi – λ Sgr, toteż dzisiaj od niej właśnie zaczynam. Po jej namierzeniu zsuwam się polem widzenia w dół, gdzie może nie udaje mi się wyzerkać NGC 6558, ale za to wypatruję inną kulkę – zanurzoną w cielsku Barnarda 305 NGC 6569. Wracam w okolice Alnasi, w sumie bez żadnego konkretnego powodu, ot tak, trochę z głupoty i nagle dostrzegam nowy, zwarty blask – to NGC 6528, gromada kulista zlokalizowana bardzo blisko obiektu z otwarcia dzisiejszej sesji. Obracam lornetę w lewo, by poniżej δ Sgr namierzyć jaśniejącą delikatnie w pylistym otoczeniu NGC 6624. Skoro już jakoś tak lecę po kulkach, to może zerknę na te w Skorpionie, póki ten wznosi się wysoko. Jak myślę, tak robię i po wcelowaniu w Antaresa zaczynam od największej kątowo w tej okolicy gromady-matki, czyli M 4, by – w przeciwieństwie do pierwszej nocy tutaj – poświęcić jej więcej uwagi. Obiekt, za którym nigdy nie przepadałam – zawsze ledwo go wyłapywałam mimo ogromnego symbolu na mapach nieba – teraz jawił mi się jako wyrazisty i zwracający na siebie uwagę. Zerkaniem wydawał się jeszcze rozleglejszy, a kaszka, z której był zbudowany, wykazywała w swojej strukturze pojedyncze gwiazdki. Chyba zacznę lubić się z tą gromadą. Wyżej mam M 80, gromadę-dziecko, lecz jakże urokliwe jest to dziecko, delikatne (…), ulokowane w urozmaiconym kilkudziesięcioma słońcami otoczeniu. Wędruję dalej do Wężownika i jego M 127, pięknej, wręcz uwodzicielskiej. Szybuję jeszcze wyżej, skaczę po kolejnych gwiazdkach do jasno określonego celu, by w pewnej chwili krzyknąć. Ooo! To M 10! Uuu! M 12! Obie prześwietne, duże, bogate, puchate i bardzo podobne. Bliźniaczki, o! Jeszcze następnie namierzam ulotną NGC 6366. I mam M 14! Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, według moich notatek właśnie widzę ją świadomie pierwszy raz. Jakoś tak wyszło… Oh! Wracam w dół (i do normalnej pozycji przy lornecie wygodnie siadając na krzesełku) do M 19, gdzie urzeka mnie szczególnie otoczenie eMki – dostrzegam w nim pięć sznureczków z gwiazd w mniej więcej podobnej odległości od gromady, całkiem regularnie ułożonych. Co ciekawe podobne odbieram rewiry M 62, z tym, że w przypadku tejże gwiazdki te są o wiele słabsze. Niedaleko namierzam trzy eNGieeCe o numerach 6293, 6304 oraz 6316. Czuję, że zaczynam się spieszyć. Tu jest jeszcze tyle do zobaczenia … Ale coś mnie woła z czeluści gwiazdozbioru Strzelca… Przerzucam kartkę w Interstellarum o jedną do tyłu, na arkusz numer 78 i zaczynam od Messier 22. Cóż to jest za bydle! W moim odczuciu prezentuje się lepiej niż M 13 w GSO 10” wyposażonym w okular 30 mm. Noż kurde! Ona jest cała porozbijana na pojedyncze światełka, widzę jak wyciąga nimi macki w kosmiczną otchłań. A ta otchłań wcale nie jest taka pusta, wręcz przeciwnie, mrowi ogromem maleńkich punkcików, których pojawia się coraz więcej z każdą kolejną chwilą, każdym kolejnym omieceniem wzrokiem pola widzenia. I całe to tło jest nierównomiernie upstrzone gwiazdkami. A sama gromada! To jest dopiero statek-matka, M 4 to przy niej maluszek. Ciekawe jakie odczucia na temat M 22 miałabym po spojrzeniu na 47 Tucanae lub ω Centauri (…). Blisko wypatruję NGC 6642, przy okazji zahaczając o „gwiazdkę” nie będącą nią w rzeczywistości – planetarkę NGC 6629. Dalej namierzam M 28 i bezproblemowo zauważam NGC 6638 po przeciwnej stronie λ Sgr. Spoglądam do atlasu, gdzie na mapach widzę jakieś gromady kuliste pozaznaczane pomiędzy mgławicami Strzelca, ale im przyjrzę się przy okazji. W tym momencie woła mnie coś innego. Moimi celami zostają kolejno M 54, M 70 i M 69. Z całej trójki najwyraźniejsza i największa jest ta pierwsza, dwie pozostałe na pierwszy rzut oka sprawiają wręcz gwiazdowe wrażenie i dopiero po chwili ujawniają swoją prawdziwą naturę. W międzyczasie namierzam jeszcze NGC 6652, o wiele bardziej ulotną od poprzedniczek. A dalej, szaleństwo! Proszę państwa, oto NGC 6723, Chandelier Cluster. Jeszcze w Strzelcu, lecz gwiazdy nieśmiało jaśniejące poniżej to już obszar panowania Korony Południowej. I mimo, że w ciągu ostatnich nocy odnotowywałam już niżej położone obiekty, świadomość tego co widzę – słońca należące do gwiazdozbioru, którego wcześniej nigdy nie obserwowałam – nadaje jeszcze większej niezwykłości temu widokowi. (…) Na M 55 trafiłam przypadkiem, przeczesując nie najjaśniejsze gwiazdy wschodniej części Sagittariusa. Jest duża i masywna, ale też nieszczególnie jasna, niemniej jednak zerkaniem odnoszę wrażenie niejednolitości jej struktury oraz delikatnego mrowienia. Nieubłaganie zbliża się wschód Księżyca, a ja dopiero teraz zauważam jak bardzo dysk naszej Galaktyki przewędrował na zachodnie niebo podczas moich dotychczasowych obserwacji. Chcąc do końca wykorzystać tę noc, postanawiam odbyć wędrówkę na wschód. Rozpoczynam ją od podwójnej porażki – nie mogę poradzić sobie z NGC 6818 i NGC 6822 – by następnie pocieszyć się wspaniałym widokiem dwóch najjaśniejszych gwiazd Koziorożca, Algedi i Dabih. Tej pierwszej towarzyszy niezwiązana z nią fizycznie i nieposiadająca swojego imienia sąsiadka, druga natomiast jest prawdziwą gwiazdą podwójną (a w rzeczywistości nawet wielokrotną) tworzoną przez pięknie kontrastujące składniki – jaśniejszy żółtopomarańczowy oraz słabszy o niebieskawej barwie. Wszystkie one otoczone są przez kolejne błyskotki o różnych jasnościach i odcieniach. Cóż za piękny widok dla lornetki! Odnajduję jeszcze M 30 i… właśnie dwa budynki dalej ktoś włącza na balkonie lampę walącą żółtym światłem idealnie w moim kierunku i wywiesza sobie pranie. Kruca fuks, ludzie, jest godzina 23! Bez przystosowania wzroku do ciemności, chyba tylko dla samej zasady, namierzam jeszcze M 72 i zieloną NGC 7009. Idę spać. A lampa dalej świeci. IV Między tym, co wszyscy znają. 25/26, 26/27.08.2019 Wkrótce po zachodzie słońca, podobnie w czasie ostatnich nocy, zerwał się silny wiatr (…). Szczęśliwie tym razem odbyło się to bez akompaniamentu nieproszonych gości na niebie, no – prawie – trochę tego cienkiego chmurwia zaległo nisko nad horyzontem. Nie przeszkadza to jednak zupełnie moim najbliższym planom, oto bowiem wymyśliłam, że w końcu poświęcę więcej czasu pięknym, jasnym i wszystkim dobrze znanym eMkom, które tutaj przecież zajmują wyższe elewacje, a oprócz tego, przesuwając się wzdłuż płaszczyzny Galaktyki, zwrócę wzrok także na to co mniejsze i skryte w blasku wielkich celebrytek. Moja lorneta chyba wiedziała na co się dziś szykuję – pierwszy obiekt pojawił się w polu widzenia sam z siebie zaraz po rozstawieniu sprzętu, jeszcze zanim zdążyłam w cokolwiek intencjonalnie wcelować. W ten sposób zaczęłam od Gromady Ptolemeusza, by następnie przejść do Motyla, a potem przeskoczyć obadane już wcześniej klastry zlokalizowane w pobliżu Centrum, trafiając do nieśmiało migoczącej NGC 6565, która bez problemu dała mi się namierzyć i, niby jaśniejąca zerkaniem gwiazdka, znikała po spojrzeniu weń na wprost. (…) Wyżej rozpoznaję NGC 6553 – delikatną, dość jednolitą kuleczkę wiszącą niczym pomponik wśród tła nierównomiernie rozświetlonego obłokami Drogi Mlecznej. Niecały stopień dalej lokuje się inna gromada kulista – NGC 6544. Wydaje się odrobinę rozleglejsza i o wiele bardziej rozmyta od poprzedniczki, mniej skupiona, ale podobnie jednolita. Wspaniale prezentują się razem w polu widzenia lornety, dodatkowo urozmaicone wspomnianym mozaikowym blaskiem odległych świateł! Ktoś mógłby rzec – Niepozorne! – ale właśnie ta niepozorność składa się w tym przypadku na całe piękno oglądanego widoku – analizując ten obszar minuta po minucie dostrzega się kolejne diamenty rozproszone wszędzie dookoła, z każdą chwilą jest ich więcej. I wtedy zauważa się, że oprócz dwóch siostrzyczek w pięknym otoczeniu, towarzyszy nam coś jeszcze. Oto bowiem, zza diafragmy wyziera następne cudeńko, chce się nawet powiedzieć – POTĘŻNE CUDZISKO! Messier 8! I tu mogłabym wiele opisywać… Ale zamiast tego po prostu Wam pokażę. Ostatecznie podjęłam się próby ubrania w słowa obrazu, który dziś rozłożył mnie wielokrotnie mocniej niż pierwszej nocy. W przerwach między poszczególnymi ruchami ołówka w notatniku umieszczałam kolejne epitety. Trójwymiarowa! Jasna! Ogromna! Cała poprzecinana ciemnymi mgławicami! Gromadka w jej sercu – niesamowita! Bez filtra O-III, a niemal jak z nim! (…) Już chyba niczym dzisiaj nie zachwycę się tak jak nią. W czasie, gdy szkicowałam zadzwonił Filip, który między normalną rozmową co jakiś czas wysłuchiwał moich zachwytów i opisów kolejnych obiektów. M 20 podzielonej na dwa płaty i pięknie komponującej się z powyższą M 21, która jednak po uprzednim obiekcie wydaje się być jakaś taka trochę niemrawa. Gromadek rozrzuconych w okolicy – Cr 367, delikatnej NGC 6546, większej ASCC 93, drobnej vdB 113 i filigranowej NGC 6583. Ulotnej NGC 6568, która skrzy się, przywodząc na myśl niebiańskie płótno pomarszczone przez kogoś w tym właśnie miejscu tak, by widniejące na niej słońca mieniły się jeszcze intensywniej. Planetarki o wdzięcznym imieniu Czerwony Pająk (NGC 6537), która zaskoczyła mnie swoją wyraźnością. Lśniącej i migocącej M23, pełnej zarówno diamentów wyskakujących na pierwszy plan, jak i tych skrzących się nieśmiało w tle. A potem to, co zalegało tuż przy horyzoncie, postanowiło wznieść się ku górze. Dokończę jutro. (…) Dziś niebo chyba jest trochę lepsze niż wczoraj, lecz wiatr wciąż niemiłosiernie dmie w kierunku morza, tuż przy horyzoncie też coś zalega. (…) Przeczesałam już niebo od Kasjopei do Skorpiona przez BGSZ, a teraz zasiadam do APM. Zaczynam od Laguny, porównuję jeszcze raz dla pewności z wczorajszym szkicem i robię powtórkę z ostatniej nocy, odnajdując dodatkowo Ru 139. I chyba mignęła mi NGC 6506. Z akcentem na chyba. Nie wiem czemu, ale nie mogę sobie z tym obiektem poradzić, ciągle mam wrażenie, że widzę go odrobinę na prawo od miejsca zaznaczonego w atlasie. Mam też dwie inne zagwozdki w postaci mgławic o numerach NGC 6526 oraz 6559. Ta pierwsza, według Interstellarum wznosi się niecałe pół stopnia nad Laguną, druga – gdzieś w południowej części Cr 367. Do tego co widzę podchodzę sceptycznie, jednak niezmiennie mam wrażenie, że dostrzegam jakieś pojaśnienia, ruszam lornetą, a one fruwają w polu widzenia zgodnie z resztą firmamentu. Odsuwam oczy od okularów, przykładam znów i dalej to samo. W dodatku późniejszy risercz w Internecie, twierdzi, że NGC 6526 to w rzeczywistości fragment M 8 (…). Na chwilę odskakuję w prawo od głównego szlaku, by ustrzelić gromadę kulistą NGC 6469. Jej okolice wyglądają o wiele mroczniej w porównaniu z rozgwieżdżonymi łąkami otaczającymi poprzednie obiekty. Czuję się, jakby niebo zasnuło się czymś ciężkim. Jeszcze ciemniej okazuje się być wokół bardziej na zachód położonej NGC 6369. Ale czemuż tu się dziwić, skoro ta planetarka piastuje swoje miejsce w obrębie potężnej Mgławicy Fajka? Kolosa, który nie zmieści się nawet w polu widzenia lornetki 10x50, a co dopiero takiej 25x100… W tym instrumencie dostrzegam ją jedynie w postaci czarnej wyrwy w niebie, otchłani, w której bardzo mało gwiazd znalazło swą ostoję… Wracam znów tam, gdzie tło jaśnieje mnóstwem srebrzystych punkcików i po przyjrzeniu się Cr 371 przesuwam lornetę delikatnie ku górze, lecz to na co trafiam wcale takie delikatne nie jest. Wręcz przeciwnie! Oto bowiem zanurzam się w obfitości M 24, znanej też jako Mały Obłok Gwiezdny Strzelca, uf! Czy Wam też nie wydaje się, że ta nazwa jest zbyt toporna? Wielokrotnie bardziej trafia do mnie wersja angielska – Small Sagittarius Star Cloud (…). Po odbiciu w bok bezproblemowo wyzerkuję kulkę NGC 6440, nie mogę jednak poradzić sobie z sąsiednią mgławicą planetarną NGC 6445. Nie wiem co myśleć o NGC 6507, czy mogę uznać ją za zaliczoną, jeśli dojrzałam jedynie dwie najjaśniejsze gwiazdki? A może w ogóle nie trafiłam? Odnajduję za to NGC 6554, 6561, i chyba 6603, a dalej także M 18 i NGC 6596, by wreszcie dotrzeć do Omegi. Ale ta Omega nie jest jeszcze końcem mojej podróży. Przyglądam się uważnie wyraźnemu łabędziowi otulonemu delikatną poświatą, która u jego podstawy zanika, ukazując silny kontrast z otoczeniem. W miejscu tym zauważam małą grupkę gwiazd. Cały Messier 17 mieści się w polu widzenia z dwoma uprzednio wymienionymi gromadami, tworząc bardzo ładny kadr. Zawracam jeszcze na chwilę do przepięknej M 25, ponad nią doświadczam uroków NGC 6645 stanowiącej zachodni koniec sznureczka gwiazd, z którym tworzy niby brelok, spoglądam na łatwo gubiącą się pośród tła NGC 6605. A kolejna jest już M 16. I tutaj muszę przyznać, że jej widok akurat mnie rozczarował. Tak jak zawsze bardzo ją lubiłam, tak tym razem chyba po prostu spodziewałam się czegoś więcej niż tylko gromady gwiazd z rozpościerającą się wokół, niewyraźną mgiełką. A może Orzełek zwyczajnie potrzebuje filtra? Tego nie wiem. Wyżej udaje mi się wypatrzeć NGC 6639 (myślałam, że będzie trudniej) oraz NGC 6625, nie udaje mi się z NGC 6631. Nie zważając na obiekty pomijane po drodze, rzucam się ku zachwycającej M 11 w otoczeniu ciemnych struktur, ale tymi zajmę się dopiero jutro. Na razie podziwiam widok gromady, którą, sama nie wiem dlaczego, zwykle bagatelizowałam jeszcze kilka lat temu. Wracam, by nadrobić to, co mnie ominęło przed chwilą – NGC 6664, jasną M 26, NGC 6712 i NGC 6628, z której wyłuskaniem z gwiezdnego tła na początku musiałam się trochę namordować, ale po wszystkim okazała się całkiem łatwa. Wyżej zdobywam jeszcze planetarkę o numerze 6751 w katalogu NGC. Odpływam trochę, by zlokalizować NGC 6774, 6737, 6716 oraz Cr 394. Pierwszy raz świadomie oglądam M 75 (sic!). A o tym co było dalej opowiem kiedy indziej. (…) V Szlakami pana Barnarda. 27/28.08.2019 Mimo, że tej nocy miało nastąpić moje spotkanie z panem Edwardem i jego katalogiem, obserwacje zaczęłam od czegoś zupełnie innego. Oto bowiem, uzupełniając wieczorem spis obiektów „zaliczonych” zreflektowałam się, że nie ma w nim M 9. Przetrzebiłam swój notatnik, nigdzie jednak nie znalazłam zapisków na temat tej gromady kulistej. A więc ustawiam się na gwieździe o intrygującym imieniu Sabik (η Oph) i… Łapię lornetę w locie! Uh, ale zawał! Coś się musiało obluzować, a może niewystarczająco dokręciłam gałkę w statywie? Musiałam dać sobie chwilę, żeby ręce przestały drżeć. Ustawiam się jeszcze raz. Zjeżdżam w dół i odnajduję zagubioną wcześniej kulkę. Przy okazji namierzam dwa sąsiednie obiekty o podobnej naturze, każdy z osobna mieszczący się z eMką w polu widzenia. To NGC 6342 i 6356. Trochę wyżej wyzerkuję niepozorną „gwiazdkę”, w postaci której skrywa się NGC 6309. Dobra. Czas na ciemne mgławice. I w tym momencie czuję, jak coś na mnie kapie. Fiks Kanada! Klimatyzator, przy którym urządziłam sobie punkt obserwacyjny, postanowił mnie podlać… Odsuwam się trochę tak, by żaden z jego elementów nie znajdował się nade mną. To jeszcze raz. Podróż po ciemnych strukturach zaczynam od okolic M 7, ponad którą ciemnieje poznane mi już wcześniej cielsko B 283, nie prezentujące się jednak szczególnie efektownie – ot rozlewający się na obszarze zbliżonym do wspomnianej gromady brak gwiazd. Nie zauważam B 278 i 275, a przy Motylu nie mam pewności czy faktycznie dostrzegam B 286 i 287. W rejonie LDN 1758 i B 292 po prostu widzę ciemność. Wyżej jest już lepiej. Odnajduję LDN 1788, który jednak w rzeczywistości wydaje się mieć bardziej rozbudowaną strukturę niż wskazywałyby na to rysunki w atlasie. Podobne odczucia towarzyszą mi przy B 289, pięknej i ciemnej wyrwie rozrywającej blask Galaktyki ponad 2 stopnie na wschód od jej centrum. Wokół budują się kolejne mroczne struktury, niestety Interstellarum milczy na ten temat. Blisko Alnasi lokalizuję rozległego Barnarda 295 chyba najwyraźniej odcinającego się od tła w północnozachodniej części. Nie rozpoznaję B 305 wokół NGC 6569, jedynie mogę stwierdzić zmniejszoną liczność gwiazd w tej okolicy. Gdy zmierzając po Barnarda 86 mijam kolejne czarne wyspy na morzu gwiazd, boli mnie, że w atlasie nie ma o nich ani słowa. (…) B 86, kropla czarnego atramentu, która upadła tuż obok świateł gromadki 6520. Z niemal identycznymi rozmiarami jak ona przywodzi na myśl obrazy rodem z fantasy. Są jak dwie siostry, dobra i zła, królowa światła i pani ciemności, splecione razem w tańcu między gwiazdami Galaktyki. Spośród ogromu bezimiennych mgławic, które zarejestrowałam, Interstellarum podał mi B 90 oraz B 299, jednak moją uwagę najbardziej zwróciła plama usytuowana na prawo od tej ostatniej, a powyżej B 86. Ogromna M 8 pozwala mi zobaczyć, jak B 296, 88 i 89 rozdzierają ją na trzy jasne płaty skąpane w blasku otaczającego ją światła. Zniewolona niezwykłym widokiem muszę dać sobie trochę czasu, by przejść do M 21, która trochę bardziej nieśmiało, ale również dzieli się ze mną swoją ciemną składową w postaci B 85. Znowu tyle mrocznych sylwetek pojawia się wokół. Mam B 91! Okolice M 24. Ale tu dzieją się cuda! Nie mogąc zmieścić tego kolosa w APM po kolei staram się analizować strukturę jego i otaczających go mozaik. Chyba najbardziej rzucają się w oczy dwie czarne chmury gaszące gwiazdy w północnowschodniej krawędzi Obłoku Strzelca – B 92 i 93. Trochę mniej nieprzezroczyste, ale wciąż dobrze widoczne są B 307 w północnej części M 24 oraz rozłożysty, przypominający szczypce B 304, zaciskający się między słońcami wzdłuż płaszczyzny Drogi Mlecznej. Jego lewy fragment wcinając się od zachodu w Obłok Gwiazd wyraźniej niż reszta mgławicy wybijał się z bogatego otoczenia. Gdy stając oko w oko (a właściwie obiektywy w pył) z ciemnym cielskiem po przeciwnej stronie M 24 zdaję sobie sprawę, że w Interstellarum ktoś zupełnie olał to miejsce, nie wytrzymuję. Chwytam telefon, na którym szczęśliwie wcześniej włączyłam czerwony filtr i zaczynam przeczesywać folder z mapkami nieba. Gdzieś tu musi być. Jest! Mapka, którą Panasmaras zamieścił kiedyś na Forum. Dzięki niej dowiaduję się, iż imię jego LDN 322, a chwilę później mogę określić, że dwa drobniejsze okazy powyżej noszą w katalogu LDN numery 332 oraz 336. W okolicy dopatruję się B 311, B 312 i B 367, w międzyczasie nie radząc sobie z B 301 oraz B 313. (…) Wokół Omegi znowu rozpoczyna się chmara ciemnotek, których brak w atlasie, ale nie mam już siły się na to denerwować. Zamiast tego po prostu podziwiam roztaczające się przede mną struktury utkane z nieprzezroczystego pyłu, który skrywając w sobie młode gwiazdy jest jednocześnie miejscem ich narodzin. Wreszcie natrafiam na znane wyspy pośród bezimiennego oceanu. Barnard 95. Barnard 97. Ogromne cielsko bez wyraźnych krawędzi. Nie odróżniam B 94 ani B 96, podobnie B 100 i 101, mam też problem z B 314, chociaż możliwe, że identyfikuję jego górne granice… A potem wkraczam na tereny niezwykłe. Oto bowiem, po przekroczeniu α Sct dostrzegam, że królestwo światła skupione wokół M 26 ma tu swoje krańce, za którymi rozpoczyna się panowanie mroku w postaci Barnarda 103. Jak dotąd podchodziłam do niego tylko od strony Dzikiej Kaczki, dlatego dzisiejsza podróż w jego rewiry zaowocowała całkiem innym spojrzeniem na tę mgławicę, która faluje pośród gwiazd niczym czarny, połyskujący materiał, na którym padające nań światło maluje obszary o zróżnicowanej jasności. Widzę jego wschodnią i zachodnią krawędź, z czego za tą drugą roztacza się kolejny, tym razem bezimienny, ciemny płat. Przesuwając się dalej wzdłuż umownej linii wyznaczającej kształt gwiazdozbioru Tarczy docieram do mojego Obiektu Tygodnia. Ponad M 11 rozkładającą się niczym wachlarz wyłaniają się kolejne królestwa cieni. Największe z nich to mroczny półksiężyc znany jako B 111, który wypełnia całe pole widzenia APM. Jego rozbudowana powierzchnia wykazuje zróżnicowanie w jasności czy może raczej ciemności. Kilkukrotnie zdaje mi się, że jedną z tych plam, którymi jest naznaczony, może być B 110, lecz nie umiem stwierdzić tego jednoznacznie. Całkiem pewnie identyfikuję za to dwie gromadki – NGC 6704 oraz Bas 1. Nie udaje mi się dostrzec B 104, ale po drugiej stronie półksiężyca dostrzegam B 119a – nie oddzielam od niego B 117a, za to zauważam B 119. Ten ostatni Barnard stanowi preludium do całej chmary niewielkich wysepek, których nie jestem w stanie klarownie pooddzielać od siebie. Pozostaję przy podziwianiu ich marmurkowej struktury. Przy M 11 namierzam jej kosmiczny cień w postaci B 112, obok dostrzegam cały sznureczek złożony z B 115, 116, 114, 117 i 118, momentami zdaje mi się, że widzę B 108. Leżąca ponad tym wszystkim LDN 582 okazuje się nie być tak łatwa do zidentyfikowania jak mogłoby się wydawać po rysunku w atlasie. Przeciwnie sprawa ma się z B 113. Nie wiem co myśleć w przypadku oznaczonej na mapach szarym kwadracikiem B 134 – w jej miejscu ukazuje mi się dużo ciemności. Wokół 12 Aql kotłują się drobne B 127, 129 i 130. Nie widzę B 327. Uh. Nie widzę B 128-131, 132 i 135. Czyżbym zrobiła się już zbyt śpiąca? Odpowiedź nadchodzi po spojrzeniu w niebo gołym okiem. To rysujący się na firmamencie galaktyczny dysk odpłynął już daleko na zachód, gdzie odległa łuna świateł unosząca się z naprzeciwległej wyspy zaczęła osłabiać jego widoczność. Chyba zrobię sobie przerwę. A potem czas na jesień. (…) VI U wrót jesieni. 26/27, 27/28, 28/29.08.2019 Pierwszy raz do królestwa jesieni zawinęłam na koniec przygody skupionej wokół gromad kulistych, jednak podróż ta okazała się być tak krótka, że zdołałam zawszeć ją w kilku zdaniach w części III. Drugi raz zapuściłam się tutaj 27 sierpnia nad ranem i również nie zabawiłam na długo… Po zabawach z bogactwami jasnych obiektów dysku Drogi Mlecznej coś bardzo nie chciało, by galaktyki skryte pośród gwiazd Koziorożca i Ryby Południowej zbyt łatwo poddały się mojemu wzrokowi. Tej nocy bowiem odnalazłam tylko jedną – NGC 7507, w dodatku świecącą na tle Rzeźbiarza. Udało mi się za to z kilkoma obiektami o zgoła innej naturze – za drugim razem ujawniła mi się Perła – NGC 6818 – mgławica planetarna leżąca jeszcze w granicach Strzelca. Nie, nie dostrzegłam sąsiedniej Galaktyki Barnarda, niby coś mignęło zerkaniem, ale nawet tego mignięcia nie jestem pewna (…). Namierzyłam też gromady Al 10, Str 40, Blanco 1 oraz asteryzm M 73, a potem jeszcze jedną planetarkę – Helixa, którego wcześniej jeszcze nigdy nie ustrzeliłam własnoręcznie, a którego znałam jedynie dzięki Alice sprawnie znajdującemu go na zeszłorocznym zlocie w Zatomiu. Cóż to jest za delikatna, lecz jednocześnie łatwa w zidentyfikowaniu mgławica, zadziwiająco ogromna i o zdecydowanie niejednolitej jasności powierzchniowej. Niczym gruby okrąg, z którego próbuje mi umknąć jego prawa część (…). A potem poszłam spać, ale mimo usilnych chęci nie mogę sobie już przypomnieć dlaczego. Ale powiedziałam sobie, że jeszcze tu wrócę i się poprawię. (…) Powróciłam następnej nocy. Gdy pod wpływem ruchu obrotowego naszej planety wydostałam się spod mrocznego panowania Barnardów, postanowiłam ruszyć ku wschodowi, wcześniej jednak pozwalając sobie na krótką przerwę. Gdy wróciłam, niemal od razu udało mi się odnaleźć galaktykę NGC 6903, która nie chciała mi się dać złapać poprzednim razem. Zaczyna się dobrze. A nawet bardzo dobrze! Aaaaaaaaale meteor! I to nie byle jaki meteor! Oooooo! Może nie najjaśniejszy, lecz imponujący długością – lecąc na południowy wschód przecina kilkadziesiąt stopni nieba, za nic mając sobie granice gwiazdozbiorów Orła, Koziorożca i Ryby Południowej. Sekundę po tym, jak odsunęłam się od okularów i spojrzałam przed siebie. Kurde! No zaczęło się zadziwiająco dobrze! Myśl tę szybko weryfikuje niepowodzenie w przypadku NGC 6907, IC 5193 oraz parki NGC 7173 – 7176, gdzie w przypadku tych ostatnich coś niby wyzerkałam, ale to chyba prędzej było jakaś słabiutkie słońce ulokowane akurat w zbliżonym miejscu co one. Tak mi się przynajmniej wydaje… Swoją drogą pobliska część Ryby Południowej bardzo mi się podoba! Sąsiedztwo τ, µ oraz υ PsA tworzy coś na kształt greckiej litery Σ, która mieni się barwnym światłem budujących ją gwiazd. Jednak nie ma źle – odnajduję NGC 7793. Hm, spodziewałam się czegoś mniejszego, ale nie narzekam. Obok zdobywam Str 88, a potem sunąc między gwiazdami Rzeźbiarza namierzam coś. Nawet całkiem duże, jednolicie jasne i plackowate coś okazuje się być gromadą kulistą znaną jako NGC 288. (…) Srebrna Moneta mnie zachwyca. Bardzo duża, długa, jaśniejsza w części południowozachodniej i w centrum widocznego owalu, z tym że ten najbardziej świetlisty fragment jej środka jest jakby przesunięty trochę we wspomnianym kierunku, w tym miejscu galaktyka ma też minimalnie większą grubość. Prawdziwe cudeńko, nie mogę się napatrzeć! Nie myślałam, że tak pięknie zaprezentuje się w lornecie, zaskoczył mnie zwłaszcza jej rozmiar, chyba zbyt dawno na nią nie patrzyłam. Gdyby nie to, że chcę jeszcze namierzyć więcej obiektów pewnie już bym ją szkicowała… Muszę przyznać, że gdy po NGC 253 przesunęłam pole widzenia na NGC 247 spodziewałam się większych fajerwerków, a tu klops. Owszem, jest duża, ale bardziej delikatna i mimo wszystko mniej efektowna od poprzedniczki. Chociaż w takim razie co powiedzieć o tej całej drobnicy rozsianej wokół, którą po prostu mogę uznać za zaliczoną bądź też nie… Eh, może po prostu trudno znaleźć w tej okolicy galaktykę dorównującą Monecie. Innym zaskoczeniem, tym razem pozytywnym, okazała się być NGC 246. Nie sądziłam, że ta planetarka okaże się tak zdecydowanie wpadająca w oczy i duża! I ma niejednolitą, jakby grudkowato rozłożoną jasność. Piękna! Pierwszy raz ją widzę i naprawdę bardzo mi się podoba. Krążąc po okolicy trafiam na piękną β Cet o żółtokremowym blasku, gromadkę NGC 7826 oraz jeszcze inną kosmiczną wyspę – NGC 720, by zaraz znów pogodzić się z kilkoma kolejnymi galaktycznymi porażkami, głównie w obrębie Wieloryba i Erydanu. Namierzam jeszcze dwie planetarki - NGC 1535 w tym ostatnim gwiazdozbiorze i IC 418 w konstelacji Zająca, kiedy reflektuję się, że po niebie przelatuje coraz więcej stosunkowo jasnych satelitów, a ono samo zaczyna zmieniać barwę z czarnej na granatową. Chwytam BGSZ, by błądząc po niebie uchwycić ostatnie odległe światła dzisiejszej nocy, które należą już bardziej do zimy niż jesieni. Czynność powtarzam z APM, a potem podziwiam piękny wschód cienkiego Księżyca przyozdobionego światłem popielatym, który w akompaniamencie drobnych gwiazdek wokół i niewielkiej chmurki poniżej wychyla się zza Dynarów. Jest magicznie. Kolejna noc nie zaczęła się kolorowo, a pogoda szybko zweryfikowała moje plany. Kilkanaście minut po rozpoczęciu szkicowania M 7 zasłoniły ją chmury, więc udałam się wyżej – do M 22, gdzie sytuacja za chwilę się powtórzyła z tą jedną różnicą, że teraz niemal cały nieboskłon zasłonił się nieprzezroczystą kurtyną. Sprawdzam prognozy. Za parę godzin ma się poprawić. Dobra, czekam do pierwszej. Jestem zmęczona, spałam niecałe 4 godziny, potem na plaży przedrzemałam jedną, a jeszcze potem parę spędziłam na pływaniu i nurkowaniu, ale wszystko wskazuje na to, że kolejnej nocy pogoda już na nic nie pozwoli. A jeszcze kolejnej będę w drodze do Polski. O 1:24 chmury rozpływają się, przynajmniej częściowo. Przed przystąpieniem do jesiennych galaktyk spędzam trochę czasu w okolicach Orła, w zasadzie namierzając każdy rodzaj obiektu jaki mogę. Z ciemnych mgławic obserwuję oczywiście słynne „E” Barnarda, LDNy 688 i 673 oraz Barnarda 340. Nieopodal LDN 669 przy ζ Aql lokalizuję jakąś ciemną mgławicę, której kontury znajduję w atlasie, ale bez podpisu… W międzyczasie pole widzenia lornety przecinają mi dwa meteory, a ja zachwycam się ogromem gwiazd świecących w tle tego wszystkiego. Łapię trochę pobliskich gromad otwartych i kulistych oraz 3 planetarki (…). Wieloryb! Najpierw bardzo szybko w oczy wpada mi NGC 584, potem obok pojawia się również NGC 596. Łapię NGC 1084 i niedaleką NGC 1052, o dziwo nie wyskakuje mi, mimo że jaśniejsza od tej drugiej, NGC 1022. Łatwo idzie mi z NGC 936, potem w okolicy masywnej i jasnej M 77 odnajduję jeszcze kilka kosmicznych wysp. (…) Między NGC 488 a NGC 1302 nie wychodzi mi z kilkoma galaktykami, jedynie planetarka NGC 1306 poddaje się moim oczom. A później spostrzegam, że na niebo znów wkradła się cienka kurtyna. Udaje mi się jeszcze dotrwać do przelotu ISS, którego fragment rejestruję nawet niewyraźnie telefonem, by potem na kolejne cztery godziny zatopić się w błogim śnie. VII Walka. 29/30.08.2019 Zgodnie z wcześniejszymi prognozami ostatnia noc w Chorwacji nie zapowiada się kolorowo. Większość południowego nieba, zwłaszcza bliżej horyzontu, jest pokryta zlewającą się ze sobą ławicą drobniejszych chmurek, dlatego próbuję zawalczyć z tym, co czai się ponad nimi. W ten sposób trafiam w objęcia Wężownika, który raczy mnie przepięknymi gromadami odległych słońc, a ja w każdej odnajduję coś znajomego. Rozkładająca swoje ramiona IC 4665 nieodparcie kojarzy mi się ze „zwichniętym H” gwiazdozbioru Herkulesa, delikatna Cr 350 przywodzi mi na myśl Kaskadę Kemble’a, ale najbardziej zachwyca mnie NGC 6633. Bogata, nieco podłużna, kształtem przypomina wysoki kozaczek. Albo Włochy! O tak, to jest dobre porównanie. Jak się potem okazuje, jeszcze większe wrażenie robi na mnie IC 4756. Ile ona zawiera drobniusieńkich gwiazdek jak igiełki powbijanych w płótno nieboskłonu! Większych, mniejszych, wyskakujących spośród reszty i tych bardziej skrytych. Pomyśleć, że dopiero teraz widzę ją pierwszy raz. Zdecydowanie obiekt wieczoru! (…) Między kilkoma innymi klastrami gwiazd moją uwagę przykuwają dwa układy podwójne. 61 Oph stanowi parę słońc o niemal identycznej jasności i białej barwie, podobnie zresztą jak θ Ser, której oba składniki również są białe i świecą z prawie jednakową siłą. Znajdowanie kolejnych obiektów przestaje sprawiać przyjemność, gdy jestem zmuszona zerkać na nie zza cienkiej zasłony kropelek wody zawieszonych kilka kilometrów nade mną. Jakoś 15 minut przed północą odrywam się od walk z użyciem lornety i rozsiadam się na krześle, w międzyczasie ustawiając telefon na zdjęcie nieba, by skontrolować czy jest sens dalszych obserwacji. Sensu nie ma. Gapię się na porozrzucane po niebie gwiazdy, które podobnie jak ja toczą właśnie bitwę z chmurami, ale które w przeciwieństwie do mnie nie muszą jednocześnie przeciwstawiać się coraz większemu zmęczeniu. Patrzę jak trudzą się, by choć odrobina ich blasku przebiła się przez otulającą je coraz bardziej kołderkę. A czy ja przegrałam już swoją walkę? Z pogodą chyba tak. Bo o ile gwiazdy wciąż mogą próbować wysyłać fotony przez tę zasłonę, cóż mi po tym wątłym świetle? Z zachodu nadchodzi kolejna warstwa mglistej peleryny, tym razem o wiele masywniejsza i bardziej nieprzezroczysta. Tylko pojedyncze słońca dostają przywilej pozostania widocznymi. I Saturn. A co z drugim przeciwnikiem? Gdzieś z tyłu mojej głowy dalej trwa starcie z ogromnym zmęczeniem, które z nocy na noc narastało, gdy do kolejnej doby dorzucałam następne godziny z deficytem snu, pływaniem i wspinaniem się po stromych schodach prowadzących z plaży do domu. Z jednej strony prawie zasypiam, ale z drugiej coś nie pozwala mi oderwać się od widoku coraz bardziej zasnutego nieboskłonu. Niech to wszystko się wreszcie zasunie, bym z czystym sumieniem mogła iść spać. Chwytam BGSZ i kieruję ją tuż nad południowy horyzont, ze złudną nadzieją na wyłapanie jeszcze jakiejś pojedynczej gwiazdy. Nic z tego, nie zobaczę tam nic ani tej nocy, ani przez całe mnóstwo kolejnych. Jutro przemieszczę się na północ, by z równoleżnika o szerokości 43°24′41″ N znaleźć się na swoich 49°51′45″ N, a część sfery niebieskiej, na którą właśnie spoglądam, zostanie zasłonięta przez naszą planetę. Sześć stopni, dwadzieścia siedem minut i trzydzieści sześć sekund różnicy. I tyle więcej nieba wznoszącego się ponad widnokrąg. I tyle więcej gwiazd, tyle więcej obiektów, które chciałoby się zobaczyć. A to jest ostatnia noc tutaj, noc pełna chmur. Nie powinnam narzekać – wykonałam tyle obserwacji na raz w miejscu, które akurat tata obrał jako cel tegorocznych wakacji bez parcia na aspekt astronomiczny. Ponad setka nowych obiektów i całe mnóstwo znanych już wcześniej, lecz teraz dostrzeżonych w zupełnie innej odsłonie. I tyle zachwytu. I zobaczenie wreszcie całego Skorpiona i Strzelca. I pojedyncze gwiazdy należące do Węgielnicy. Nie mam na co narzekać, ale człowiek jednak z natury jest pazerny. Zawsze chciałby więcej. 34 minuty po północy, 30 sierpnia 2019 r. Chmury wygrały już niemal zupełnie, a ja w końcu idę spać. Dobranoc niebo, dobranoc prawie sześć i pół stopnia więcej sfery niebieskiej. Do zobaczenia kiedyś tam, może nawet jeszcze bliżej równika. Dobranoc. Najniżej położonym obiektem głębokiego nieba, który świadomie obserwowałam, była NGC 6231 o deklinacji -41°49′27″ dostrzeżona pierwszej nocy. Wiem, że mogłabym stąd sięgnąć dalej na południe, niestety przejrzystość nisko nad horyzontem pozwalała jedynie na wypatrzenie jaśniejszych gwiazd. Ale dla mnie i to było czymś niezwykłym.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy pliki cookies w Twoim systemie by zwęszyć funkcjonalność strony. Możesz przeczytać i zmienić ustawienia ciasteczek , lub możesz kontynuować, jeśli uznajesz stan obecny za satysfakcjonujący.

© Robert Twarogal, forumastronomiczne.pl (2010-2019)