Skocz do zawartości

Ranking użytkowników

Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 15.08.2026 uwzględniając wszystkie miejsca

  1. Trudno opisać niebo La Palmy. Mimo, że spędziłam tam kilka nocy, a przez pomiary wielokrotnie wracałam to do samochodu, to ponownie na zewnątrz, za każdym razem, do samego końca, widok Drogi Mlecznej, który wyłaniał się wraz z przekroczeniem progu ciemności, odejmował mi mowę. Choć widok marmurkowego nieba to był dopiero trzeci etap zwalenia z nóg. Pierwszym była wysokość, na jakiej urzędowały Skorpion czy Strzelec wraz z całym asortymentem, który wyłaniał się pod nimi - tak jak w przeszłości obserwowałam niebo z czterdziestego drugiego równoleżnika, tak zobaczenie tyłka Skorpiona wiszącego na 20 stopniach było zupełnie innym doświadczeniem niż patrzenie, jak szura on tuż nad horyzontem. Drugim etapem, było dostrzeżenie Drogi Mlecznej spod stacji benzynowej w Santa Cruz de La Palma. Świadomość istniejącej na wyspie legislacji dotyczącej ochrony ciemnego nieba to jedno, odczucie tego na własnej siatkówce to drugie - zwłaszcza, gdy zaraz po odejściu kilku metrów od pomarańczowych LEDów w głównym mieście wyspy, na niebie zaczyna być widoczne zintegrowane światło gwiazd naszej galaktyki. Zanim nastąpił trzeci etap zwalenia nóg, miały miejsce pomniejsze opady szczęki związane z obserwatorium Roque de Los Muchachos, szczególnie z wizytą w Gran Telescopio Canarias. Sam trzeci etap zaś miał miejsce na terenie obserwatorium również - kiedy przed wyjściem na pomiary1 zgarnęłam Nikona 10x50 na niewielkim kwierutliwym statywiku i poszłam patrzeć, podczas gdy trójka moich towarzyszy została w rezydencji obserwatorium na kawce. Niebo nad zachodnim horyzontem wciąż było pomarańczowe, wyżej bardzo intensywnie lśniła Wenus. Sama Droga Mleczna pokazała się naprawdę szybko, może 10 minut później. Przemknęłam po niebie lornetką, po czym z pomocą Interstellarum poukładałam sobie w myślach jak względem Skorpiona ułożony jest Wilk, a względem niego - Centaur. W głowie miałam tylko jeden obiekt. Jeszcze nim nastała noc astronomiczna, upolowałam Omegę Centauri, której ogromne cielsko było nie do przeoczenia - w notatkach określiłam ją jako “wielki jasny blob”. Nieco później zresztą widziałam ją także gołym okiem. Ciekawym spostrzeżeniem był fakt, że kolejny cel zajmujący moje myśli - Centaurus A - mieścił się w polu widzenia Nikona 10x50 wraz z najjaśniejszą kulką ziemskiego nieba! Było to dla mnie nie lada odkrycie, bo też nigdy nie zastanawiałam się jak blisko siebie na firmamencie są oba obiekty! Sama galaktyka jawiła mi się jako łatwo zauważalne pojaśnienie. Przeniosłam się do Skorpiona i od razu dostrzegłam niesamowicie przestrzenne chmury ciemnego pyłu ciągnące się od okolic Antaresa i M4 na lewo i nieco do góry, uświadamiając sobie zaraz, że wchodzą one w skład kompleksu Rho Ophiuchi! Kierując się dalej na wschód, przemknęłam tam i nazad wzdłuż nieco horyzontalnie ułożonej Drogi Mlecznej, zwracając uwagę zwłaszcza na puchate mroczne cielska, wyraźne jak nigdy wcześniej w moim życiu. Powróciwszy bliżej horyzontu zachłystnęłam się gromadami przy żądle Skorpiona i już miałam rozgościć się troszkę w Ołtarzu, gdy zadzwonił telefon z informacją, że zbieramy się na pomiary. W ich trakcie, zdarzyło się mnie i towarzyszom spojrzeć przez lornetkę jedną lub drugą, a najdłuższy taki przerywnik tej nocy mieliśmy w jednym punkcie pomiarowym na terenie obserwatorium. Nie zdziwię pewnie nikogo, że oczy wyraka zrobiły ogromne wrażenie na koleżeństwie. Po pomiarach, zostałam jeszcze na zewnątrz z drugą doktorantką, której obiecałam trochę pokazać i opowiedzieć. Wśród oglądanych obiektów był cały asortyment od gromad gwiazd, przez rozmaite mgławice, po galaktykę inną niż nasza własna, w które po kolei wcelowywałam Nikona i tłumaczyłam na co patrzeć i jak zerkać. Nieboskłon przecinało też sporo meteorów. W międzyczasie ja sama zachwycałam się nie tylko misterną czarną koronką owiniętą wokół kipiących i skrzących się jak śnieg obłoków gwiazd, ale też faktem, że naprawdę ciemne niebo nie jest wcale takie ciemne! W przeszłości słyszałam sprzeczne opinie - a to, że w idealnych warunkach nie widać nawet wyciągniętej na długość ręki dłoni, a to że na Atacamie centrum Galaktyki potrafi rzucać cienie. Jak się okazało, ta druga wersja była bliższa prawdy - o ile tutaj obyło się bez cieni, o tyle widać było dobrze całe otoczenie: gdzie jest rozstawiony statyw z lornetką, gdzie stoi Zosia, jak przebiega krawężnik, gdzie zostawiłam plecak czy jak rozrzucone są przy drodze kamienie. Co zabawne, gdy człowiek uświadomił sobie tę rzeczywistość, wprawiała ona nieco w osłupienie - mimo że na logikę nie było się czemu dziwić, wiedząc ile naturalnego światła obecnego jest w czasie nawet bezksiężycowej nocy. Jednak przeżycie czegoś to zupełnie inna sprawa niż sama tego świadomość. Przed 4 zrobiło się nam na tyle zimno, że zdecydowałyśmy się wrócić do naszego pokoju. Zosia ogarnęła się do spania, a ja zostałam przy oknie. Pokrążyłam po gwiazdach Żurawia, próbując odnaleźć się w południowych częściach nieba, które normalnie u nas nie wznoszą się ponad horyzont, aż przypadkiem trafiłam na Srebrną Monetę, której nieregularności skojarzyły mi się z perłami zawieszonymi w dysku galaktyki. Zerknęłam jeszcze na NGC 247 i kulkę NGC 288, po czym zechciałam zasadzić się na coś w wystawiającym dopiero zza góry głowę Feniksie. Nieprzyzwyczajona do star hoppingu w lornetce z niemal 6-stopniowym polem widzenia (w porównaniu z niecałymi 2 stopniami APM) i w nieznanym mi regionie nieba, spędziłam trochę czasu na plątaniu się między gwiazdami, aż w końcu dorwałam NGC 300. Chwilę później, gdy Ankaa (α Phe) wzniosła się nieco wyżej ponad krawędź widnokręgu, upolowałam też wreszcie NGC 55. Wszystkie te galaktyki były łatwo dostrzegalne jako mgliste pojaśnienia o rozmaitych kształtach. Pokrążyłam jeszcze nieco po niebie obiema lornetkami, aż po godzinie 5, w towarzystwie gromad Byka, zaczął wschodzić sierp Księżyca ze światłem popielatym. ~ Kolejnej doby, mimo że 2000 m n.p.m. niżej, czekała mnie noc pełna obserwacji, tym razem bez pomiarów. Ok. 23:30 rozgościłam się na tarasie wynajmowanego domku z planem, by zaliczyć jak najwięcej obiektów. Zaczęłam od Rho Ophiuchi, która nie dawała mi spokoju od czasu dostrzeżenia jej ciemnych fragmentów. Szybko zobaczyłam pojaśnienie wokół tytułowej ρ Oph - to IC 4604. Udałam się potem w dół, ku granicy Ary z Normą, do okolic mojej ulubionej mgławicy - NGC 6188. Sama mgławica pozostała oczywiście nieuchwytna, ale towarzysząca jej gromada NGC 6193 z wchodzącą w jej skład charakterystyczną HD 150136 od razu dały się zobaczyć. Nieco wyżej miałam gromadkę NGC 6250, po której przesunęłam się do α Ara i zjechałam w dół do kulki NGC 6397, która jawiła się jako duża paćka tuż nad niedalekimi drzewami. Odsuwam się od lornetki i patrzę gołym okiem - uzbrojnym tylko w moje okulary korekcyjne, które swoją drogą dostały nowe szkła specjalnie na okazję tego wyjazdu. Widok centrum Drogi Mlecznej jest tak samo obezwładniający jak poprzedniej nocy, porównałabym go po prostu do czarnobiałego zdjęcia! Ilość detali widoczna tak o, ciemna siateczka fraktalnie okalająca jasne obłoki, to wszystko jest trudne do ujęcia w inny sposób. Wracam do lornetki i kieruję się raz jeszcze do Rho Ophiuchi - rozpoznaję Barnardy 44, 45, 47, 51 i 63. Przerzucam się na oczy wyraka. One robią niesamowitą robotę w miejscu jak to. Fajka i Rho Ophiuchi, i chmary gwiazd, wszystko to jest niezwykłe. Ubieram słuchawki i płynę z widokami przed sobą. Znów zamieniam lornetki i idę na dół Skorpiona - są tu gromadka NGC 6322, ciemna plama Barnarda 263, kulka NGC 6388. Niżej, ku mojemu zdziwieniu, bardzo łatwo rzuca się w oczy kolejne zbiorowisko gwiazdek o nazwie IC 4651 - nie spodziewałam się takiej jasności po tym katalogu! Odbijam nieco wyżej i bardzo łatwo trafiam na NGC 6541 w Koronie Południowej. Lecę dalej w górę, oglądam Drogę Mleczną. B77, 78, 59, 65, 244, 256, 243, 67a, 62, 261 i 262, 279… Nie nadążam już z numerami tych ciemnych mgławic, zresztą i tak nie wszystkie są w Interstellarum. To jest naprawdę nie do opisania wszystko! Oh, i chyba znajduję swój ulubiony fragment Drogi Mlecznej! To okolice Barnarda 289, hmm, mniej więcej między ɣ1 (W) i ɣ2 Sgr a 3 Sgr. To co tam się dzieje z ciemnymi mgławicami zapiera dech w piersi jeszcze bardziej niż reszta. To ciemne, bardziej i mniej cętki pośród chmury gwiazd w tle, przepiękne struktury! Lornetka 10x50 to jednak cudo w takich warunkach. Obiekty, które znam z Polski i Chorwacji robią ogromne wrażenie, są wyżej i na ciemniejszym niebie. M7 i M6, M22, M20 czy M8, albo M16 i 17, i inne rzeczy, jak słabsze mgławice wokół Laguny - wszystko tak intensywnie świeci i jeszcze jest upstrzone ciemnymi wzorami. Jak zawsze przy takiej okazji podchodzę do swojego nemezis w postaci NGC 6822, ale nie udaje się, pewnie jakbym miała APM to mogłaby w końcu paść. To teraz zmiana. Ameryka Północna i Pelikan - mimo ze widziałam je wielokrotnie, to pierwszy raz są aż tak wyraźne, zwłaszcza Pelikan. Tam wszędzie też w ogóle pląta się dużo ciemnicy, moją uwagę zwraca szczególnie klasyczna smuga prowadząca od M39 do Kokona. Zahaczam o okupujący okolice zenitu Wieszak, pobliską M27 i nieco dalszą M15. W tym momencie nachodzi mnie refleksja, że te la palmowe obserwacje są dla mnie trochę nawiązaniem do tych bieszczadzkich z 2017 roku2, gdzie też miałam ze sobą tylko lornetkę 10x50 (ale bez statywu). Wtedy pierwszy raz byłam pod tak ciemnym niebem, teraz pierwszy raz zaznałam nieba w zasadzie idealnie ciemnego. Wracam do południa, ku kulce w CrA o nazwie NGC 6723 i okalających ją ciemnych mgławicach. Zerkam na nurkującego powoli Skorpiona i przypomina mi się, jak ubiegłej nocy zwróciłam uwagę, że “Skorpion jest już na płasko”, na co Zosia rzuciła “Skorpion jest już na talerzu”. Bardzo mnie to rozbawiło! No i kurczę, takie ułożenie Skorpiona jest zadziwiające, u nas nie ma takich rzeczy! Ach, i chyba nie mam już siły rozwodzić się nad konkretnymi obiektami i identyfikować je w atlasie póki co, zresztą nowe południowe rzeczy, które teraz wyłażą zza widnokręgu, to już bardziej galaktyczki nie dla 10x50, więc po prostu siedzę i podziwiam kolejny raz te same widoki, to własnoocznie, to obiema lornetkami, i słucham muzyki. W tym momencie akurat leci Belinda Carlisle. Jeju, naprawdę trudno oderwać wzrok. Chłonę ten widok póki mogę, ale czuję, że po tym wyjeździe niebo nie będzie już dla mnie takie samo, zwłaszcza to polskie, gdzie tyle rzeczy chowa się na zawsze pod horyzont. Swoją drogą, mój obecny zestaw sprzętowy i przydomowe niebo chyba już w dużej mierze wyczerpały co nowego mogę zobaczyć, może będę musiała pomyśleć o jakiejś zmianie? W końcu teleskop na lornetę zamieniłam prawie 8 lat temu, a w międzyczasie jedynie przybyły oczy wyraka! Wzięło mnie na filozofowanie o obserwacjach, bo tak jak mam mnóstwo do zobaczenia na niebie południowym moją lornetą, tak z Polski to już chyba albo większe powiększenia, albo filtry, albo ciemniejsze niebo. Pewnie też zdrowiej byłoby po prostu patrzeć, bez jakiejś presji, żeby dojrzeć coś nowego, bo to czasem jednak trochę zabiera radochę z odwiedzania tego, co już się widziało. Ale z drugiej strony moja autystyczna potrzeba klasyfikowania i układania wszystkiego, i prowadzenia listy obiektów, które już obserwowałam3, jest bardzo silna, a bardzo lubię, gdy mogę coś do niej dopisać. 😄 Chociaż i tak pewnym remedium na te bóle jest szkicowanie, gdy mam okazję oglądać coś od siebie z domu! Kurczę, ale w sumie niezłą drogę przeszłam przez te 13 lat zapisywania swoich obserwacji w notatniku. Jako dziecko marzyłam o całym Strzelcu i Skorpionie, o Omedze Centauri i centrum Drogi Mlecznej tak wysoko i tak wyraźnie na ciemnym niebie. I o to jestem. I tyle już na niebie rzeczy widziałam! Wzruszyłam się i rozczuliłam na tę myśl nieco. Przez Orła właśnie przeleciał meteor, który na chwilę zostawił za sobą ślad. Na samych tych rozmyślaniach przy patrzeniu w niebo minęły mi chyba 2 godziny, ale co się nazachwycałam w międzyczasie to moje. Jak już wielokrotnie opisywałam, ten widok był absolutnie obłędny, jak ze zdjęcia, a może nawet lepszy! Na sam koniec naszła mnie jeszcze refleksja, że słuchanie Queenu do obserwacji na La Palmie jest czymś szczególnym, w końcu to tutaj Brian May zrobił doktorat. 😄 ~ Następnej nocy znów robiliśmy pomiary, a jako że zaczynaliśmy na samej górze wyspy, to ponownie trafiliśmy na teren obserwatorium. Miałam ze sobą oczy wyraka i co jakiś czas zerkałam na przepiękne marmurkowe niebo. Przy obserwatorium spędziliśmy chwilę dłużej, podziwiając niebo i robiąc trochę zdjęć, po czym ruszyliśmy z pomiarami do niemal samego wybrzeża. Tam, jakieś 3 godziny później, ponownie poświęciliśmy trochę czasu na zachwyty nad niebiem wznoszącym się nad Atlantykiem. Tej nocy airglow był bardzo aktywny, co bez problemu załapało się na zdjęciach z telefonu. ~ Kolejna noc była ostatnią na wyspie. Charakteryzował ją ogrom wilgoci, który sprawiał, że po przyłożeniu oczu do okularów lornetki te parowały niemal od razu, w dodatku całe mnóstwo komarów chciało mnie skosztować, więc ostatecznie obserwacje zakończyłam może 30 minut po północy. Z konkretów zerknęłam na Barnarda 228 w Wilku, w którego okolicy było dużo innej ciemnicy nieoznaczonej w atlasie, zaliczyłam kulkę NGC 5928, no i po raz ostatni odwiedziłam Rho Ophiuchi, a tak głównie podziwiałam gołoocznie widoki, które raczej prędko mi się nie powtórzą. I tak minęła mi ostatnia noc na La Palmie. __________________________________________________ 1 to, że w ogóle trafiłam na La Palmę (z moją promotor i jeszcze jedną doktorantką), to wynik współpracy z Uniwersytetem La Laguna, w ramach której robiliśmy pomiary jasności nieba 2 stąd tytuł tej relacji 3 tak, mam plik w excelu z podziałem na różne katalogi, gdzie zapisuję wszystkie dostrzeżone przez siebie numerki 😄
    26 punktów
  2. Zaćmienie z miasta,nad miastem,jak kto woli.Krótka opowieść w kilku obrazkach,niestety łysolek przedwcześnie się schował,więc maksymalnej fazy widocznej przed zachodem nie zarejestrowano... Przy pierwszej fotce warunki całkiem ok.gdy uwzględni się nieznaczną wysokość Księżyca nad horyzontem.Potem coraz gorzej,przy obserwacji telepkiem szczegół dosłownie ginął. Fotki cyknięte z polarem na obiektywie,pomyślałem że tym sposobem uda się wyraźniej pokazać światło/rejon półcienia,jak wyszło oceńcie sami. Cztery pierwsze obrazki z długiej ogniskowej (1600mm) która dość dobrze pokazuje masakrę atmosferyczną,najbardziej dwa ostatnie. Przestałem tak się bawić gdy łysolek był trzy stopnie nad glebą. Ostatnia fotka krajobrazowa z 200mm. pokazująca gęstą"kurtynę"która zakończyła przedwcześnie cały show. Podsumuwując,pal licho warunki,wydarzenie zaliczone w wygodnych warunkach,było fajnie... ps.Może posiedzę chwilę nad jednym obrazkiem bo ma potencjal by stać się ładną pamiątką,jak się uda to się pochwalę. Pozdrawiam 🙂
    20 punktów
  3. Jak co roku, w sierpniu odbyłem wakacyjny, rodzinny trip na Roztocze Środkowe – Zamojszczyznę. To już piąty raz, kiedy wracamy w te okolice. Z powodu braku miejsca na większy sprzęt astronomiczny zabrałem ze sobą tylko, rosyjską Tento 10×50. I właściwie... czego więcej potrzeba? Lasy, pustkowia, stawy, cisza, piękne okolice i piękne niebo – wszystko jest tutaj niemal na wyciągnięcie ręki. Najbardziej cenię jednak w tym miejscu pogodę. Roztocze należy statystycznie do najbardziej pogodnych rejonów Polski – zarówno pod względem liczby godzin słonecznych, jak i bezchmurnych nocy. Podczas pierwszych pobytów znalazłem sobie fajną miejscówkę – około 6 km od miejsca zakwaterowania, na szczycie niewielkiego wzgórza, opadajacego na południe (350 m n.p.m.), tuż przy wjeździe do małej miejscowości Wólka Husińska.Miejsce niemal idealne. Prawie 360° otwartego horyzontu, żadnych większych przeszkód, a po godzinie 22:00 gasną ostatnie światła miejscowości. Zostaje cisza, lekki wiatr i świerszcze gdzieś w trawie.A potem zaczyna się noc. Z każdym kwadransem robi się ciemniej, niebo powoli nabiera głębi, a człowiek ma wrażenie, że znalazł się gdzieś daleko od wszystkiego. Tylko wzgórze, ciemność i gwiazdy. Zimni architekci Drogi Mlecznej. Literacko brzmiący tytuł zaczerpnąłem z jednego z artykułów w Sky & Telescope. Odnosił się do ciemnych mgławic Barnarda i LDN.To właśnie „ciemnotki” były głównym daniem tegorocznego pobytu.Za statyw, jak zawsze, służył stary drewniany leżak z regulacją kąta oparcia – stałe wyposażenie ośrodka – oraz moje ręce, trzymające lornetkę. Zestaw może mało wyrafinowany, ale zaskakująco skuteczny. Pierwsza noc, jak na tę miejscówkę, przyniosła jednak dość przeciętne warunki. SQM pokazywał 21,4–21,5 mag/arcsec². Nisko nad horyzontem było widać, że niebo zaczyna robić się „mydlane” i szare. Mimo to po przeczesaniu kilku klasyków postanowiłem zabrać się również za kolejnego klasyka – Mgławicę Kokon.A właściwie nie za sam Kokon, lecz za prowadzące do niego „korytarze” ciemnych mgławic.Samego Kokonu oczywiście nie udało mi się dostrzec. Cała otaczająca go struktura ciemnych pasm pokazała się jednak zaskakująco dobrze.W takich przypadkach szkic mówi więcej niż tysiąc słów. Kolejna noc, z nieco lepszą przejrzystością, odsłoniła cały sznur Barnardów i „Dark Lyndsów” w Orle. Po wstępnej adaptacji wzroku zabrałem się za zbadanie długiego, ciemnego korytarza kończącego się przy gwieździe Okab (ζ Aql). Powoli przesuwałem wzrok wzdłuż jego biegu, nanosząc po drodze charakterystyczne asteryzmy gwiazd. Przedostatniej nocy przyjechałem na miejscówkę nieco wcześniej. Widok wspaniałej wstęgi Drogi Mlecznej, która wyraźnie siała, upewnił mnie, że tej nocy może być naprawdę dobrze.Kiedy ciemność już się ustabilizowała, SQM pokazał 21,70 mag/arcsec². Było naprawdę wspaniale.Na tapecie miałem kompleks ciemnych mgławic na północ od gromady „Wieszak” (Collinder 399), którą znakomicie było widać nieuzbrojonym okiem. Sam pomysł narodził się na podstawie zdjęcia opublikowanego na Astropolis.Nie miałem ze sobą żadnej mapy. Chciałem po prostu przeczesywać ten rejon, kawałek po kawałku, i wyciągnąć z niego tyle, ile tylko da się zobaczyć. POZDRAWIAM IREK
    19 punktów
  4. Cześć, Jakby ktoś pytał, czekamy już na pogodne niebo. Zlot oficjalnie rozpoczęty!!!
    17 punktów
  5. Moje chyba najlepsze zdjęcia, wyjątkowo szczęśliwe z tych jednych na milion. Co to za obiekt nie będę pisał. Dodam tylko, że na jednej klatce zarejestrował się wyjątkowo jasny Perseid. Wkomponowanie go w finalny obrazek było dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie wyszło idealnie, ale jestem względnie zadowolony. Z powodu jakości tego wpasowania, widać kilka śladów satelit. 6h materiału OSC z TT 2600c i Askara SQA55. 180 x 120s skalibrowane biasami, darka, flatami. Obróbka w Pixie, a połączenie w Gimpie. Jeśli się podoba będę wdzięczny za każdy głos na astrobinie https://www.astrobin.com/frpu8s/
    15 punktów
  6. Cześć. Ponownie witam się z Wami na forum, bo od bardzo dawna się nie udzielałem. Chciałem podzielić się raportem z kilku sesji obserwacyjnych z początku sierpnia. Łącznie spędziłem przy okularze ok. 12 godzin - motywacją do ponownych obserwacji było natknięcie się na projekt e-szukacza (osobny wątek: Cedar), który bardzo ułatwia nawigowanie po niebie (choć star-hopping ma swój urok, zjadał mi zawsze sporo czasu i bywało, że mocno frustrował). Zakupiłem też filtr UHC, i co ważniejsze, OIII. Ostatnie porządne obserwacje były u mnie 5,6 lat temu w pandemii, a wcześniej - prawie 10 lat temu, wiec jest to de facto powrót do hobby. Sprzęt: Taurus 15" f/4,3, okulary ES 24mm 82*, LVW 14mm 68*, ES 8,8mm, filtry UHC i OIII oraz lornetka 10x50. Niebo: podmiejskie - Bortle 5, w porywach może 4. Droga Mleczna widoczna, ale wyprana ze szczegółów, poza może zenitem. Miejscówka: Ostrzeszów, dom rodzinny, jedna sesja była w polu niedaleko za miastem z racji widoku na Strzelca. Technika zapisu obserwacji: dyktafon w telefonie - na bieżąco opowiadam, co widzę, a potem spisuję to w jakąś logiczną całość. Najpierw jeszcze zdjęcie poglądowe z obserwacji: A teraz przechodzimy już do opisu obiektów. Nie notowałem każdego z nich, ale starałem się robić to przy tych ciekawszych i być w miarę skrupulatnym. Mgławice planetarne NGC6886 - malutka planetarna - przy powiększeniu 380x nadal wygląda jak gwiazda. Leciutko tylko rozmyta NGC6891 - mgiełka, którą opisałem jako podobną do gromady kulistej widocznej przez lornetkę, ale bez ziarnistości. Jasne centrum i wyraźna otoczka (widoczna zwłaszcza zerkaniem), której jasność stopniowo spada. NGC6852 - widoczna przy 180x dopiero w filtrze OIII, jako okrągła mgiełeczka. Zero szczegółów. W UHC też widoczna, ale słabsza. NGC6543 (Kocie Oko) - spłaszczona, trochę przypomina Saturna. Jasna, lekko niebieskawa. NGC7027 - z Barlowem 2x i 8,8mm (~360x) bardzo jasna, wyraźnie niegwiazdowa, lekko niebieskawa, wydłużona. Zerkaniem widoczne lekkie halo. Jeden jej kraniec wydał mi się bardziej ostry, a drugi jest trochę bardziej rozmyty. Przy dłuższej krawędzi z jednej strony wcina się ciemne pasemko. NGC6781 - bardzo ciekawa planetarna, dosyć rozmyta, podobna w rozmiarach do M57 lub nieco większa, krawędzie rozmyte, ma minimalnie nieregularny kształt gdy patrzę zerkaniem. W 8,8mm (180x) z filtrem UHC dużo lepiej widoczna, fajnie wychodzi z tła. Środek ciemniejszy, wyraźnie widać to zwłaszcza zerkaniem. W OIII robi się naprawdę fajnie - bardzo duży kontrast i mgławica odcina się świetnie z tła. W okularze 14mm i OIII chyba najlepszy widok - wyraźna różnica jasności krawędzi między dwoma stronami mgławicy. NGC6803 - potwierdzona techniką „mrugania” filtrem OIII, natomiast pozostaje gwiazdowa nawet w bardzo dużym powiększeniu. NGC6804 - z UHC dobrze wychodzi z tła, widoczna lekka nieregularność jasności mgławicy oraz gwiazdka na tle mgławicy. W OIII widok jest zbyt ciemny w 8,8mm. NGC6905 - placuszek z bardzo ładnie widoczną poszarpaną, niejednorodną strukturą w środku. Jedna z ciekawszych planetarnych właśnie ze względu na to. Dodatkowo zanotowałem, że wydaje się lekko rozciągnięta w kierunku dwóch gwiazd które są obok. Wydawało mi się, że chwilami widzę zerkaniem gwiazdkę centralną. NGC40 - lepsza w UHC niż OIII, gdzie obraz jest za ciemny. Miałem czasami wrażenie, że patrzę na galaktykę spiralną. Wyraźnie niejednorodna. Bardzo ciekawa planetarna. M76 - po eksperymentach z filtrami nie mogę się zdecydować, czy lepszy jest OIII czy UHC. W OIII i 180x obraz jest ciemniejszy, ale bardziej kontrastowy. Widać że jeden biegun mgławicy jest wyraźnie jaśniejszy. W UHC jednak, mimo mniejszego kontrastu, obraz mimo wszystko chyba ciekawszy, choćby przez większą obecność gwiazd dokoła. M27 - co tu dużo mówić, klasyk oglądany dziesiątki razy nadal robi wrażenie. Filtry dodają mu niesamowitego kontrastu, boczne „skrzydła” mgławicy są tak wyraźne, że momentami Hantle przestają być Hantlami. M57 - kolejny szlagier, tutaj podobnie jak M27 dodanie filtra OIII nadaje takiego kontrastu, że Pierścień aż kłuje w oczy i pokazuje piękne, subtelne nieregularności jasności zewnętrznej powłoki. Kompleks Welonu Welon - w 24mm bez filtrów nie widać nic. Zakładam filtr OIII i jest opad szczęki. GIGANTYCZNY wzrost kontrastu, mgławica jest nie tylko oczywista, co spektakularna. Na oglądaniu tego kompleksu spędziłem łącznie ponad godzinę. Welon zachodni (z 52 Cygni) - ostro zakończona część z wyraźnie widocznym pojaśnieniem na brzegach i ciemniejszym środkiem. Pofalowany kształt Miotły wspaniale widoczny. Część przy 52 Cygni wyraźnie ciemniejsza, później przybiera na sile i super widoczne rozdwojenie mgławicy. Przy 24mm cała mieści się w polu widzenia, widok jest genialny, dosłownie zwala z nóg. Zerkaniem widać niesamowitą, falującą, z jednej strony ostrą i jasną, a z drugiej rozdwojoną mgławicę. Coś pięknego, fantastycznego. Od ostrego końca miotły kieruję się na wschód. Zanim jeszcze docieram do Trójkąta, widać dodatkowe, oderwane strzępki mgławicy, z czego jeden całkiem jasny. Docieram do Trójkąta - początkowo widać coś jakby kolejną Miotłę, tylko słabszą i skierowaną w przeciwną stronę. Po chwili od strony 52 Cygni pokazuje się brakująca część, która jest słabsza, i nazwa Trójkąt jest już uzasadniona. Bardzo ciekawy widok jest, kiedy w jednym polu widzenia znajduje się końcówka welonu zachodniego oraz Trójkąt, widać jak mgławica „płynie” i czuć, że jest to jeden kompleks. Teraz welon wschodni - widok jest genialny. Piękna, poszarpana struktura, łuk, który wypełnia całe pole widzenia, z widocznymi poszarpaniami. Widać smużki mgławicy łączące się z główną jej częścią od wewnątrz i zewnątrz. Drugi koniec mgławicy to wyraźnie odchodzące pod kątem prostym dwa duże włókna, które łączą się jeszcze z sobą po wewnętrznej stronie kompleksu. Cały kompleks opisałem jako „uczta dla oczu” - można tu spędzić godziny, bo widok jest dosłownie fotograficzny, tyle że bez koloru. Za każdym razem, gdy patrzyłem na wschodnią część mgławicy, uznawałem że to ta lepsza część, po czym gdy przestawiałem teleskop na część zachodnią, od razu zmieniałem zdanie. To tylko pokazuje, jak niesamowicie dużo ten kompleks ma do zaoferowania. Uważam też, że gdyby sam Trójkąt przestawić w inne miejsce na niebie, to byłby sam w sobie fenomenalnym obiektem - tutaj nieco gaśnie w porównaniu z dwoma „koleżankami”. Tutaj próbowałem jeszcze z większymi powiększeniami, ale źrenica wyjściowa robi swoje i choć szczegółów jest może minimalnie więcej zerkaniem, to nie robi już tak piorunującego wrażenia jak w szerokim polu. Ciekawostka - po przyłożeniu filtra przed obiektyw lornetki 10x50 i obserwacji jednym okiem, obie części mgławicy są z łatwością widoczne. Pozostałe mgławice NGC6888 - Półksiężyc jest dużo mniej spektakularny niż Welon, ale nadal bardzo ciekawy. Oczywiście widoczny tylko z filtrem OIII. Widoczna jest wyraźnie zewnętrzna krawędź Meduzy (dużo jaśniejsza z jednej strony), oraz „żeberko” wcinające się do jej wnętrza. Zerkaniem widać całą mgławicę jako jaśniejszy od tła owal. Brak widocznej struktury. NGC7000 - z filtrem OIII i okularem 24mm widok jest przepiękny - co prawda nie ma tu włókien, ale widok Zatoki Meksykańskiej robi spore wrażenie w szerokim polu i jest to najlepsza wizualnie część tej mgławicy, bo oferuje świetny kontrast. W stronę Kanady mgławica nadal wyraźnie widoczna jako mocne pojaśnienie tła. Po przyłożeniu filtra OIII do oka, mgławica jest widoczna gołym okiem. Pelikan obok również wyraźny przez teleskop, jako jajowate, wydłużone pojaśnienie tła. IC1318 - zarówno z filtrem OIII oraz UHC i 24mm jest to całkiem ciekawy obiekt. Skrzydło mgławicy położone dalej od gwiazdy Sadr jest nieco jaśniejsza. Na zdjęciach widać oczywiście wyraźnie ciemne pasmo przechodzące ponad obłokami gazu, w wizualu natomiast mgławica prezentuje się jako dwa odrębne pojaśnienia tła - jak wspominałem, jedno jest wyraźnie jaśniejsze. IC1795 - z filtrem OIII i 24mm widoczna jako klepsydrowate pojaśnienie tła. Zerkaniem całkiem wyraźna. Sharpless 101 - jedynie filtr OIII i jedynie zerkaniem pokazuje pojaśnienie wokół luźnego skupiska kilku gwiazd. Sharpless 132 - pojaśnienie na tle gromady otwartej, widoczne wyłącznie przez filtr OIII. Zerkaniem widać „dwubiegunowość” obszaru - dwa jaśniejsze placki przedzielone ciemniejszym pasmem. NGC281 - bez filtra nie widać mgławicy, w UHC zaczyna majaczyć, natomiast widok przez filtr OIII opisałem jako „biedniejsza wersja M42” - z powodu wcinającego się ciemnego pasa sięgającego gromadki gwiazd wewnątrz mgławicy. NGC7635 - widoczna jako wyraźne zamglenie wokół jednej z gwiazd w pobliżu M52. Bez filtra nic nie widać. NGC 7023 (Irys) - widoczna tak, jakby zaparował okular - mgiełka wokół gwiazdy. Słabo reaguje na filtry. Mgławice Strzelca Mgławice Laguna (M8) i Koniczyna (M22) - w 24mm bez filtrów obraz jest po prostu słaby. Z UHC jest lepiej - w Koniczynie zaczynają być widoczne ciemniejsze pasemka. W Lagunie pojawia się ciemny pas oddzielający najjaśniejszą część mgławicy od gromady, oraz zakręcający wyżej. Natomiast dopiero OIII daje efekt wow - mocno podbity kontrast i wszystko co pojawiło się w UHC, teraz jest piękne i oczywiste. Genialnie widoczne delikatne zmiany jasności mgławicy i pofalowanie ciemnych pasemek. W Koniczynie OIII nie daje aż tyle, wręcz lepiej jest w UHC, gdzie przy 14mm ładnie widać ciemne pasemka. Mgławice Łabędż (M17) i Orzeł (M16) - w 24mm Łabędź widoczny jako jasne pasmo z ciemnym wcinającym się elementem widocznym zerkaniem, Orzeł niewidoczny. W UHC na M17 jest fajna poprawa kontrastu, ładniej się wszystko odcina od tła, zaczyna być widoczna druga część mgławicy, w formie łuku, po przeciwnej stronie od najjaśniejszej jej części. Orzeł zaczyna być widoczny, nie jakiś super jasny ale jednak. W OIII Łabędź genialny, ogromna poprawa kontrastu, łuk wspomniany wyżej świeci teraz naprawdę jasno, mgławica wyraźnie się powiększa, zaczyna być widoczne drugie ciemne pasmo przy jasnej części mgławicy, a pierwsze z nich widać już jako oderwany ciemny obłoczek, za którym wciąż jest jeszcze mgławica. W OIII Orzeł też najlepszy. Ciemne pasmo na brzegu mgławicy świetnie widoczne, zaczyna być widoczne drugie, w środku mgławicy. Gromady gwiazd Oglądałem też sporo gromad kulistych, rzecz jasna M13 (widok oczywiście powala z nóg, gwiazdy wysypują się z centrum tak wyraźnie, jak cukier rozsypany na blacie), M92 (podobnie piękna, choć mniejsza), M15 z bardzo ciekawym, skondensowanym jądrem, M2, M71 w której zwłaszcza przy większych powiększeniach wyraźnie widać, skąd przydomek Skalar, jednak dopatrzenie się tu gromady kulistej jest utrudnione. M56, bardzo słaba. Bardzo przyjemne są NGC6934 (najlepszy widok z 360x, rozbita do samego centrum, fajnie „rozsypana” promieniami od centrum, przez co przypomina nieco M13), ale też jej słabsza sąsiadka NGC7006 (wyraźnie kulista mgiełka, ale ze śladami ziarnistości, zwłaszcza gdy stuknie się w teleskop). Również NGC6712 jest całkiem ładna, choć trochę plackowata, ale widać że kulista. Na uwagę zasługuje M22 - ogromna gromada, która pomimo bardzo niskiego położenia nad horyzontem, jest wspaniała. W kilku miejscach widać coś, co rzadko występuje w innych kulistych, a co opisałem jako „gromada w gromadzie”, czyli wyraźne zagęszczenie gwiazd na mniejszym obszarze. Bardzo chciałbym zobaczyć tę kulistą kilkadziesiąt stopni nad horyzontem. Biorąc pod uwagę, że robi wielkie wrażenie tak nisko, byłaby to na pewno petarda. Jeśli chodzi o pozostałe kuliste w Strzelcu, odwiedziłem: M54 („jest, i to tyle. Mgiełka na tle mleka, nie widać w ogóle, że to gromada”), M70 (jeszcze słabsza, gwiazdy wokół są jak placki), M69 nie wyłowiłem, M54 (tutaj coś się działo, pomimo ultra niskiego kontrastu widać było ziarnistość. Gromada wyraźnie większa od poprzednich. Próbowałem naiwnie podbić kontrast filtrem UHC ale nic to nie dało). NGC6638, która jest wyżej, też słaba, ale widać, że to gromada. Całe przedsięwzięcie z tymi kulistymi w Strzelcu opisałem w połowie jego trwania jako sztuka dla sztuki, bo wrażeń wizualnych było tu jak na lekarstwo oprócz M22, do której wróciłem na koniec, i dosłownie wywaliło mnie z kapci, jak jasna i duża jest wizualnie ta gromada, pomimo marnego położenia. Będąc w okolicy Strzelca spojrzałem (po prostu, aby odhaczyć) - gromadę otwartą M7. Widać było tuzin jasnych gwiazd, niestety nic poza tym - zbyt nisko, kontrast zerowy. Dla kontrastu po tych wszystkich słabiznach spojrzałem też na wspaniałą M11, z super ciekawą jasną czerwonawą gwiazdą z boku mgławicy. Przyjemna jest też M26 - niezbyt gęsta, ale ma ładny kształt. Oglądałem też inne gromady otwarte w okolicy, jednak nie poświęciłem im tyle czasu i z racji zmęczenia nie nagrywałem już wrażeń. Podjąłem próbę obserwacji gromad Palomar 10 i 11, niestety nieudaną. Galaktyki Na nie przyjdzie jeszcze czas, aczkolwiek rzuciłem okiem na NGC7331 - piękna podłużna igiełka, oraz Kwintet Stephana - tu niestety rozczarowanie, ledwie jeden składnik widoczny. W M33 najciekawsza była nie sama galaktyka, co NGC604, pięknie reagująca na filtr OIII. NGC185 - rozmyta ale łatwa. NGC278 - bardziej zwarta, jaśniejsza, jakby z lekką strukturą. Podsumowanie Zaliczyłem świetny powrót do hobby po latach - e-szukacz zmniejsza frustrację, a filtry (zwłaszcza OIII) są zbawieniem przy obserwacji mgławic. Mam mocne postanowienie, żeby od teraz znów częściej obserwować! Natomiast potrzebuję suwaka filtrowego, bo wkręcanie i wykręcanie filtrów celem porównania obrazu to udręka. To temat na DIY na kolejne tygodnie. Pozdrawiam, Radek
    15 punktów
  7. Nocka z niedzieli na poniedziałek była wyjątkowo przejrzysta, więc zszedłem dość nisko i już tam zostałem. Z wtorku na środę też było naprawdę dobrze - ciepło, sucho i znów ponadprzeciętnie przejrzyście. Następna taka noc w przyszłym roku, pewnie w czerwcu. Nad ranem już zima na niebie wylazła w pełnej krasie, co zresztą widać na ostatnim zdjęciu... Fociłem od 20.30 do 4.45 i do roboty rano nie dotarłem. Dobrze mi to zrobiło. 🙂 A kolorowe Omikrony w Nikonie 10x70 wyglądały przecudnie. Wszystko robione Canonem 6d i Askarem FRA 400, każdorazowo po ok. 50 klatek x 3 minuty.
    14 punktów
  8. My obserwowaliśmy z gór na północy Hiszpanii pomiędzy Sorią a Logroño. Na wybraną przez nas miejscówkę przyjechało dodatkowo może z 10 samochodów i generalnie było pusto. Strażnicy lasu podjechali tylko, pokiwali głowami i ostrzegli, żebyśmy tu nie nocowali. W trakcie operacji trochę się ciepło zrobiło, bo na całym niebie była jedna chmura, która przed fazą całkowitą zasłoniła Słońce 👽 Ale tuż przed maksimum odsunęła się na bok, a zjawisko w sumie na tym jeszcze zyskało (choć poziom paniki już był mocno wysoki). Dorzucam kilka zdjęć i podpisuję się obiema rękami pod tym, co napisał lukost - łącznie z ogłupiałymi nietoperzami. Reszta materiału się tworzy w bólach, bo obróbka zdjęć z zaćmienia to dla mnie zupełna nowość 🫠
    14 punktów
  9. Powoli obrabiam zdjęcia z całkowitego zaćmienia Słońca w Hiszpanii. Zdjęcie korony to połączenie 5 zdjęć o czasach ekspozycji 0,5s / 1s / 2s / 3s oraz 6s (ISO100) Wykonane obiektywem lustrzanym TAMRON SP 500/8 i Canonem 6D Pozostałe dwa w wersji minimalistycznej - drugi i trzeci kontakt
    13 punktów
  10. Wczorajsze niebo żyleta. Na początek wrzucam kilka zdjęć z przygotowań pod nocną sesje.
    12 punktów
  11. W końcu wszystko obrobiłem. Przydałaby się też krótka relacja. Długo czekałem, żeby zobaczyć głębokie zaćmienie Słońca. W 1999 - chyba coś pamiętam, że było, i byłem wtedy u rodziny pod Warszawą, o dziwo te z 1996 pamiętam doskonale, ale to było znacznie płytsze 2003 - było rano, miałem ustawiony budzik, który wyłączyłem przez sen.., jak się obudziłem było już po 2011 - całkowite zachmurzenie, zero szans 2015 - tylko przebłyski między chmurami, utkwiłem w jedynym na całą Polskę pasie chmur ok 100x200 km, tutaj zresztą zachowała się jeszcze relacja 😉 I taki wrzód na dupie niedosyt tkwił aż do tego roku. Miała być początkowo Hiszpania i całkowite, ale to z różnych przyczyn nie wyszło, temat definitywnie zamknął się pod koniec czerwca, jak i możliwość nawet wyjazdu w inny rejon Polski. Koniec końców musiałem zostać na Pomorzu, z drugiej strony to był najlepszy "technicznie rejon", bo zachodnia Polska miała największą fazę zaćmienia, a nad morzem maksymalna faza była najwyżej - nieco ponad 3 st. u mnie. Poza tym kusiła perspektywa zaćmionego Słońca chowającego się w morzu. Aby czegoś znowu nie spieprzyć - przygotowania do zaćmienia zacząłem z 10 dni przed (symulacje w stellarium, lista sprzętu, szukanie miejscówki - tą ostatnią znalazłem 3 dni przed zaćmieniem - spory parking, dość krótka droga na plaże i możliwość rozstawienia się górce. Sprzętowo i tak o mały włos bym był bez laptopa - 2 dni przed zaćmieniem zamówiłem w sklepie nową baterię, która dotarła na szczęście dzień poźniej - i wszystko działało. Ostatnie nerwy to prognozy - wszystkie aplikacje dzień przed pokazywały jakieś zachmurzenie w godzinach zaćmienia na środkowym pomorzu, ale już w dzień zaćmienia się poprawiły. Pakowanie sprzętu do samochodu zacząłem już gdzieś koło 16 i na wszelki wypadek dojechałem na miejsce już po 17 (nigdy nie wiadomo czy nie bedzie korków, i czy nie zajmą parkingu), czyli 2h przed zaćmieniem. Kolega dojechał później i ściagnał dość sporo znajomych, ostatecznie było nas kilkanaście osób. Sporo czasu zajęło też rozstawienie, i w zasadzie byłem gotowy jakieś kilkanaście minut przed rozpoczęciem zjawiska. Samo zaćmienie przebiegało bez przeszkód jakieś chmury zaczęły przeszkadzać dopiero pod koniec zjawiska, ale jeszcze Słońce wyłoniło się przed samym zachodem i można było obserwować jak zanurza się w morzu. Co zaskoczyło ? Słońce było oślepiająco jasne nawet podczas maksymalnej fazy na tak małej wysokości - dało się chwilowym zerknięciem zobaczyć fazę, ale wciaż zbyt niebezpieczne, aby patrzeć na nie dłuższą chwilę (do tego przykładałem sobie do oka filtr obiektywowy z ND5). Miałem refkraktor ED 102/714 z filtrem szklanym do obserwacji i foto Canonem, i Lunta 50 Double Stack na EQ do obserwacji i foto kamerką. Plus obiektyw do Canona 70-300 do szerszych ujęć - głównie pod koniec przy samym zachodzie. Kolega miał refraktor Bressera 152. Na dobrą sprawę jak mieliśmy kilkanaście osób to przydałoby się więcej sprzętu. Dobrze byłoby mieć osobny sprzęt do obserwacji, a drugi do samego foto, bo tak miałem sporo krzątania się od teleskopu do teleskopu i zmian aparatu/kamerki na okular i odwrotnie. Ale ogólnie jestem zadowolony, plan zrealizowany, głębokie zaćmienie zaliczone. Foto: ED 102/714 z filtrem szklanym + Canon 550D Lunt 50DS + Chameleon2 Obiektyw Canon 70-300 + Canon 550D
    12 punktów
  12. To jeszcze kilka słów o okolicznościach powstania zdjęć. Na południowy zachód wyspy, po wcześniejszym rekonesansie i zweryfikowaniu kilku miejsc wybraliśmy się wczesnym popołudniem, ale i tak dziki parking przy drodze wzdłuż wybrzeża był już prawie zapełniony. Niektórzy chyba koczowali tam od rana, ci co przyjechali godzinę po nas mieli już spory problem. Ogólnie, wbrew zapowiedziom, z poruszaniem się po Majorce aż tak źle nie było, choć ruch był duży, wszędzie było widać służby, a Guardia Civil, Policia Nacional i cholera wie kto jeszcze patrolowała wybrzeże także z łodzi i samolotów; część dróg została czasowo zamknięta. Ja wystąpiłem w roli tak zwanego ocupante i przy prawie czterdziestu stopniach dzielnie broniłem kawałka kamienistego urwiska przed wrogimi siłami. Na stanie mielim - prócz kilku Canonów - także Heliostara 76, który umilał widokami oczekiwanie na rozpoczęcie zjawiska i był w użyciu w początkowej fazie zaćmienia. Faza całkowita trwała krótko i robiąc foty trudno było znaleźć czas na wizualne podziwianie tego misterium natury, ale się starałem jak mogłem. Czarna dziura w niebie, otoczona świetlistą aureolą wyglądała jak wrota do innego wymiaru. Fajnie było widać gdzie na południu i północy kończy się obszar całkowitego zaćmienia, wylazły też najjaśniejsze gwiazdy plus Wenus (oraz jakiś zdezorientowany nietoperz). Było niesamowicie - teraz już wiem, że to moźe uzależnić. 🙂
    12 punktów
  13. 11 punktów
  14. @jolo no to oglądaliśmy zaćmienie po sąsiedzku. Ja miałem okazję wybrać się z ekipą że Szczecina. Nocowaliśmy w Logroño i oglądaliśmy z górki tuż przy miejscowości. chociaż prognozy były ciągle zmienne to nam się udało bez żadnych chmur. Wtargalismy na szczyt w sumie 3 teleskopy. Z czego dwa przeznaczyliśmy do obserwacji wizualnej , a jednym robiłem zdjęcia. Chociaż skupiliśmy się jednak na obserwacjach wizualnych. W kulminacyjnym momencie, ściągnęliśmy filtr i oglądaliśmy przepiękny widok zacmionego słońca razem z protuberancjami i rozświetlającą dookoła koroną słoneczną. Na szczęście słońce wciąż aktywne i jedna z protuberancji była naprawdę ogromna. Emocje były duże, a czasu bardzo niewiele. Co spowodowało, że na zdjęcia zostało mi na tyle mało czasu, że zrobiłem klasyczny błąd...zapomniałem ściągnąć filtra słonecznego 😅😆. No cóż. Może następnym razem będzie mniej emocji albo więcej czasu 😉
    11 punktów
  15. Canon 6d, Newton 200/1000, prawie 3h naświetlania + 5 h z filtrem L extreme dla wodoru. Niestety wodór zbierany przy pełni Księżyca z miasta i niewiele dał. Będę musiał dozbierać więcej materiału, bo szum jest nieakceptowalny. Tymczasem pokazuje co mam.
    10 punktów
  16. Kompozycja zdjęć z całkowitego zaćmienia w Hiszpanii. 12.08.2026
    10 punktów
  17. Drugi Księżyc mojego wyzwania, tym razem bardzo wyjątkowy, bo zaćmiony. Szkoda tylko, że chmury popsuły jakość, ale co poradzić.
    10 punktów
  18. Dzisiejszy w towarzystwie Rhea, zbierany chwilę po 1-szej. CC8" F/12 + ASI462MC + UV/IR Cut + Barlow x1.5 + ZWO ADC PiPP -> AS3! -> WinJupos -> AstroSurface Sumaryczny stack z 5 x 20% z 10.000 klatek
    10 punktów
  19. Nastawiłem budzik na 04:30, do torby wrzuciłem Nikona P950 oraz lornetkę 8x26. Nad zachodnim horyzontem pojawiały się niewielkie chmury, które stopniowo nachodziły na Księżyc. W mojej prognozie czegoś takiego nie było 😕 Ruszyłem 1km na upatrzoną dzień wcześniej "miejscówkę". Obserwowałem od około 04:50 do 5:30. Później Księżyc schował się za pobliskim lasem tonąc w chmurach 🙂 Lornetki nie użyłem nawet ani razu, gołym okiem ładnie było widać rosnący cień Ziemi. Poniżej dwa kadry, które zrobiłem Nikonem P950, jakość jest jaka jest - nie brałem statywu, a niskie położenie Księżyca również pogarszało jakość.
    10 punktów
  20. Dwa tygodnie temu udało mi się strzelić takie zdjęcie na wyjeździe bo akurat był dobry seeing.
    10 punktów
  21. Canon 6d, Newton 200/1000, prawie 11 h naświetlania. Klasa nieba 4-5.
    10 punktów
  22. Nie wiedziałem gdzie dać , to dam tu, zwłaszcza, że dotyczy wyżej opisanej planetarki Sh2-71. Doskonały przykład jak postrzeganie obiektów drastycznie różni się pomiędzy detekcją okiem a kamerą oraz instrumentami o małym i dużym polu widzenia. Sh2-71 to ta jasna i niewielka mgławica planetarna na dole zdjęcia. W binoskopie 6" jest bardzo trudna w detekcji. Niewielki rozmiar tej planetarki (pomimo relatywnie dużej jasności powierzchniowej) czyni zadanie niełatwym. W XWA 13mm (58x ,plus zmieniarka filtrów UHC/Hb/OIII/CLS) coś tam mryga od czasu do czasu na granicy percepcji. Na pewno przydało by się większe powiększenie, jednak i tak nie byłoby szału. W 16" jest oczywista i ciężko jej nie dostrzec. Ta chmurka nad Sh2-71 to mgławica emisyjna Sh2-72 i przy większej źrenicy wyjściowej (okular Svbony 32.5mm, 23x +filtry ) wyskakuje dość ochoczo z tła, zwłaszcza gdy przejeżdża się polem widzenia przez ten rejon. Pojawia się kilka pasów i wrażenie delikatnego cętkowania. Natomiast, kto próbował łowić ją w dużym niutku wie ,że temat jest ciężki ,żeby nie powiedzieć beznadziejny. Sh2-71 & 72 - Głęboki Kosmos (DS) - Astropolis - Astronomia i Astrofotografia
    10 punktów
  23. Dzisiajszy na koniec obserwacji,zjechał niemal do samego horyzontu.
    10 punktów
  24. Siemaneczko po zlocie 😉 (szkoda, że już koniec ;( ). Na zlot wziąłem tylko lekki sprzęt, bo mam dosyć taszczenia kilkunastu kilogramów po kilka razy do i z samochodu. Czyli Samyang 135 mm, ASI1600MC-Cool i SWSA GTi. A że ostatnio na forach coraz więcej jest fotek z krótkich ogniskowych, ale z dobrym detalem dzięki metodzie drizzle, to i ja postanowiłem spróbować - z M31 🙂 Na szczęście pogoda dopisała, więc zebrało się równe 6h materiału 🙂 Sprzęt - Samyang 135 mm @ f/4 + ASI1600MC-Cool @ gain 0, -10 C, IR-Cut 2" SVBony, guider 30/130 + ASI120MM Mini, SWSA GTi, ASIair Pro Ekspozycja - 120 x 180 s, dithering co 4 klatki, 40 darków, 60 flat-darków, 60 flatów Obróbka - drizzle x2, stackowanie, wstępne rozciąganie, crop do oryginalnej rozdzielczości kamery ASI1600, zmniejszenie i usunięcie gwiazd - Siril. Odszumianie - GraXpert. Złożenie w całość i obróbka - GIMP. Opis z Pixa - AstroBin. Uwagi mile widziane 🙂
    9 punktów
  25. Już w domku. Dziękuję i pozdrawiam uczestników zlotu. Było kameralnie ale fajnie. Wrzucam jeszcze kilka pamiątkowych fotek
    9 punktów
  26. "Czy to tak było, czy nie było, czy to tak było? Czy to tak było, czy nie było, tylko się śniło! Czy to tak było, czy nie było, jak to się stało? Czy to za dużo czy za mało?" Kazik - V Rozbiór Polski Prolog Skręcając w boczną drogę obok Kościoła, nawet nie przypuszczaliśmy, jak niesamowity widok ukaże się naszym oczom. Za zakrętem, po prawej stronie pokrytej grysem wąskiej jezdni, górskie zbocze zdawało się wznosić coraz wyżej, natomiast po lewej stronie teren ulegał wypłaszczeniu. Nieliczne poletka uprawne ustępowały miejsca zielonym pastwiskom, a za nimi coraz śmielej wkradały się rozległe łąki pokryte dywanem z jakichś żółtych polnych kwiatów. Wpuszczając się głębiej, również po lewej stronie zaczynało się wypiętrzać wzniesienie, dając znać, że miejsce docelowe znajduje się w uroczej górskiej dolince, a w zasadzie na zboczu, tuż nad nią. Dolinka była ograniczona na wprost kolejnym wzniesieniem, tym razem porośniętym przez ogromne iglaki, których kolejne piętro wznosiło się ponad poprzednim, informując o tym wystającymi wierzchołkami. Widok jak z fototapety! Brakowało jedynie mgieł unoszących się wprost ze świerkowego lasu, które okalałyby wzgórze delikatną, zwiewną chmurką. Cała ta okolica sprawiała wrażenie dzikiego i niemal dziewiczego zakątka, tak bardzo niepasującego do wioski, która została poniżej. Widok na wioskę odcinał dodatkowo pas mieszanego lasu z przewagą drzewostanu liściastego, wijącego się wzdłuż strumyka. Będąc tutaj i przemierzając tę drogę, można by pomyśleć, że ktoś skalpelem wyciął kawałek Alaski, a następnie wkleił go w to miejsce. Podobne wrażenie towarzyszyło nam przez cały pobyt i za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy w dolinkę, dalibyśmy się pokroić za to, że nie jesteśmy w naszym kraju, tylko gdzieś na odległej Alasce. Przeświadczenie to wzmacniał spoglądający na nas bielik, który posągowo usiadłszy na słupie starej linii telefonicznej, czujnym okiem patrolował okolicę. W zasadzie chyba tylko po to, by zaprezentować nam dzikość tego miejsca, gdyż po chwili, opadając ze słupa, rozłożył majestatycznie skrzydła i nabierając siły nośnej, poszybował w dal. I jedynie przyjazne boćki – czy to przechadzające się dumnie pomiędzy rozleniwionym bydłem wypasającym się przed zakrętem, czy ciągnące się szpalerem za orzącym ciągnikiem, a może po prostu zbierające się w sejmiki przed odlotem – sprowadzały nasze myśli na ziemię, podpowiadając, że tu nadal nasza ojczyzna. Wdzięki przyrody to jak zwykle wartość dodana pogoni za ciemnym niebem. Tym razem solidne Bortle trzy, ocierające się może nawet o dwójkę, chociaż nie należę do specjalnych fanów tej skali i uwagę zwracam na inne parametry. Urlop pod ciemnym niebem chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Chyba od momentu, gdy Trevor Jones z YouTube’owego kanału „Astro Backyard” wypuścił odcinek, w którym wybierał się wraz z rodziną na farmę pośród niczego, celem oddania się swojej pasji. Utwierdził mnie w tym Ed Ting, który jakiś czas później też opublikował materiał z astrourlopu w jakiejś zapomnianej przez Boga chacie na końcu niczego. A więc natchniony przez amerykańskich astro-youtuberów, szaleńczo zacząłem poszukiwać chatki w ciemnych rejonach kraju, aby spędzić tam kilka dni i nocy. Będąc szczerym, taka myśl chodziła mi już po głowie jesienią, jednak brak czasu na szukanie i brak chętnych na forach do podzielenia się fajną miejscówką sprawił, że plany przełożyłem na urlop wakacyjny. Gdy okazało się, że w wakacje urlop wypadnie nam w sierpniowy nów, w zaćmienie Słońca i w deszcz Perseidów, mój pomysł na astrourlop wrócił ze zdwojoną siłą. Tym razem energiczne przeszukiwanie już wczesną wiosną na Booking i jeeeest! Chatka odizolowana od wszystkiego, tylko jeden sąsiedni domek i w dodatku pod niebem Beskidu Niskiego, a w zasadzie na jego wschodnich peryferiach. To brzmi jak spełnienie marzeń! Ze schłodzeniem mojej gorącej głowy dzielnie pospieszyła kochana małżonka, przypominając, że wyjazd nosi znamiona wyjazdu o charakterze rodzinnym. Zapowiedź pewnych ustępstw jak najbardziej uzasadniona, a że moja lepsza połowa jest aktualnie w stanie błogosławionym, to tym bardziej. Apetyt na ciemne niebo i instynkt nocnego obserwatora nakazywały jednak wydrzeć pazurami z wyjazdu tyle, ile to tylko możliwe. Zgniły kompromis nakazywał zadowolić się jedynie dwiema nocami obserwacyjnymi i jednym wieczorem z Perseidami. Niestety, zaćmienie Słońca przeszło koło nosa, robiąc pa-pa, ale faktycznie mój punkt obserwacyjny mógł sprawiać trudność przy podejściu dla ciężarnej, możliwość wjazdu samochodem była niepewna, a samotny marsz pod górę jakoś mnie nie urządzał. Finalnie odpuściłem ten temat (wstyd się przyznać chłopakom z SOS-u), zadowalając się relacją na Astrolife i rozpamiętując w głowie ubiegłoroczne dość płytkie zaćmienie, które dane mi było zobaczyć. Jeśli chodzi o nocne obserwacje przy teleskopie, to przygotowałem sobie ze sporym wyprzedzeniem listę obserwacyjną w aplikacji „DSO Planner”, na której widniały dwieście dwadzieścia trzy obiekty letniego nieba. Sporo jak na dwie noce, ale wolałem mieć pewien zapas niż niedobór obiektów. Część z nich i tak była nieodpowiednia pod moją aperturę i w czterech calach stanowiłaby bardziej ciekawostkę i wyzwanie obserwacyjne. Na liście było trochę ciemnych Barnardów i obiektów gwiazdowych, z których finalnie zrezygnowałem. Mimo wszystko już na długo przed urlopem zastanawiałem się, jak to ugryźć. Można było strzelać do obiektów, które najprędzej schowają się pod horyzont – „DSO Planner” daje taką możliwość, aby w ten sposób ustawić listę obserwacyjną. Przy tym podejściu obawiałem się jednak, że i tak część obiektów w Skorpionie przy horyzoncie wytnie mi las, a także że zafiksuję się na ciemnych DS-ach, tracąc przy nich bezproduktywnie czas. Drugą opcją było zaczynanie od obiektów najaśniejszych. Tutaj natomiast istniała obawa skakania po całym niebie zamiast płynnego przechodzenia od obiektu do obiektu sąsiedniego, a wiadomo, że latem południowa Droga Mleczna obfituje w mnogość świetlistych klejnotów. Jak się później okazało, zwyciężyło podejście zdroworozsądkowe, które łączyło walory obu wymienionych filozofii namierzania obiektów. Taka metoda pozwoliła w miarę skutecznie odhaczać kolejne, w miarę jasne obiekty bez pomijania tych położonych niżej. Wtorkowa noc zapowiadała się całkiem przyzwoicie. Po upalnym dniu sięgnąłem po torbę i przytargałem ją na taras. Z torby wyjąłem trójnóg skręcony z głowicą AZ4, do gniazda głowicy wsunąłem szynę i skręciłem śrubę. Koło filtrowe wkręciłem w wyciąg, a następnie w całość wkręciłem kątówkę. Na celę nawinąłem grzałkę i podpiąłem ją pod powerbank. Wkręciłem również red dota. Po tym wszystkim rozstawiłem też statyw fotograficzny i sprzęgłem go z lornetką. Na stoliku stał już koszyk z okularami i z inną drobnicą, leżała tam też czołówka i papierowy atlas na wypadek, gdyby w telefonie padła przedwcześnie bateria, a powerbank dostałby zadyszki. Rozstawiłem też stolik obserwacyjny i krzesełko. Wróciłem do teleskopu i stwierdziłem, że zjustuję jeszcze szukacz na oddalonych o siedem kilometrów wiatrakach tak, aby fajnie celował nawet z powerem studwudziestopięciokrotnym. Pobawiłem się jeszcze trochę z okularami, czytając napisy na turbinach. Widząc, że raczej nic mnie nie zaskoczy, poszedłem do domku spożyć pyszną kolację przygotowaną przez ukochaną małżonkę, z niecierpliwością wyczekując chwili, kiedy noc pozwoli mi odkleić się na moment od Ziemi. Pierwsza noc obserwacyjna (11/12.08.2026) Pierwsza noc była jak zakochanie. Była niczym randka z najpiękniejszą kobietą. Dzika fascynacja przenikała się z pożądaniem. Uczucie, które mu towarzyszyło, można było porównać do momentu, gdy spaceruje się z nią po promenadzie za rękę, a w głowie rozgrywa się scenariusz części nieoficjalnej, kiedy ona leży w fantastycznej bieliźnie na łóżku. Wyszedł na zewnątrz trochę za późno, na pewno później, niż planował. Sprzęt był już przygotowany na tarasie, jednak trzeba było przenieść go na stanowisko obserwacyjne, upatrzone już wcześniej w narożniku działki, tam gdzie zbiegało się ze sobą ogrodzenie – z jednej strony panel, z drugiej strony prowizoryczna siatka, które zapewniało namiastkę psychologicznej bariery przed bytującymi tutaj drapieżnikami. Miejsce to gwarantowało najlepsze wypłaszczenie w obrębie działki, a także najlepszą ochronę przed kilkoma solarnymi lampkami wkopanymi w grunt, gdyż w pobliżu stała budowla przeznaczona do grillowania i biesiadowania, całkowicie przesłaniając słabe źródła światła. Zresztą, patrząc na południe, wiata i lampki zostawały za plecami. Wziął się do roboty. Rozścielił na trawie plandekę, a następnie przyniósł trójnóg z teleskopem, który szybko wypoziomował na lekko stromym gruncie. Pozostało przynieść z tarasu stolik turystyczny, krzesełko i pojemnik z okularami. Byłby zapomniał – jeszcze lornetka na statywie! Wrócił po nią na taras, ale stwierdził, że statyw nie miał w tej sytuacji większego sensu, i powiesił lornetkę na szyi. Wreszcie mógł stanąć przy teleskopie i unieść głowę do góry. Od razu popadł w zachwyt, choć wzrok potrzebował jeszcze trochę czasu, by zaadaptować się w pełni do ciemności. Droga Mleczna wyglądała niesamowicie. Była bogata w szczegóły i świeciła oszałamiająco jasno, połyskując jaśniejszymi rejonami w Strzelcu, w Tarczy, w Łabędziu. Poprzez konstelację Łabędzia przebiegała w sposób wyrazisty Wielka Szczelina, sprawiająca, że jedna strona gwiazdozbioru lśniła skąpana w brokatowej galaktycznej wstędze, podczas gdy druga brodziła w ciemnościach. Z łatwością można było wypatrzeć jaśniejsze obszary Galaktyki i poszarpane włókna ciemnych mgławic, na których podziwianie i identyfikację można by poświęcić kilka nocy. Bardzo ujął go ten widok, gdyż od oceny widoku Drogi Mlecznej miał w zwyczaju rozpoczynać letnie obserwacje. To ona była subiektywnym wyznacznikiem jakości nieba, a stąd wyglądała wprost fenomenalnie. Jako wzrokowiec przywołał szybko w swojej głowie fotografię Drogi Mlecznej spod opolskiego nieba, gdzie dobrze było widać jedynie figurę krzyża w Łabędziu, choć Albireo było już słabsze od reszty gwiazd. Po dłuższym wpatrywaniu można było dostrzec pozostałe gwiazdy tworzące ciało Łabędzia, a rzucający się w oczy widok Omikronów świadczył o lepszej jakości miejskiego nieba w danym dniu. To okropne, w jak zastraszającym tempie uśmiercamy widok nocnego nieba – pomyślał. A przecież jeszcze kilka lat temu widział spod domu zarys galaktycznego pasa przebiegającego przez tę konstelację, a także M39. Tutaj był zupełnie inny świat. Kulturowe dziedzictwo ludzkości w postaci Drogi Mlecznej było niemal nieskażone zanieczyszczeniem świetlnym, choć rysą na szkle mogły być przelatujące co chwilę jasne satelity, które brał za kolejny przykład dewastacji. Zanim popatrzył w okular, ujął w dłonie lornetkę. Ten schemat był niemal jak nawyk: najpierw niezbrojone oko, następnie lornetka, na koniec teleskop. Nieco bawiły go wpisy na fejsbukowych grupach typu: „Ratunku, jak znaleźć DS-y na niebie, nie umiem w nic wycelować!!!”. No a jak wycelować bez kontekstu? To właśnie dlatego lornetkę traktował jako nieodzowny przyrząd obserwacyjny, dobro komplementarne do teleskopu. Lornetka pokazała znacznie więcej niż gołe oko. Chmura gwiazdowa w Tarczy wyraźnie odcinała się od tła, ograniczona niemal prostymi liniami przez jakieś ciemne galaktyczne pyły. Przynajmniej takie można było mieć wrażenie, spoglądając przez niewielką dwururkę. Kiedy już nieco nasycił pierwszy głód obserwacyjny, znów spojrzał na firmament niezbrojonym wzrokiem. Nad lasem południowy horyzont zasnuły chmury. Szkoda, bo planował zacząć od Skorpiona, ale cieszył się, że lista obserwacyjna jest długa niczym ławka zawodników rezerwowych w dobrym klubie piłkarskim. Listę otwierały ciemne mgławice. Pomyślał, że skoro lornetkę ma już w dłoniach, to może zacznie nieco wyżej, a E Barnarda (B142-143) to doskonały cel na rozgrzewkę. Szybki sus do Altaira, po czym do Tarazed. No i niestety przestrzelił. Nie miał pod ręką dokładnej mapki i poszedł zbyt wysoko. Zaczął nerwowo przeczesywać okolice lornetką i nagle natknął się na B142. Radość była ogromna, bo był to jego pierwszy raz z tym obiektem. B143 wydała mu się już mniej oczywista. Miał nadzieję tam jeszcze wrócić w przyszłości i przyjrzeć się dokładniej oraz z większą atencją, gdyż kiedyś wyczytał, że nawet na podmiejskim niebie też udaje się ją czasem wypatrzeć. Po tym obiekcie stwierdził, że więcej Barnardów nie będzie oglądał z uwagi na to, że ich poprawna identyfikacja może być zbyt aprobująca. Do tego, oprócz ciemnego nieba, jest jednak potrzebne również dobre przygotowanie, którego tym razem zabrakło. Zdecydował, że środek ciężkości kolejnych obserwacji zostanie przeniesiony na jasne obiekty. Aczkolwiek następny był asteryzm lornetkowy, dawny polski gwiazdozbiór – Byk Poniatowskiego (Mel 186). Spojrzał na niego i nie budził dziś w nim dumy z polskości, jak wówczas w Dobroszowie. Zamiast dumnego byka widział gwiezdnego, młodego ciołka, który starał się pozować na groźnego i spoglądał mu do lornetki spod byka. Patrzył tak beznamiętnie na ciołka dłuższą chwilę, a ciołek na niego. W głowie rozbrzmiał mu tekst Kazika: „Gdy byłem młodszy, byłem bardziej beztroski. Nie lubię już Polski!”. No bo w zasadzie za co miałby lubić Polskę: za znowelizowaną Ustawę o Obronie Ojczyzny, za głupią politykę międzynarodową, za kilometrowe kolejki w upalne lato na autostradach czy za kapryśną aurę, często utrudniającą mu czerpanie pełnej radości z uprawiania miłośniczej astronomii obserwacyjnej? Kiedyś patriotyzm był dla niego czymś ważnym. Dziś wiedział, że jest tylko wydmuszką, którą posługują się skorumpowani politycy. No bo gdyby się urodził w innym kraju, to czy byłoby mu znacznie gorzej? A może byłoby mu znacznie lepiej? Żałował, że nie urodził się gdzieś bardziej na południu, gdzie noce są cieplejsze i częściej bezchmurne. Jednakże czy urodzenie się w innym kraju nie obligowałoby go znowu do kolejnej ślepej i wiernopoddańczej miłości, tyle że tym razem wobec innego kraju? Dziś bardziej rozumiał, co to znaczy być obywatelem świata, obywatelem planety Ziemia. Szczególnie teraz, przy teleskopie, całkiem dobrze rozumiał znaczenie słowa „KOSMOpolita”. A w ogóle co to za głupi pomysł, aby gwiazdozbiory mieszać z polityką! Tarcza Sobieskiego, Byk Poniatowskiego!? Szkoda, że nie Puchar Kwaśniewskiego – pomyślał. Czym prędzej uciekł wzrokiem od polskiego gwiezdnego ciołka. W niedalekim pobliżu leżą cztery gromady otwarte, więc czego by złego o ciołku nie powiedzieć, stanowił on niezłą bazę wypadową. Tuba teleskopu sprawnie przeskoczyła nieco w bok do rozległej IC 4665, a następnie niżej do Cr 350. Tutaj obserwator odnotował luźną strukturę słabszych gwiazd. Kolejne były IC 4756 i jej mniejsza towarzyszka NGC 6633. Aby tam dotrzeć, trzeba było skierować tubus znów przez ciołka, tym razem w lewo i do góry. IC 4756 jest kątowo większa niż jej koleżanka obok, ale to NGC 6633 wydała mu się ładniejsza, wyróżniająca się i odcinająca na tle innych dosyć ciasno upakowanych w tym rejonie gwiazd. Wszystkie te gromady podziwiał na szeroko z długoogniskowym okularem dwa cale. Obserwator znał ten rejon nieba i zdarzało mu się tutaj często wracać. Odkleił oko od okularu, aby sprawdzić, czy zachmurzenie na południu ustąpiło. Wstęga Drogi Mlecznej faktycznie sięgała teraz lasu. Niestety Skorpion był już poza zasięgiem. Strzelać można było już tylko do Strzelca. Wziął głębszy oddech, może dlatego, że lubił chłonąć noc w pełni organoleptycznie. Zawsze żałował, że nie może jej dotknąć i posmakować. Jej smak wyobrażał sobie jako mieszankę nut cierpkich i gorzkich oraz nieco dymnych, z domieszką lekkiej słodyczy na końcu, wynagradzającej człowiekowi jej surowy charakter i wszelkie niedostatki, jak chłód czy ciemność, która de facto dla miłośnika nieba w istocie była zaletą. Jednak jaka by była w dotyku? Instynktownie wyciągnął rękę. W zasadzie wcale nie po to, by ją dotknąć, ale aby sprawdzić, czy noc może być tak ciemna, że nie widać końca swojej wyciągniętej dłoni. Niestety, noc na skraju Beskidu Niskiego i Bieszczad taka nie była. Pomyślał, że przydatny będzie w przyszłości kaptur obserwacyjny, pozwalający odciąć wszelkie rozproszone, boczne światła. Wzrok, węch, słuch – pomyślał. Wiedział, że obcując przy teleskopie, może bezpośrednio zobaczyć, jak wygląda piękno nocy. Jeśli chodzi natomiast o dźwięki, to każda noc brzmiała inaczej. Znał noce brzmiące podniosłym koncertem pasikoników i cykad, cicho bzyczące chmarami komarów, intrygująco niosące się nawoływaniem saren. Ta noc dzwięczała nie mniej specyficznie. Świerszcze jakby tylko akompaniowały, jednak pierwsze skrzypce odgrywało nerwowe szczekanie psów, które dobiegało co jakiś czas (o dziwo!) od strony lasu. Niezwykłe było to głównie dlatego, że do najbliższej miejscowości na południu było około dziewięciu kilometrów. Noc ma jednak swoje prawa, a pośród jej głuszy donośne dźwięki potrafią nieść się naprawdę daleko. Szczekanie psów rozlegało się co jakiś czas i brzmiało jak wzajemne ostrzeganie się przed intruzem. Na długo przed wyjazdem wyobrażał sobie zapach tych nocy. W jego wyobraźni pachniały one polnymi kwiatami, soczystymi trawami z domieszką żywicznego zapachu niesionego przez iglasty las. Niestety noc była bezwonna. Do czasu, kiedy to nagle usłyszał dźwięk płynącej wody i poczuł lekki fetor studzienki kanalizacyjnej. Poświecił lekkim czerwonym światłem przed siebie. Faktycznie, tuż przed stanowiskiem obserwacyjnym wyłaniała się z trawy niewielka klapa małej studzienki. Pomyślał, że dla widoków tej nocy jest w stanie przetrwać nawet i te niedogodności. Dźwięk płynących w kanalizacji ścieków ucichł, ucichły też zawodzące psy i grające świerszcze. Po kilku chwilach zniknął również nieprzyjemny zapach. Zrobiło się ciemno, cicho i nieco chłodniej niż jeszcze kilka minut wcześniej. Czas nie był z gumy, trzeba było wrócić do teleskopu, a skoro Strzelec odsłonił swoje skarby, to należało korzystać. Tym razem teleskop wycelował w M8. W mniejszym powiększeniu mgławica była podłużną, świetlistą chmurką z pojaśnieniami w swojej strukturze. Większe powiększenia pozwoliły wyłuskać mu ciemny pył dzielący mgławicę na dwie części, a także dostrzec w jej wnętrzu gromadę otwartą NGC 6530. Wymiana filtrów potęgowała tylko jego doznania, a koło filtrowe znacznie ułatwiało sprawę. Zauważył, że w zależności od użytego filtra mgławica uwypukla oraz ukazuje inne regiony, a najwięcej pokazała z najwęższym filtrem. Obserwator obalił kolejny mit, który utkwił mu w głowie, a mówiący o tym, że najlepszym filtrem jest ciemne niebo. W jego obecnym mniemaniu, którego właśnie nabierał, to akurat pod niemal idealnie ciemnym niebem filtry rozwijają dopiero skrzydła. Nieopodal Laguny świeciła mniejsza mgławica – Trójlistna Koniczyna (M20). Zahaczył wzrokiem również i o nią, jak i o sąsiednią gromadę otwartą M21. Koniczyny nie sposób pominąć, lecz w czterech calach apertury nie jest to obiekt spektakularny. Nieco inaczej było z gromadą kulistą M22. Ciężko było mu ją przeoczyć, bo sama rzuca się w oczy. W jego opinii niczym nie ustępowała M13. Najlepszy widok uzyskał z okularem piętnaście milimetrów, gdzie gromada była jeszcze wystarczająco jasna, a ujawniała już dość dobrze swój charakter. W widoku była to ładna, jasna kaszka, co zresztą odnotował w aplikacji do obserwacji nieba. Następna w kolejności ustawiła się inna kuleczka z bliskiego sąsiedztwa – NGC 6642. Ta jednak z góry była na przegranej pozycji, może w szczególności dlatego właśnie, iż oglądana tuż po tak urodziwej konkurentce. NGC 6642 jest zdecydowanie mniejsza i ciemniejsza, więc nie dziwi notatka, jaką zostawił przy niej obserwator: „Niby coś tam jest, ale trzeba postukać w okular. Nic spektakularnego jak na tę aperturę. Oglądana w okularze 9 mm (x55)”. Na pocieszenie postanowił wycelować w nieco niżej położoną gromadę kulistą M28, licząc, że jako obiekt o parametrach pośrednich względem poprzedniczek będzie smacznym kąskiem. Nieszczęśliwie, bo po północy, wisiała już dosyć nisko, więc żadnych specyficznych szczegółów nie udało się wyłuskać. Ot, zwykła kulista mgiełka. Stwierdził, że powinien powetować sobie dwa ostatnie obiekty, a że M24 jaśniała jeszcze nad wierzchołkami świerkowego lasu z naprzeciwka, czem prędzej skierował tam soczewki refraktora. Chmura gwiazd w konstelacji Strzelca nigdy nie zawodziła, szczególnie obserwatorów wyposażonych w specyficzne krótkogniskowe sprzęty typu Rich Field Telescopes. M24 została jakby stworzona pod te teleskopy i obserwator również nie zawiódł się tym widokiem. Chmura gwiazd pięknie wypełniła pole szerokokątnego okularu o powiększeniu piętnastokrotnym. Kilkanaście jaśniejszych gwiazd unosiło się w przestrzeni na tle połyskującej zgęstki złożonej z drobniutkich, ciemniejszych gwiazdek. Wisienką na torcie była M18, dostrzegalna jako malutkie pojaśnienie, gwiezdne skupisko materii na koniuszku M24. Obserwator jakoś nie miał tutaj ochoty na większe powiększenia. Było idealnie. Gdy już nasycił oczy tym widokiem, zerknął na listę oraz na mapę w telefonie. Wypatrzył blisko obok całkiem jasną M25. Naturalnie postanowił wyzerkać ją również w okularze. Luźna gromada otwarta całkiem uroczo wyglądała z zawijasem w kształcie wywiniętego ogonka, który układał się z dość jasnych gwiazdek powyżej. Rozmiarowo ocenił ją jako gromadę średniej wielkości. Coś pomiędzy M24 a M18. Zdziwił się sam, że wcześniej tutaj nie zaglądał, ale postanowił wracać. Naturalną koleją rzeczy uniósł teleskop wyżej. Mgławica Łabędź (M17) oraz Mgławica Orzeł (M16) to szlagiery, których nie mógł pominąć. Na tych obiektach poeksperymentował z filtrami, jednak finalnie stwierdził, że i tak ten obszar pod tym niebem najlepiej wygląda... w lornetce! Mgławice widziane w kontekście prezentowały się wprost cudownie, a gromada otwarta NGC 6604 położona tuż nad nimi dodawała uroku i była niczym naturalna kontynuacja mgławicowych klejnotów, wszystko skąpane w rozświetlonym rejonie pasa Drogi Mlecznej. W NGC 6604 również szukał śladów mgławicowości od Sh2-54. Finalnie stwierdził, że jeśli coś nawet ją dodatkowo rozświetla, to raczej jest to tylko poświata gwiazd. Żegnając się tej nocy z tymi obiektami, spojrzał na nie ostatni raz przez lornetkę i przywołał sobie z pamięci jakiś artykuł bądź wpis na forum autorstwa doświadczonego lornetkowca. Autor forsował tezę, że obserwacje DS-ów przez lornetkę mają sens, gdyż obserwator, mimo że nie wyłapuje zbyt wielu detali, ogląda obiekty w kontekście. Dodatkowo mapuje sobie przy tym w głowie topografię nocnego nieba i porównuje rozmiary kątowe obiektów. – Tak, to niewątpliwa zaleta – westchnął do siebie pod nosem i przypomniawszy sobie ostatnie obserwacje z kolegami, sprawnie przeskoczył do Gromady Dzika Kaczka (M11). Pod chrzelickim niebem zaprezentowała się bardzo przyzwoicie. Oglądana w szerszym kontekście wyróżniała się charakterystycznym położeniem wzdłuż świetlistego gwiezdnego szlaku. Spod beskidzkiego nieba wrażenie było spotęgowane. Cudnie wyglądała w mniejszych oraz w średnich powiększeniach, gdzie zaczynała już uwidaczniać się delikatna struktura ziarnistości tej drobnej i zwartej gromady otwartej. Dodatkowo ciemne pyły i chmury gwiazd w okolicy intensyfikowały wrażenia obserwacyjne. Postanowił pozostać w obrębie Tarczy i przypatrzeć się nieco dokładniej jej klejnotom. Skierował się więc w dół, do gromady kulistej NGC 6712. Tutaj było już ciężko cokolwiek rozdzielić, ale zauważył jaśniejsze centrum i stwierdził, że gromada jest nawet całkiem ładna. Następnie w średnim powiększeniu oglądał M26 – małe pojaśnienie z jedną bardziej widoczną gwiazdką w rogu gromady. Tournée po Tarczy zakończył na NGC 6664. Widział ją jako dosyć luźny maczek z ciemnych gwiazd przy gwieździe Alfa Scuti. Stwierdził, że tutaj byłby potrzebny większy teleskop, chociaż według niego w czterech calach najlepszy i wciąż miły dla oka widok osiągnął w powiększeniu pięćdziesiąt pięć razy. Z każdą chwilą odczuwał coraz większy chłód, a temperatura pewnie wynosiła niewiele ponad dziesięć stopni Celsjusza. Zawsze pamiętał, aby ubierać kilka warstw na cebulę, ponieważ w bezruchu organizm szybciej się wychładza. W termosie miał też ciepłą kawę. Kilka łyków nieco go rozgrzało i ocuciło. Można było działać dalej. Postanowił udać się do mgławic w Łabędziu. W zasadzie po co przyjeżdżać pod ciemne niebo latem, jak nie po te widoki? Obie łatwe do namierzania, choć w Chrzelicach miał chwilowy problem z Veilem, który początkowo nie chciał się pokazać w okularze. Obie niesamowicie trudne bez filtra, szczególnie na podmiejskim niebie. Przez długi czas były dla niego niczym awers i rewers tej samej nieuchwytnej monety. Wiedział o ich istnieniu, czytał o nich, widział ich zdjęcia, ale ciągle były dla niego niedostępne. Były nieuchwytne tak bardzo, że zaczynał w ogóle wątpić w ich istnienie. Kluczem dostępu do elitarnego klubu obserwatorów tych mgławic okazały się filtry, przed którymi długo się wzbraniał. Naczytał się wielu mitów na temat ich stosowania, mówiących, że cztery cale apertury to mało, by cieszyć się oferowanymi przez nie widokami. Gdy w końcu przełamał się i zakupił pierwszy filtr, okazało się, że zobaczenie tych obiektów to nie żaden wyczyn, a ich obraz w okularze jest obłędny. Zabawa w astronomię zaczęła się z nimi na nowo! Tym razem zaczął od Mgławicy Ameryka Północna (NGC 7000). W widoku przefiltrowanym była oczywista, a po czasie nawet zaobserwował jej bardzo delikatną poświatę również w świetle widzialnym. Przecierał oczy ze zdumienia, ale bez filtra faktycznie coś lśniło najbardziej w rejonie Zatoki Meksykańskiej. Przez długi czas poddawał w wątpliwość możliwość dostrzeżenia Ameryki bez filtra, a nawet go to śmieszyło. Jednak ostatnio także jeden z jego kolegów zaraportował taką obserwację. Czyli pod bardzo ciemnym niebem jej detekcja jest możliwa. Mimo wszystko to właśnie w filtrach wyglądała ona najlepiej, a im węższy filtr, tym ciekawszy widok mgławicy i lepszy detal. Z filtrem OIII 10nm Ameryka sprawiała wrażenie wręcz trójwymiarowej. Niektóre jej obszary wyglądały na uwypuklone względem struktur, które leżały jakby głębiej. Być może był to tylko pewien efekt wizualny, jednakże tak to było właśnie widoczne. Widoczne były też pojaśnienia w rejonie Pelikana (IC 5070). Były one subtelne i gładkie w odbiorze, a kontury nie tak wyraźnie zarysowane jak w NGC 7000, lecz dosłownie rozpływały się stopniowo i zanikały w czerni kosmosu. Mgławica Welon (NGC 6992, NGC 6995 oraz NGC 6960) tej nocy nie była tak kapryśna i niechętna jak w Chrzelicach. Tutaj dosłownie nachalnie wskoczyła w pole widzenia okularu i jadała mu z ręki. W okularze widział cały kompleks mgławicy. Część wschodnia była oczywista. Część zachodnia, czyli Miotła Wiedźmy – bardziej ulotna, nie sprawiała tutaj żadnych trudności. Z doświadczenia wiedział, że NGC 6960 bywała bardziej wyczulona na zanieczyszczenie nieba światłem. Podczas gdy w Chrzelicach bywała ulotna, to pod ciemniejszym niebem w Czechach była całkiem wyraźna. Natomiast tutaj była po prostu... wyrazista. – Zaraz, zaraz... – wyszeptał, kręcąc kołem filtrowym. – Ale co to? Oprócz części wschodniej i zachodniej srebrzyło coś jeszcze i było równie oczywiste jak dwa składniki oglądane zazwyczaj przez niego pod jaśniejszym niebem. Radość była ogromna, bo wszystko wskazywało na to, że po raz pierwszy jego oczom ukazał się Trójkąt Pickeringa. A właściwie Trójkąt Williaminy Fleming, która odkryła go w 1904 roku. Edward Pickering był wówczas dyrektorem Obserwatorium Harvardu, gdzie pracowała Fleming. Podobno w tamtych czasach normą było, że dyrektorzy laboratoriów i obserwatoriów przypisywali sobie zasługi za odkrycia swoich podwładnych – zwłaszcza jeśli były nimi kobiety. Anegdota mówi, że Williamina Fleming zaczynała u niego jako... pokojówka. Pickering, sfrustrowany pracą swoich męskich asystentów, miał powiedzieć, że jego szkocka pokojówka zrobiłaby to lepiej. Zatrudnił ją, a Fleming okazała się genialną astronomką. Ostatecznie skatalogowała tysiące gwiazd i współpracowała w tworzeniu Katalogu Henry’ego Drapera. Odkryła także słynną Mgławicę Koński Łeb. Obserwator cieszył oko jeszcze długo tym widokiem. Kompleks Veila świecił pięknym, jasnym światłem w oczy, a nowodostrzeżone struktury były nie lada prezentem od beskidzkiej nocy i bardzo miłym zaskoczeniem. Telefon od żony o wpół do trzeciej sprowadził go skutecznie na Ziemię, przypominając mu, że pora już kończyć. Nie pozostało nic innego, jak włączyć halogen i pozbierać sprzęt ze stanowiska. Zakończenie obserwacji i składanie ekwipunku wydało mu się niezwykle prozaiczne wobec całej tej nocnej poezji, która wciąż niezwykle głęboko rozbrzmiewała i rezonowała dźwięcznym, choć wciąż subtelnym echem w jego sercu i duszy. Gdy już prawie skończył, westchnął głęboko. Znowu był tylko zwykłym, szarym człowiekiem w całej tej przyziemnej i tak powszedniej rzeczywistości. A przecież jeszcze przed chwilą czuł się zupełnie inaczej i był zupełnie kim innym. Był istotą kosmiczną! A może tak mu się tylko wydawało... Wieczór z Perseidami (12.08.2026) Ta noc była od dawna skrzętnie zaplanowana w jego głowie. Ciemne niebo, księżycowy nów pozwalający dostrzec niemal wszystkie sypiące się z nieba Perseidy. Do tego dwa rozłożone leżaki, świerszcze akompaniujące całemu spektaklowi i długie rozmowy pomiędzy nimi, pozwalające przegadać to, co było niedopowiedziane i przemilczane, lub na co zwyczajnie brakowało czasu w codziennej gonitwie. Na tarasie stały dwa typowo resortowe leżaki o plastikowej konstrukcji. Oba wyściełane dość grubym materacem, co było znacznym udogodnieniem – szczególne dlatego, że ten wieczór był zdecydowanie bardziej wilgotny i zimny niż poprzedni. Chłodu obawiał się najbardziej, gdyż był niemal pewien, że niska temperatura może skutecznie pokrzyżować jego plany. Doskonale znał bowiem swoją żonę i wiedział, że nie znosi ona wieczornego chłodu. W zasadzie przeważnie on stanowił przeszkodę niepozwalającą na wspólne spędzanie czasu we dwoje pod gwiazdami, co zawsze wydawało mu się dość romantyczne. Narzucił jeszcze sztuczne, puchate futerka na materace oraz koce do przykrycia, które wieńczyły dzieło. Nie chciało mu się już wracać do domku, więc sięgnął po telefon. – Idziesz, Skarbie? Wszystko już gotowe? - zapytał ze sporą nadzieją. – Przyjdę, jak będą już spadać gwiazdy. – Chodź, chodź, sypią się jak z rękawa – skłamał. Wiedział, że żona kłamstwa nie znosiła, podobnie jak chłodnych nocy, a może nawet bardziej. Sam się czasem łapał na kłamstwie i też chyba tego nie znosił. – No i jak tam, spadają? – zapytała, przychodząc, jakby już nieco zniecierpliwiona, lecz wewnątrz żądna wrażeń. Spojrzał na nią i w głębi duszy chyba już wiedział, że jeśli w ciągu najbliższych sekund nie przeleci spektakularny bolid na miarę Czelabińska, to tę noc spędzi w samotności. W sumie za ten stan rzeczy obwiniał krzykliwe, clickbaitowe, medialne nagłówki pokroju: „Dziś w nocy spektakularny deszcz meteorów” lub „Niesamowita pełnia niebieskiego Księżyca”. Wiedział doskonale, jak nakręcają one laików, przebodźcowanych do cna różnorodnymi cudami na kiju, wymagającymi od nocnego nieba przepychu, filmowego rozmachu oraz niezapomnianych doznań, najlepiej na tu i teraz. Podczas gdy niewymowne piękno kosmosu wymaga od obserwatora cierpliwości, poświęcenia, regularności i wytrwałości. Wówczas zdarza się, że wynagradza ten cały trud mrugnięciem oka, a czasem nagroda przechodzi koło nosa. – Połóż się na leżak, zobacz, jaka niesamowita Droga Mleczna. W mieście takiej nie mamy – wskazał przy tym palcem w zenit. – Droga Mleczna mnie dzisiaj nie interesuje. Przyszłam pooglądać Perseidy – ucięła stanowczo. – Sama ocenię, czy warto tu dzisiaj marznąć – dodała po chwili. Westchnął głęboko i spojrzał błagalnie w niebo. – Ooo, tam poleciał jeden... i tutaj też – wskazała palcem kierunki na niebie i chyba nawet zaszkliły się jej oczy. Cały czas patrzył w niebo i wiedział, że to, co właśnie spadło, nie mogło zrobić większego wrażenia. Żona postała jeszcze chwilę z zadartą do góry głową, przebierając przy tym nerwowo nogami. A może po prostu było jej chłodno. – Dobra, idę do środka – oznajmiła, a jej słowa zabrzmiały jak wyrok. – Długo tu jeszcze będziesz siedział? – Do białego rana – powiedział z lekkim przekąsem, jak to miał w zwyczaju. – Nie żartuj. Bądź za godzinę. – Będę za dwie. – Półtora. – Okej. Rozmowę po chwili domknął odgłos zamykanych drzwi. Niemal w tej samej chwili przez nieboskłon przemknęły dwa świetliste Perseidy, oba zjawiskowo jasne. Został sam w ciemnościach nocnego nieba. W jego oczach odbijały się tysiące gwiazd, część z nich odległa o tysiące lat świetlnych. Co jakiś czas pojawiała się na niebie smuga, a on czekał na zjawisko, które zapadłoby mu w pamięć na resztę życia. Widział wiele spadających gwiazd, lecz bolidu nie widział nigdy. Czasem zdarzały się zjawiska, gdzie w pogodną noc kątem oka wyłapał gwałtowne pojaśnienia na niebie, jakby błyskawicę. Nigdy jednak nie towarzyszyło temu żadne zjawisko dźwiękowe oraz nie było smugi, która znikałaby przez kolejną minutę. W głębi duszy wierzył, że tej nocy będzie inaczej i wydarzy się coś niesamowitego. Ta noc była inna niż poprzednia. Świerszcze nie grały, a psy nie szczekały. Było jakby cicho, nieco głucho. Ta subtelna cisza podkreślała majestat i odrębność tej nocy od innych. Czasem tylko ptactwo wydawało dziwne odgłosy i co jakiś czas przelatywała spadająca gwiazda – raz jaśniejsza, raz ciemniejsza, ogólnie nic szczególnego. Odgłosy nocy zawsze go ciekawiły, odkąd wyzbył się w sobie naturalnego, choć nieco irracjonalnego strachu przed ciemnością. To był warunek konieczny, aby w sposób nieskrępowany uprawiać miłośniczą astronomię pod nocnym niebem. Gdy pierwszy raz wyjechał samotnie w mrok na obserwacje, wyobrażał sobie, że jest dzień, tyle tylko, że jest ciemno, i w zasadzie nie może się wydarzyć nic nadzwyczajnego. Ludzie raczej nie podróżują po nocach, a na psychola z nożem łatwiej nadziać się w centrum miasta. Zresztą, gdyby ktoś próbował go zaatakować, sam mógłby wyciągnąć kominiarkę i lewarek, udając niezrównoważonego psychicznie zwyrola, który przyjechał tu zakopać czyjeś zwłoki. Bardziej niż ludzi obawiał się zwierzyny. Wiedział, że nocą reguły gry na łonie natury ulegają zmianie: na żer wychodzą nocne drapieżniki, a samce kopytnych w okresie godowym stają się agresywne. Tutaj nie był w stanie zaklinać rzeczywistości, bo doskonale wiedział, jakie prawidła działają w przyrodzie – większy zjada mniejszego, szybszy wolniejszego. Wolne są na przykład ślimaki. Kto zjada ślimaki? Może niedźwiedzie? Coś kiedyś obiło mu się o uszy. – Eeeej, ejoooo! – przeraźliwie głośny wrzask wyrwał go z zadumy. Dłuższą chwilę krzyk odbijał się jeszcze echem i niósł się po lesie. Dzikiemu okrzykowi zawtórowało szczekanie psów od strony lasu, które dotychczas najwyraźniej spały. – Eeeej, auuuuu! – po chwili odkrzyknął ktoś inny. Następnie chyba ze trzy głosy roześmiały się do rozpuku. Gdy śmiech ucichł, nawiązała się jakaś rozmowa przeplatana płynną łaciną. Występ zakończyło wspólne wykonanie a cappella jakiegoś rapowego kawałka, który brzmiał niczym wiejski folk z elementami disco polo. – Niezła faza – bardziej pomyślał, niż powiedział. Sięgnął pamięcią gdzieś głęboko do szuflady z młodzieńczymi wspomnieniami. Wygrzebał z niej sytuację, w której po seansie „Blair Witch Project” na odtwarzaczu DVD, wypiciu kilku piw i wypaleniu dziwnego papierosa, wraz z kolegami nabrał ochoty, by pobuszować nocą po lesie. Ale na Boga! Raczej nie zrobiliby takiej wyprawy w lesie oddalonym o kilkanaście kilometrów w linii prostej od miejsca, gdzie niedźwiedź zaatakował człowieka. Podziwiał beskidzką młodzież za odwagę, choć czasem mylił ją z głupotą. Pomyślał o słowach przypisywanych bodajże Kopernikowi, mówiących, że człowiek całkowicie zmienia swoje myślenie co dekadę. Faktycznie, sam w wieku dwudziestu lat myślał o sobie, że jest najmądrzejszy, a popełniał masę głupot. W wieku trzydziestu lat wiedział, że są mądrzejsi, a głupot popełniał mniej. Teraz, w wieku lat czterdziestu, w ogóle nie czuł się mądry, a głupoty wciąż sporadycznie popełniał. Tak, głupoty... życiowe błędy. Czy człowiek wraz z wiekiem doszedłby do stanu, gdzie nie popełnia w ogóle błędów? Głęboko się nad tym zastanawiał, bo przecież błąd jest wpisany w ludzkie działanie i to właśnie błędy pchają ten świat do przodu. A gdyby nie było błędu, to nie byłoby postępu. Może to właśnie dlatego Bóg na łamach Biblii skrócił ludziom życie do około stu lat, bo wcześniej mieli żyć znacznie dłużej? Może wówczas ocierali się o perfekcję, co grzesznikowi przecież nie przystoi... – Poooooszedł! – głosy podpitej młodzieży z lasu znowu ożywiły się i wyrwały go z głębokich rozważań. Faktycznie, ten Perseid był chyba najlepszy tej nocy, ale do zjawiska spektakularnego sporo mu brakowało. Po kilku minutach ponownie było zupełnie cicho. Świetlista wstęga galaktyki przywodziła mu na myśl mocarną mackę gigantycznego Krakena. Ośmiornica wyciągała swoje ramię zza południowego horyzontu i opasała nim cały nieboskłon – poprzez zenit aż po północne rubieże. Dodatkowo gwieździsta macka zwężała się symetrycznie ku północy. Wielka Szczelina prezentowała się niczym rozległy tatuaż, plemienny tribal ozdabiający tę ogromną kończynę. Podczas gdy z zachwytem kontemplował ten nocny pejzaż, tuż nad jego głową przeleciał niespiesznie całkiem pokaźnych rozmiarów ptak, przysłaniając mu na chwilę widok na poszczególne rejony Drogi Mlecznej. Na tym jasnym tle bez trudu i całkiem wyraźnie mógł dostrzec kontury rozległych skrzydeł. Wyobraził sobie, że mogła to być jakaś sowa wybierająca się właśnie na łowy. Chwilę po tym na wschodzie przeleciał świetlisty Perseid, pozostawiając po sobie długi ślad, który znikał po upływie około trzech sekund. Obrócił głowę na zachód, licząc, że tym razem właśnie tutaj pojawi się zjawiskowy meteor. Być może również dlatego, że wzdłuż linii wyznaczonej przez rodzimą Galaktykę Perseidów widział tyle, co kot napłakał, i były to głównie słabsze meteory. Pudło! Kolejny jasny, znów na wschodzie. Dobra, czyli patrzymy tutaj – pomyślał. Minęło kilka dłuższych chwil i poleciał następny. Niestety nie zdążył obrócić głowy – tym razem jasny Perseid pomknął z zachodu. Zobaczył tylko niknącą, jasną smugę. Poleżał jeszcze kilkadziesiąt minut, a z każdą kolejną minutą chłód dawał się coraz bardziej we znaki. Od wyziębienia uratował go dzwonek telefonu. – Wracasz do środka? – usłyszał w słuchawce głos żony. – Wracam. Wstał z leżaka, biorąc pod pachę zwinięty koc. Gdy już był pod daszkiem na tarasie, dobiegły go dzikie okrzyki radości podpitych młodzieńców, którzy musieli przejść w ostatnim czasie dosyć spory kawałek i znajdowali się już zapewne w pobliżu wsi. – O kur...!!! Ale poszedł! Ja pier...!!! Kur...! Co to było!? Ten był najlepszy! Widziałeś, widziałeś!? – Nie, nie widziałem – trzymając klamkę, wyszeptał pod nosem, uśmiechając się do siebie przewrotnie. Doskonale wiedział, że to nie do niego. Cicho zaskrzypiały drzwi. Druga noc obserwacyjna (14/15.08.2026) Druga noc przy teleskopie spod beskidzkiego nieba była jak dojrzała miłość. Fascynacja ustąpiła miejsca przyzwyczajeniu. I choć noc wciąż operowała pewną dozą tajemniczości, to ich relacja wyglądała już jak dojrzały związek. Dojrzały nie w tym sensie, że para zna się jak łyse konie, ale są ze sobą trochę jak brat z siostrą. Pomimo tego wciąż trzymają się jednak za ręce, patrzą sobie głęboko w oczy, a od czasu do czasu pozwalają sobie na namiętny pocałunek. Wiedział już dość dobrze, jaka ona jest i na co ją stać, ale co jakiś czas wciąż go zaskakiwała – zarówno w pozytywnym, jak i w negatywnym sensie. No cóż, noc była kobietą. Tym razem rozpoczął wcześniej niż poprzednio, bo przeszło pół godziny przed nadejściem nocy astronomicznej. Mimo że Słońce nie schowało się jeszcze osiemnaście stopni pod horyzontem, noc już wydawała się przyzwoicie ciemna. Prognozy były lepsze niż poprzednio, a zachmurzenia nie było w ogóle. Galaktyczne mleko rozlewało się przez cały nieboskłon, od południa po północ. Przejrzystość była naprawdę rewelacyjna, może nawet lepsza niż ostatnio. Stwierdził, że niebo jest tutaj na wyciągnięcie ręki, a może nawet ma je na dłoni. Antares skrzył się ciepłym, pomarańczowym blaskiem, więc tym razem nic nie stało na przeszkodzie, aby pobuszować gdzieś nisko w gwiazdozbiorze Skorpiona. Noc otworzyła z przytupem piękna Gromada Ptolemeusza (M7). Wiele o niej słyszał i bardzo chciał ją zobaczyć, nigdy jednak jakoś nie było ku temu okazji – aż do dzisiejszej nocy. Był to naprawdę niesamowity widok. Ogromnie się ucieszył, że udało mu się ją wyłuskać gdzieś nad lasem: cudnie wyglądająca, luźna i całkiem sporych rozmiarów. W środku widoczny był wyraźny zygzak z gwiazd w kształcie cyfry cztery. Delikatnie falujące powietrze nie było w stanie zepsuć jej piękna w dwucalowym okularze o niskim powiększeniu i szerokim polu. Następnie postanowił złapać jej mniejszą koleżankę – Gromadę Motyl (M6). Znał ten widok, chyba kiedyś już ją obserwował. A może po prostu naoglądał się jej zdjęć w internecie i tylko dawniej śnił o tym, że celował do niej teleskopem? Sam nie był pewien. Przyłożył oko do okularu. Ładna, bardziej zwarta od M7, ale również mająca swój urok – pomyślał. Świetnie prezentowała się w mniejszym, jak i w większym powiększeniu. – Ale kto u licha nazwał tę gromadę Motyl? – powiedział, przerywając głęboką nocną ciszę, po czym rozległo się szczekanie psów za lasem, jakby wyczulonych na jego wewnętrzny monolog. – Przecież to bardziej jakaś ćma... Motyl czy ćma, ćma czy motyl? A może mała ważka? – kontynuował rozważania. – Nie, no, ćma! Moim zdaniem to bardziej kształt ćmy niż motyla! – wydał definitywny werdykt. Gromady Skorpiona zaczęły powoli chować się za lasem, więc należało uciekać wyżej. Ostatniej nocy przy teleskopie pominął M23 w konstelacji Strzelca, wypadało zatem nadrobić zaległość. Ale zaraz: gdzie jest red dot i do diaska, dlaczego w slocie jest włożony szukacz słoneczny? – zachodził w głowę. Chyba już zdążył zapomnieć, że rano prowadził obserwacje Słońca i nawet szykował się do wyznaczenia liczby Wolfa oraz do sporządzenia raportu dla Sekcji Obserwatorów Słońca przy PTMA. Dawno tego nie robił, głównie z uwagi na nowe okoliczności związane z ciążą małżonki i nowymi obowiązkami. Dziś miał nadzieję na uzupełnienie raportu, jednak niespodziewana wizyta sąsiadów z domku obok pokrzyżowała jego plany. Finalnie i tak z resztą stwierdził, że nowe znajomości i relacje międzyludzkie są ważniejsze niż gapienie się w samotności w okular. Sąsiedzi widzieli kilka dni temu teleskopy na tarasie i stwierdzili, że obserwator zna się również na fotografii nocnego nieba, więc pewnie pomoże ustawić aparat pod fotografowanie Drogi Mlecznej. No cóż, gdyby wizualowiec z krwi i kości potrafił robić dobre nocne zdjęcia, to pewnie byłby astrofotografem. Pomógł na tyle, na ile mógł, czyli wyłożył podstawy. Sąsiedzi przy okazji spojrzeli na plamy słoneczne i wyglądało na to, że im się podobało; na koniec nawet zaczęli rozważać zakup teleskopu. No tak, ale ten solar finder zamiast red dota... Do M7 i M6 w ogóle nie był potrzebny. Nawet nie zauważył, że go nie ma; oglądał najpierw je przez lornetkę, a później po prostu znalazły się w polu widzenia okularu. No ale aby polecieć do M23 i wyżej, szukacz już by się przydał. Postanowił zadzwonić do ukochanej, aby go poratowała, dzięki czemu nie traciłby cennej adaptacji do ciemności. W telefonie miała włączoną aplikację „Twilight”, więc zawsze to mniejsze zło niż wchodzenie do rozświetlonego domku. Małżonka niestety nie odbierała, więc stwierdził, że albo śpi, albo bierze prysznic. Pożegnał się z adaptacją wzroku i wkroczył do domku. Żona była faktycznie pod prysznicem, więc raczej nie pomogłaby w tej sytuacji. Wrócił do teleskopu i założył red dota. Niestety, coś dalej było nie tak: tym razem światło z domku świeciło mu z boku w oczy. Wykonał w tył zwrot, a będąc w środku, udał się wprost do wyłącznika. Wrócił i usiadł na krzesełku. Byłoby idealnie, gdyby wzrok znowu nie musiał przyzwyczajać się do ciemności. Jednak jako że M23 to gromada otwarta, adaptacja nie była kluczowa; powoli, w trakcie obserwacji, źrenice znowu zrobią się duże. Gromada w teleskopie nie była szczególnie sporych rozmiarów, ale nawet przyjemnie wyglądała w niewielkim powiększeniu. Następnie obserwator nabrał ochoty na gromady kuliste. M5 wisiała dosyć nisko, więc miała pierwszeństwo. Wydała mu się intrygująca: wyróżniała się bowiem świetlistym punktem w bezpośrednim sąsiedztwie poniżej. Niedoświadczony obserwator ze słabszym sprzętem mógłby pomyśleć, że to jakaś podwójna gromada kulista bądź coś o nietypowej strukturze, jednak wprawne oko od razu uzna towarzysza za obiekt gwiazdowy. Najlepszy widok uzyskał w nieco większych powiększeniach. M13 znajdowała się wyżej i zaprezentowała się znacznie lepiej niż M5, którą oglądał przed chwilą. M13 była śliczna, nawet w czterech calach. Ten widok chyba nigdy się nie nudzi, a szczególnie pod takim niebem. Tutaj uwydatnił się gradient jasności w okularach o ogniskowej dziewięć oraz siedem i pół milimetra. W okularze dwucalowym także była ładna, oglądana w kontekście swojego gwiazdowego otoczenia. Następny obiekt to NGC 6605. Zauważył na mapie, że będąc pomiędzy M17 a M16, po prostu przegapił tę gromadę. Niestety, tutaj musiał na słowo honoru uwierzyć, że ją widział. Niefortunne położenie sprawiało, że nie wyróżniała się niczym szczególnym w tym pięknym rejonie nieba. W kolejnym kroku skierował się do uroczej parki gromad kulistych: M12 oraz M10. Ten duet jest do złapania w jednym polu w sprzętach typu Rich Field Telescope. Oglądał je w dwucalowym, długoogniskowym okularze i pożałował, że nie miał przy sobie okularu o polu sto stopni – taki widok byłby najlepszy. Sama M10, od której zaczął, była łatwa do znalezienia, ale trzeba uważać, by nie pomylić jej z koleżanką z powodu bliskiego sąsiedztwa. M12 sprawiała wrażenie nieco nieregularnej z uwagi na położenie wśród kilku słabszych gwiazd, z tego też względu wydała mu się nieco ładniejsza. M10 również była przyjemna w odbiorze; jeśli miałby ją przyrównać urodą do którejś z wcześniej oglądanych, to chyba najbliżej jej było do M5. Obie kuliste, zarówno M12, jak i M10, świeciły blaskiem o zbliżonej jasności. Obserwator postanowił wrócić jeszcze do Strzelca i odwiedzić trzy nieco bardziej wymagające gromady otwarte, skatalogowane jako Cr 394, NGC 6716 i Ru 145. Jedyne, co pomyślał na ich temat podczas obserwacji, to tylko tyle, że są niespecjalnie atrakcyjne. Zestaw ten nie zaoferował spektakularnych widoków wizualnych w stylu jasnych klasyków Messiera, takich jak oglądane wcześniej M6 lub M7. Jako wyzwanie brzmiało to ciekawie, ale z uwagi na położenie w gęstwinach Drogi Mlecznej ciężko było wyróżnić granice gromad, a nawet wyodrębnić je z tła. Wszystkie trzy gromady były dość luźne i słabe. Może większe lustro lepiej poradziłoby sobie z tymi obiektami? Stwierdził, że szkoda czasu, a że kulki ładnie się tej nocy prezentowały, to może by tak jeszcze pokusić się o M92 w Herkulesie? Kiedy ją tylko ujrzał, od razu wydała mu się bardzo przyjemna w widoku i chyba faktycznie urodą zbliżona była do M13, jednakże splendor, jaki wzbudza wokół siebie M13, sprawia, że M92 zawsze pozostanie w jej cieniu. M92 miała spore, ciemniejsze obrzeża i jasne jądro. Była naprawdę ładna. Chłód robił się dokuczliwy. Znał kaprysy letnich, górskich nocy, które potrafią być wyjątkowo chłodne; pomimo że miał komin i czapkę, zapomniał o rękawiczkach. Teraz zapominalstwo zaczęło się mścić. Nerwowo starał się zagrzać dłonie, raz po raz chuchając w nie, rozcierając je i chowając do kieszeni kurtki. Postanowił popatrzeć jeszcze na jeden obiekt, a w zasadzie wrócić do obiektu, który obserwował podczas pierwszej nocy. Była to pozostałość po wybuchu supernowej – Kompleks Mgławicy Welon. Im dłużej myślał o nim po obserwacji w ciągu kolejnych dni, tym większe narastały wątpliwości, czy faktycznie to, co zobaczył, było Trójkątem Pickeringa (Fleming). Rozważał, dlaczego tak zwane Węzły (NGC 6974 i NGC 6979) zostały skatalogowane w katalogu NGC, a Trójkąt nie, no i dlaczego u licha odkryto je wcześniej niż sam Trójkąt, skoro obecnie panuje przekonanie, że Węzły są trudniejsze w detekcji od Trójkąta. To wszystko było bardzo przewrotne i zagmatwane. Zaczął wątpić, czy to, co wziął za Trójkąt, nie było przypadkiem rejonami oznaczonymi jako NGC 6974 i NGC 6979. Trzeba było tam wrócić i wszystko jeszcze raz zobaczyć i na spokojnie przeanalizować na żywo. – Cholerne ręce, dlaczego tak marzną? – pomrukiwał, dmuchając w nie ciepłym powietrzem. Przyłożył oko do okularu, a po chwili zakręcił kołem filtrowym. Nie trzeba było długo czekać, aby cieszyć się znów widokiem całej Pętli Łabędzia. Trójkąt Pickeringa był w istocie Trójkątem Pickeringa i leżał dokładnie tam, gdzie powinien się znajdować, czyli bliżej Miotły Wiedźmy. Spoglądając w okular, w głowie miał też odbity obraz Pętli Łabędzia z popularnej grafiki przedstawiającej cały mgławicowy kompleks w neonowo-błękitnej tonacji, z opisanymi poszczególnymi komponentami. Trójkąt jednak nie wyglądał jak trójkąt, a bardziej jak świetliste... coś! Świeciły jego najjaśniejsze części i bardziej przypominał pofalowany i rozciągnięty prostokąt z podłużnymi smugami. Węzłów w okularze o najdłuższej ogniskowej na próżno było szukać. Włożył krótszy okular i zszedł delikatnie w dół ze źrenicą wyjściową. Był to zwykły, przez nikogo niechciany, zestawowy LET 28 mm. Obserwatorowi obiło się parę razy o uszy, że ten niepozorny okular ma całkiem niezłą transmisję, więc dlaczego miałby nie spróbować? – Jest! – niemal wykrzyczał, ściskając w pięść zimną niczym bryła lodu dłoń. Widział. Dostrzegł subtelne pojaśnienia w rejonie, w którym powinny być Węzły. I znowu nie wyglądało to identycznie jak na przestudiowanej grafice. Nie były to jasne punkty czy detale struktury; wyglądało to bardziej na kontynuację bądź subtelną odnogę Trójkąta Pickeringa, której wcześniej nie widział. Wyodrębnienie obu struktur jako niezależnych obiektów z katalogu NGC było niemożliwe. Poświata była delikatna, zwiewna i ulotna. Bardziej widoczna zerkaniem niż osiowym patrzeniem na wprost. Więc czy na pewno ona tam jest? – zachodził w głowę. Zastanawiał się, czy widzi to, co widzi, czy tylko sobie wmawia, gdyż tak bardzo chciał to zobaczyć. Jak to możliwe, że w czterech calach widzi to, co jest raportowane w dziesięciu i dwunastu? Podobnie z Trójkątem Pickeringa: babcia Tsula na YouTube mówiła, że do Pickeringa potrzeba o dwa cale większego kawałka szkła lub soczewki, więc dlaczego on go widział? Koledzy z forum raportowali natomiast Trójkąt w lornetkach! Kto miał rację, a kto się mylił? A może to faktycznie ta sama siła sugestii, przez którą Schiaparelli na Marsie zobaczył kanały? Może to właśnie ona podpowiadała obserwatorowi, że zobaczył tej nocy więcej, niż mógłby w istocie zobaczyć? Spojrzał jeszcze raz w okular, biorąc przed tym łapczywie haust zimnego powietrza, niczym tonący nabierający ostatni oddech w płuca. Zimne powietrze w ustach i w nozdrzach nieco zmroziło gorącą krew. Na spokojnie – pomyślał. Patrzył długo, a Veil miał trzy składniki: Trójkąt był ewidentny, a Węzły subtelnie majaczyły na skraju detekcji. Tej nocy, po wielu latach obserwacji, najwyraźniej pierwszy raz dotknął niezrozumiałej istoty wizuala. Chyba zaczynał rozumieć, jak to działa... Dlaczego obserwacje są tak bardzo sugestywne, sprzeczne w ocenach, rozbieżne w relacjach. Pojmował, że całe spektrum zmiennych nieustannie wpływa na obrazy, jakie rejestrują oczy obserwatorów, i na to, jak utrwalają się one w ich pamięci. Sam znał różne obrazy wielu obiektów, które oglądane przez ten sam sprzęt, ale z innych nocy i spod innego nieba, zapamiętywane były zawsze w inny sposób. Raz widywał je jako delikatne mgiełki na skraju detekcji, raz jako spore świetliste smugi, a z kolei jeszcze innym razem widywał obrazy niemal trójwymiarowe, jakby o różnej tonacji jasności, wyglądające niczym wielobarwne, choć malowane zawsze jaskrawym światłem pośród głębokiego mroku. A może nie tylko wzrok płata nam figle, ale również i pamięć? – w jego głowie pojawiła się kolejna rozterka, burząca dopiero co misternie zbudowany obraz tego, co nazywał swoją pasją. Zrozumiał jedno. Zrozumiał to, że każdy obserwator pije ze źródła, które zamiast gasić pragnienie, tylko je nieustannie podsyca. To może właśnie dlatego, że wspomnienia oglądanych obiektów są tak od siebie odmienne, pakujemy sprzęt i jedziemy w ciemną, głuchą noc. Robimy to, aby zobaczyć kolejny raz to, co w zasadzie widzieliśmy już kilkanaście, kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset razy. Tutaj nie chodzi o to, by złapać króliczka, chodzi o to, aby go nieustannie gonić. Obserwacji nie zakończył nocny chłód – pomimo że był nieznośny – lecz nocny telefon. Zawsze zastanawiał się, czy żona faktycznie nie może spać, kiedy on obserwuje, czy po prostu nastawia budzik na umówioną godzinę, aby po niego zadzwonić. Twierdziła, że nie śpi, a przecież kłamstwa nie znosiła, podobnie jak nocnego chłodu. Zamyślił się i spojrzał ostatni raz w tę piękną beskidzką noc. Zachwycił się po raz kolejny, wpatrując się w stosy iskrzących diamentów. Myślał o tych krótkich chwilach, które rozpaliły w nim pasję. Myślał o dedykacji w książce Iana Ridpatha „Astronomia”. Książkę dostał od żony – wówczas sympatii – a wpis brzmiał: „Dla mojego Radeczka z okazji Walentynek 14.02.2011 r. Twoja kochająca Cię Żaneta ❤”. Dziś żona pewnie dałaby mu inny prezent, bo z jej perspektywy było to pewnie jak wsunięcie do portfela męża wizytówki do przyszłej kochanki... Myślał również o wszystkich tych, którzy przed nim byli w niebo wpatrzeni. O tych, którzy patrzyli w to samo niebo i miłość do gwiazd mieli głęboko wytatuowaną w sercu. O tych, którzy widok rozgwieżdżonego nieba nosili pod powiekami. Pasja jak miłość, miłość jak tatuaż – niczym plemienny tribal na macce gwieździstego Krakena – znak wspólnoty i przynależności. Myślał o Janie Heweliuszu i o Mikołaju Koperniku. Jan, Mikołaj – piękne imiona dla chłopca – stwierdził. Myślał również o Hipparchu, Ptolemeuszu, Claviusie, Brahem, Galileuszu, Keplerze, Kunickiej, Cassinim, Huygensie, Newtonie, Halleyu, Messierze, Herschelu, Schwabie, Schiaparellim, Pickeringu, Fleming, Draperze, Barnardzie, Wolfie, Hubblu. I choć nie był uczonym, a tylko fascynatem miłośniczych obserwacji astronomicznych, to miał to samo niebo pod powiekami i ten sam plemienny tribal na ramieniu. Myślał także o tej nocy, kiedy jako kilkulatek niesiony na barana przez dawno już zmarłego ojca patrzył chyba po raz pierwszy świadomie w gwiazdy. Niebo lśniło ich poświatą, a noc była dziewiczo ciemna. Wracali całą rodziną z jakiejś okolicznościowej imprezy u dziadków, a do przejścia mieli jakieś dwa kilometry. Letnia noc musiała być zdecydowanie cieplejsza niż ta obecna. Tato wskazywał palcem jakieś gwiazdy ułożone w specyficzny kształt, pewnie Wielki Wóz, mówiąc, że to Wielka Niedźwiedzica, a on potwierdzająco kiwał głową, że widzi, choć do licha, nie widział żadnego niedźwiedzia! Kłamał? Jednak ta noc musiała być naprawdę ciepła. Stał przy teleskopie z zadartą do góry głową i patrzył w górę. Myślał o wszystkich tych chwilach, które w jego głowie ważyły znacznie więcej niż cały wszechświat skupiony przez czterocalowe soczewki jego teleskopu. Gdyby nie ta podróż, mógłby to wszystko pominąć i przegapić. Myślał o tym, że za pięć miesięcy sam zostanie ojcem chłopca i być może też poniesie go na barana w ciemną, ciepłą noc. Jednak czy noc będzie na tyle ciemna jak wtedy, czy będzie na tyle ciemna jak tutaj? Czy gwiazdy zalśnią w oczach dziecka wystarczająco jasno, by zachwycić się tym niebem i po raz pierwszy dostrzec piękno chwili? Telefon zadzwonił ponownie. Chwycił trójnóg z teleskopem i skierował się w stronę domku. Epilog Było ciemno. Wstałem nagle niczym ćma zwabiona błyśnięciem intensywnego światła. W głowie kłębiła się zagubiona myśl, będąca kontynuacją snutej przed zaśnięciem opowieści – marzenia opowiadanego samemu sobie, jak bajkę do snu. Wyrwany z objęć Morfeusza skorzystałem z toalety z uwagi na pełen pęcherz i umyłem dłonie. Wracając, chwyciłem szklankę, upijając sporego łyka, który i tak nie byłby w stanie ugasić mojego pragnienia. Byłem zmęczony. Byłem prawdziwie zmęczony. Usnąłem... Było jasno. Promienie porannego Słońca muskały moje zaspane oczy. U nóg wiernie spał pies. Grzejąc moje stopy, co chwilę rozkosznie pomrukiwał, dając mi w ten sposób znać, że nie ma choćby najmniejszej ochoty na pobudkę. Po chwili moje powieki podniosły się niczym płatki rozwierających się o brzasku polnych kwiatów. Rozejrzałem się dookoła. Tym razem spałem na dole. Teleskop na trójnogu stał pod schodami, obok statywu fotograficznego i torby z astroklamotami. Nie do końca przytomny wzrok przeniosłem na stół, gdzie stała szklanka z wodą. Szklanka była do połowy pusta. Głośno ziewnąłem, przeciągając się na kanapie, a pies niczym papuga powtórzył mój poranny rytuał. Spojrzałem ponownie na stół. Tym razem szklanka była do połowy pełna. Niewiele myśląc, wstałem i poszedłem do łazienki. Wciąż zaspany odkręciłem kurek z zimną wodą i ochlapałem zmęczoną twarz oraz poklejone z niedospania, a może z wpatrywania się w odległe światy, oczy. Popatrzyłem w stronę łazienkowego okienka, które było uchylone. Po szybie fruwała mała ćma, bezradnie machając skrzydłami i miotając się w każdą stronę. Ćma czy mały motyl? Niby kształt motyla, ale rozmiar małej ćmy. Cholerne dylematy, zupełnie jak przy M6 oglądanej w okularze teleskopu – pomyślałem. Niech będzie motyl – zadecydowałem po chwili i poczułem kolejny chlust zimnej wody na twarzy, a wraz z nim wracało życie. Motyl nadal chaotycznie ślizgał się po szybie. W zasadzie mógłbym użyć klapki na muchy, by ukrócić jego cierpienia, lub docisnąć go do szyby kawałkiem papieru toaletowego, a następnie spłukać w kiblu. Motyl zginąłby bezdźwięcznie, a jego skazany na porażkę chocholi taniec przestałby drażnić moje zmęczone oczy. Zbrodnia doskonała w wykonaniu Homo Sapiens – króla stworzenia, stojącego na szczycie drabiny ewolucyjnej, z woli Boga władającego według uznania wszelkim stworzeniem. Za dużo niedźwiedzi – odstrzał, robal w łazience – egzekucja przez dociśnięcie palcem do powierzchni... Kolejna dawka wody na twarzy ocuciła mnie całkowicie. Przetarłem oczy ręcznikiem. Motyl był naprawdę malutki, skrzydła miał ciemne, nakrapiane białymi plamkami. Faktura ta przypominała nieco stronnice „Deep Sky Hunter Atlas”, który kiedyś znalazłem w czeluściach internetu i pobrałem w czarnej wersji na dysk. Leżał na Google Drive odłogiem, zupełnie nieprzydatny, podobnie jak nieprzydatny był motyl w łazience na okiennej szybie. Podszedłem jeszcze bliżej. Motyla od pełnej i niczym nieskrępowanej wolności dzieliło tak niewiele. Często dolatywał do górnego narożnika szyby i wystarczyło wzlecieć ponad profil. Motyl jednak, gdy był już tak blisko, zawsze zawracał. Jakby jakaś niewidzialna siła trzymała go w ryzach i nie pozwalała się wydostać z potrzasku. Pewnie to jakieś fotoreceptory wyczulone na światło nie pozwalały mu wzlecieć wyżej i dalej niż tafla okiennej szyby. Takie było tylko moje założenie, bo nie znam się na motylach, tak jak na wielu innych sprawach. Znam się w zasadzie jedynie na astro – pomyślałem. Ale to też tylko trochę. Postanowiłem mu pomóc. Jak najdelikatniej spróbowałem popchnąć go palcem do góry. Motylek zamiast wzlecieć wyżej przycupnął umordowany na moim palcu, jak na ostatniej desce ratunku. Poczułem jego ogromną nadzieję i wielką, wręcz desperacką wolę walki. Był to ten sam moment zjednoczenia z przyrodą, z naturą, z wszechświatem, który odczuwamy, ślęcząc przy teleskopach. Drugą ręką chwyciłem klamkę okna i przestawiłem skrzydło na pełne otwarcie. W tym samym momencie moje serce zadrżało. Pewnie zadrżało też serce motyla, jeśli oczywiście posiada taki organ. Wraz z otwarciem na oścież okna do wnętrza łazienki wpadł strumień powietrza, który wręcz smagał złożonymi skrzydłami małego motyla. Oczami wyobraźni widziałem już klęskę całej tej akcji ratunkowej w postaci motyla wpadającego do wnętrza łazienki wraz z chłodnym strumieniem delikatnego wiatru. Motyl jednak kurczowo uczepił się mojego palca, jakby świadom całego ogromu walki, jaki właśnie się tutaj rozgrywał, gdzie stawką była wolność, a tak naprawdę jego życie. Pewnie gdyby nie moja ingerencja, motyl padłby z wyczerpania lub ostre popołudniowe Słońce spaliłoby go w proch. Zdecydowałem aby z całych sił dmuchnąć w kierunku wyciągniętego palca. Motyl zwolnił swój żelazny uścisk, z pewną bezwładnością pozwalając ponieść się strumieniowi powietrza, po czym rozłożył skrzydełka i energicznie nimi machając zniknął mi z pola widzenia już na zewnątrz budynku. Stałem jeszcze dłuższą chwilę, wpatrując się w zieleń łąki za oknem i otwierające się do Słońca żółte, polne kwiaty. Stałem i byłem szczęśliwy. Byłem prawdziwie szczęśliwy.
    9 punktów
  27. Przetestowałem swoją cierpliwość – ciemne pyły, znikome światło i miejskie niebo to zestaw, który wymaga walki o każdy pojedynczy foton, a fotografowanie ciemnych mgławic z nieba miejskiego/podmiejskiego (Bortle 6-6.5) to spore wyzwanie. Ze względu na krótkie, letnie noce, zbieranie materiału trwało u mnie ładnych parę tygodni. Aby wyciągnąć "detal" z tła i przebić się przez miejską łunę bez zniszczenia sygnału, musiałem nazbierać łącznie prawie 29 godzin ekspozycji. Ta cierpliwość się skończyła 😜 Ostatecznie dość długa integracja opłaciła się, jak dla mnie – udało się wyciągnąć wyraźne struktury pyłu i zachować względnie naturalny kontrast. Tradycyjnie spod domu. Gem45, SQA106, Asi533mmp, Astronomik Deep-Sky RGB, Astronomik MaxFR 6nm, Bortle 6/6,5 (SQM 19.12) R - 65x5min G - 65x5min B - 65x5min H - 85x5min O - 65x5min
    9 punktów
  28. Mgławica Bańka naświetlana z miasta przy świecącym Księżycu. Kolor gwiazdek zebrany na niebie podmiejskim ( 25 minut ).Stary Canon 650d, Newton 200/1000, filtr L-Extreme, 8h naświetlania.
    9 punktów
  29. pełny tryptyk w "pienknych okolicznoścoach" RT4 i RT3 w podtoruńskich Piwnicach
    9 punktów
  30. Wrzucam link do relacji z naszych obserwacji na Folwarku: Zaćmienie Słońca i maksimum Perseidów 12.08.2026
    9 punktów
  31. Przebieg częściowego zaćmienia Słońca z 12 sierpnia 2026, zarejestrowałem na obrzeżach Władysławowa. Obiektyw MTO 11CA, filt Baader ND-5, Baader Solar Continuum, Sony Nex 5N, głowica Sky-Watcher Virtuoso.
    9 punktów
  32. Relacja z "naszego" zaćmienia: Zaćmienie Księżyca 28.08.2026
    8 punktów
  33. Jeszcze ciepły początek dzisiejszego zaćmienia. Później niestety do akcji wkroczyły chmury. ☹️ Walimex Pro 500mm/6.3 & Sony a58, ISO 200, 1/10sec.
    8 punktów
  34. Obserwacje z wieży widokowej w Mściwojowie koło Jawora. Dolny Śląsk.Zamek Grodziec na lewo od zachodzącego słońca.
    8 punktów
  35. Im większy stosunek sygnału do szumu (SNR), tym obiekt jest lepiej wyodrębniony z tła, wyraźniejszy i łatwiejszy do wykrycia. To kluczowy element wykrywalności i dostrzegania DSO. Klasyczny SNR odpowiada na pytanie: ile sygnału jest względem szumu? Zintegrowany SNR odpowiada: ile sygnału zawiera cały obiekt względem całego szumu? W zintegrowanym SNR( bo ten nas najbardziej interesuje) sygnał to-nadwyżka fotonów pochodzących od obiektu względem tła.Szum to-szum fotonowy obiektu,szum fotonowy tła nieba,szum detektora(CCD),szum optyczny. Dominującym składnikiem szumu tła jest to źródło, które w danych warunkach najbardziej zwiększa jasność i zmienność tła nieba. W większości miejsc obserwacyjnych jest nim zanieczyszczenie światłem (LP), natomiast na najciemniejszych stanowiskach dominują naturalne składniki tła, przede wszystkim airglow.Zintegrowany SNR (Integrated SNR)- Nie uwzględnia jeszcze działania oka. Uwzględnia natomiast :aperturę, transmisję, obstrukcję, jasność nieba, liczbę fotonów, szum fotonowy, rozproszenie światła (jeżeli jest uwzględnione w modelu), pole obejmujące cały obiekt. Można powiedzieć: Zintegrowany SNR opisuje jakość obrazu dostarczanego przez instrument. W przypadku obserwacji wizualnych nie jest to jednak wystarczające, ponieważ ostateczne wykrycie obiektu zależy również od sposobu, w jaki obraz jest przetwarzany przez układ wzrokowy. Dlatego pełny opis obserwacji wymaga połączenia klasycznej teorii SNR z wiedzą z zakresu psychofizyki widzenia i neurobiologii percepcji. Na potrzeby niniejszego opracowania wprowadziłem roboczy termin „zintegrowany percepcyjny SNR”. Termin ten nie występuje w literaturze naukowej i stanowi wyłącznie skrót myślowy odnoszący się do łącznego działania procesów takich jak integracja przestrzenna, grupowanie percepcyjne, integracja transsakadowa, modulacja kontekstowa oraz aktywne widzenie.Można więc powiedzieć, że zintegrowany percepcyjny SNR jest miarą skuteczności wykrywania kontrastu przez układ wzrokowy. Im wyższy jest jego poziom, tym łatwiej dostrzec obiekt, mimo że fizyczny obraz w teleskopie pozostaje taki sam.W dalszej części poradnika termin „zintegrowany percepcyjny SNR” będzie oznaczał łączny wpływ wszystkich opisanych wcześniej mechanizmów psychofizycznych i neurobiologicznych, które ułatwiają wykrycie bardzo słabych obiektów głębokiego nieba. Klasyczny zintegrowany SNR uwzględnia jedynie fizyczny szum tła, czyli losowe zmiany jasności wynikające z natury światła.Natomiast "zintegrowany percepcyjny SNR" uwzględnia również wszystko to, co utrudnia oku i mózgowi odróżnienie bardzo słabego obiektu od otaczającego go nieba. Mogą to być między innymi: niejednorodne tło Drogi Mlecznej, pojaśnienie przy horyzoncie, airglow, duża liczba gwiazd w polu widzenia, zbyt rozległa lub zbyt złożona scena obserwacyjna oraz naturalne ograniczenia pracy naszego układu wzrokowego. Szum tła – źródło niepewności.Każdy detektor światła (także siatkówka) obserwując jednolite tło, otrzymuje strumień fotonów, który nie jest idealnie stały w czasie ani przestrzeni. Zjawiska: fotony przychodzą losowo (statystyka Poissona), oko i neurony mają własny szum (ciemne prądy, spontaniczna aktywność, fluktuacje chemiczne). Dlatego nawet gdy patrzysz na jednolite tło, sygnał rejestrowany przez poszczególne receptory fluktuuje. Ten poziom niepewności to właśnie szum tła. Co robi mózg, gdy próbuje wykryć obiekt. Mózg (a wcześniej siatkówka) działa jak system porównawczy :dla każdej okolicy pola widzenia szacuje, jaka jest średnia jasność tła (uśredniając sygnał z wielu receptorów). Następnie szuka miejsc, gdzie sygnał różni się od tej średniej — to kandydaci na obiekty. Czyli percepcyjnie oko + mózg wykonują coś w rodzaju testu statystycznego. Największym problemem przy słabych obiektach nie jest brak światła, lecz niestabilność tła w percepcji. Jakość nieba(SQM,przejrzystość,seeing) Im ciemniejsze i bardziej jednorodne jest tło nieba (wyższe SQM), tym niższy jest próg kontrastu potrzebny do wykrycia obiektu, a więc tym większy jest potencjalny zintegrowany percepcyjny SNR. Lepsza przejrzystość zwiększa ilość światła docierającego od słabego obiektu i ogranicza straty oraz rozproszenie w atmosferze, dlatego zwykle zwiększa jego z.p.SNR. Sam SQM nie opisuje jednak w pełni przejrzystości atmosfery. Seeing może obniżać z.p.SNR, ponieważ rozmywa przestrzenne różnice jasności, które są wykorzystywane przez układ wzrokowy do wykrywania struktury. Nie powinno się traktować SQM, przejrzystości i seeingu jako jednego rodzaju „szumu”. Nie zawsze noc z nieco wyższym SQM daje lepszy obraz. Jeżeli wartości SQM są podobne, bardzo dobra przejrzystość atmosfery może dać lepszy kontrast i wyraźniejszy obraz słabego obiektu niż noc z nieco wyższym SQM, ale gorszą przejrzystością. Dzieje się tak dlatego, że SQM opisuje przede wszystkim jasność tła nieba, natomiast nie mówi w pełni o tym, ile światła obiektu zostaje pochłonięte i rozproszone w atmosferze. Powiększenie a prawo Ricco i Pipera *Prawo Ricco mówi, że przy bardzo małych obiektach oko potrafi „zsumować” światło z całej jego powierzchni. Dlatego powiększanie takiego obiektu może bardzo wyraźnie poprawiać zitegrowany per.SNR. Innymi słowy: gdy obiekt jest jeszcze mały dla oka, każdy przyrost jego rozmiaru na siatkówce może pomagać. *Prawo Pipera zaczyna obowiązywać wtedy, gdy obiekt jest już większy niż obszar, z którego oko potrafi skutecznie sumować informacje. Dalsze powiększanie nadal może pomagać, ale już znacznie mniej. Obraz staje się większy, lecz zin.per.SNR nie rośnie proporcjonalnie do jego rozmiaru. Przy dalszym zwiększaniu powiększenia cały obiekt może przestać korzystać z pełnego sumowania przestrzennego i jego ogólna wykrywalność może już nie rosnąć. Jednocześnie jego mniejsze struktury — włókna, pasma, fragmenty ramion czy zagęszczenia — mogą dopiero wchodzić w zakres, w którym powiększenie pozwala układowi wzrokowemu skuteczniej je wykrywać. *To zasady opisane w psychofizyce widzenia, dotyczące sposobu, w jaki układ wzrokowy wykrywa słabe bodźce i sumuje informacje z ich powierzchni. Ich podłoże wiąże się z procesami zachodzącymi w siatkówce i dalszych częściach układu wzrokowego. Apertura Większa apertura zwiększa zintegrowany percepcyjny SNR, ponieważ umożliwia wykorzystanie większego powiększenia przy zachowaniu tej samej źrenicy wyjściowej, dzięki czemu oko otrzymuje więcej użytecznej informacji o strukturze obiektu. Efekt ten jest największy pod ciemnym, jednorodnym niebem. Wraz ze wzrostem zanieczyszczenia światłem korzyści z dalszego zwiększania apertury stopniowo maleją, ponieważ dominującym ograniczeniem staje się jasne i niejednorodne tło. W przypadku bardzo rozległych obiektów ograniczonych przez pole widzenia przewaga większej apertury może zostać częściowo lub nawet całkowicie zniwelowana przez większe pole widzenia mniejszego teleskopu. Ludzkie oko nie jest licznikiem fotonów, lecz detektorem kontrastu. Dlatego o wykrywalności bardzo słabych obiektów decyduje nie tylko apertura teleskopu, ale przede wszystkim to, który układ optyczny zapewnia wyższy zintegrowany percepcyjny SNR. W praktyce oznacza to, że teleskop dostarczający obraz o lepszym kontraście i mniejszej ilości zakłóceń może ułatwić wykrycie obiektu bardziej niż teleskop o większej aperturze, lecz gorszej jakości obrazu. Większa apertura nie zawsze jest czynnikiem decydującym o wykryciu obiektu. Dwuocznie vs jednoocznie To właśnie patrzenie obuoczne(dot.lornetek,binon-newtonów,itp)* odpowiada za największy skok wartości "zintegrowanego percepcyjnego SNR".Dlaczego widzenie dwuoczne redukuje szum? Dwa niezależne detektory zamiast jednego,każde oko jest oddzielnym detektorem:ma własną siatkówkę, własne receptory, własny szum neuronalny, własne fluktuacje adaptacyjne. Szum w lewym i prawym oku jest w dużej mierze niezależny.Sygnał (światło z mgławicy) jest ten sam w obu oczach,ale szum biologiczny jest losowy i nieskorelowany.Gdy mózg łączy sygnały z obu oczu:sygnał się dodaje (jest zgodny), szum częściowo się znosi (bo jest losowy). Efekt końcowy:lepszy stosunek sygnału do szumu.Widzenie jednooczne:mózg ma tylko jeden „kanał odniesienia”, wariancja tła jest większa. Widzenie dwuoczne:mózg ma dwa niezależne obrazy tła, porównuje je i uśrednia, fluktuacje losowe wygaszają się. Efekt:tło „uspokaja się” percepcyjnie, słaby obiekt łatwiej się wyłania. *W przypadku nasadek bino efekt jest nieco inny ponieważ wiązkę dzielimy na dwa. FOV -pole widzenia Zwiększenie pola widzenia (FOV) przy tym samym powiększeniu nie zmienia ilości światła z samego obiektu, ale dodaje więcej tła do pola obserwacji.W praktyce oznacza to, że oko ma więcej punktów odniesienia(więcej informacji) – może lepiej ocenić, gdzie naprawdę leży poziom tła, a gdzie występuje subtelny wzrost jasności, lub pocimnienia.(dot. ciemnych mgławic) Dlatego w obserwacjach mgławic o bardzo niskiej jasności powierzchniowej większe FOV często poprawia widoczność, nawet jeśli sama jasność obrazu nie rośnie. W uproszczeniu można powiedzieć, że mózg obserwatora „uśrednia” jasność tła, patrząc na wiele jego fragmentów. Każdy z nich jest jak próbka w statystycznym pomiarze.Im więcej próbek, tym dokładniej można określić, jaka naprawdę jest średnia jasność tła, a tym samym łatwiej wykryć minimalny wzrost jasności od obiektu. W małym polu widzenia (np. 2°) liczba tych próbek jest niewielka — oko ma trudność z określeniem, gdzie kończy się tło, a zaczyna obiekt.W większym polu (np. 6°) próbek jest dużo więcej, a "percepcyjny szum tła” maleje. Efekt ten działa jak poprawa" zintegrowanego percepcyjnego SNR": więcej tła = mniejszy szum odniesienia = większa szansa na detekcję. Kiedy FOV robi się bardzo duże (np. obejmuje obszary o różnym poziomie jasności, gradientach, poświta od gwiazd DM.horyzontu lub światła z ziemi),tło nie jest już jednorodne — pojawiają się powolne zmiany jasności w dużej skali, które są traktowane przez układ wzrokowy jako część „tła globalnego”, a nie sygnał. W efekcie wzrasta szum kontekstowy — czyli zmienność tła, której mózg nie potrafi skutecznie odfiltrować, wtedy rośnie również korelacja między próbkami — nie są już niezależne, więc efektywna liczba niezależnych „próbek tła” spada. Zbyt duże FOV może obniżyć czułość detekcji — bo mózg „gubi się” w niejednorodnym tle i trudniej mu ustalić, co jest sygnałem, a co naturalną zmiennością tła, zintegrowany percepcyjny SNR obniża się. Korzyści wynikające z dużego pola widzenia prawdopodobnie nie wynikają z samego faktu objęcia większego fragmentu nieba, lecz z osiągnięcia równowagi pomiędzy dwoma przeciwstawnymi procesami. Z jednej strony rośnie ilość informacji użytecznej dla integracji przestrzennej i analizy kontekstu. Z drugiej strony zwiększa się liczba elementów tła, które konkurują z poszukiwanym sygnałem. Literatura jednoznacznie potwierdza istnienie obu mechanizmów, jednak nie pozwala obecnie wskazać uniwersalnej wartości pola widzenia, przy której następuje przejście od przewagi pierwszego z nich do dominacji drugiego. Granica ta prawdopodobnie zależy od właściwości samego obiektu, jednorodności tła oraz warunków adaptacji wzroku, lecz zagadnienie to nie zostało dotąd zbadane eksperymentalnie dla obserwacji astronomicznych. Duże pole widzenia nie zawsze oznacza większy zintegrowany percepcyjny SNR. Pod ciemnym niebem zwykle ułatwia wykrywanie rozległych mgławic, natomiast pod niebem zanieczyszczonym światłem może go obniżać, ponieważ zwiększa ilość zakłócającego tła analizowanego przez układ wzrokowy. Dlatego przy dużym LP często korzystniejsze jest większe powiększenie i mniejszy FOV, o ile obiekt nadal mieści się w polu. HET(Hight Etendue Telescope)-teleskopy o wysokiej przepustowości(f/2.7-3.3) Étendue (przepustowość optyczna) jest miarą zdolności układu optycznego do jednoczesnego zbierania światła z określonego obszaru nieba. Łączy w sobie powierzchnię zbierającą teleskopu oraz rzeczywiste pole widzenia (FOV). Im większe étendue, tym większy fragment nieba może być obserwowany jednocześnie przy zachowaniu tej samej jasności obrazu. Jest to szczególnie istotne podczas obserwacji rozległych obiektów głębokiego nieba, takich jak duże mgławice czy obłoki pyłowe. HET to nic innego, jak tylko teleskopy o bardzo dużej światłosile (f/2.5-3.3). Przy obserwacjach obiektów rozciągłych, jasność obrazu na siatkówce zależy wyłącznie od źrenicy wyjściowej (EP), nie od światłosiły (f/ratio), zintegrowany (fizyczny)SNR zależy więc od EP, a nie od f/3 ani f/5.Więc jak to jest że dwa teleskopy o tej samej średnicy, pracujące z tą samą źrenicą wyjściową, mogą różnić się skutecznością wykrywania bardzo rozległych obiektów głębokiego nieba.Z punktu widzenia klasycznej optyki sytuacja wydaje się jednoznaczna. Jeżeli średnica obiektywu oraz źrenica wyjściowa są identyczne, jasność powierzchniowa obrazu na siatkówce pozostaje praktycznie taka sama. W konsekwencji również zintegrowany SNR nie powinien ulec zmianie. Mimo to wielu doświadczonych obserwatorów opisuje większą łatwość wykrywania rozległych mgławic podczas obserwacji szybkimi teleskopami o światłosile około f/3 niż konstrukcjami f/5 przy zachowaniu tej samej źrenicy wyjściowej. Literatura optyczna nie wyjaśnia tego zjawiska bezpośrednio, jednak psychofizyka dostarcza kilku mechanizmów, które mogą tłumaczyć takie obserwacje.Najbardziej prawdopodobne jest, że większe pole widzenia pozwala oku i mózgowi lepiej wykorzystać informacje o obiekcie i jego otoczeniu, co może zwiększać "zintegrowany percepcyjny SNR" i ułatwiać wykrywanie bardzo słabych mgławic. . Znacznie bardziej prawdopodobne jest współdziałanie kilku procesów: zwiększenia ilości informacji kontekstowej, skuteczniejszego grupowania percepcyjnego, zmniejszenia niepewności przestrzennej oraz efektywniejszego wykorzystania integracji przestrzennej wyższego rzędu. Transmisja i wady układów optycznych Transmisja zwiększa liczbę fotonów docierających do oka, czyli zwiększa fizyczny sygnał. Jeżeli pozostałe parametry układu są takie same, wyższa transmisja zwykle zwiększa również zintegrowany percepcyjny SNR, ponieważ układ wzrokowy otrzymuje więcej użytecznej informacji. Jednak wpływ transmisji nie jest nieograniczony.Kiedy transmisja dominuje? Transmisja ma największe znaczenie, gdy:obserwujesz bardzo słabe obiekty bliskie progu widzenia, układ optyczny ma małe rozproszenie i niewielkie aberracje, źrenica wyjściowa jest duża (około 5–7 mm), niebo jest ciemne (wysokie SQM). W tych warunkach każdy dodatkowy procent transmisji może poprawić wykrywalność, ponieważ ograniczeniem staje się liczba fotonów docierających do oka. Transmisja przestaje przynosić korzyść, jeśli obraz jest pogarszany przez: rozproszenie światła, aberracje,komę, astygmatyzm, aberrację chromatyczną.W detekcji ekstremalnie słabych obiektów rozciągłych przewagę daje nie tylko apertura, lecz minimalizacja rozproszenia, stabilność termiczna i redukcja percepcyjnej wariancji tła. W takich warunkach dobrze zaprojektowany układ optyczny o mniejszej aperturze może "przegonić" większy obarczony wadami. Spośród wszystkich wad układu optycznego największy wpływ na obniżenie zintegrowanego percepcyjnego SNR ma zwykle rozproszenie światła, ponieważ najbardziej pogarsza lokalny kontrast między obiektem a tłem. Rozproszenie światła działa jak delikatna mgła wewnątrz teleskopu – nie zabiera światła z obiektu, lecz rozlewa je po całym polu widzenia. W efekcie obiekt coraz mniej odróżnia się od tła, maleje kontrast, a "zintegrowany percepcyjny SNR" spada, przez co obiekt staje się trudniejszy do wykrycia.Główne źródła rozproszenia w ukladzie optycznym :mikrochropowatość i niedokładność powierzchni luster oraz soczewek,zabrudzenia optyki,słabe powłoki przeciwodblaskowe,nieprawidłowo zaczernione krawędzie soczewek i luster,niewyczerniony lub słabo wyczerniony tubus,brak bafli,światło wpadające do konstrukcji kratownicowej,dyfrakcję i częściowo rozpraszanie na pająku,centralną obstrukcję (głównie przez zmianę rozkładu energii w obrazie i wzrost światła w pierścieniach dyfrakcyjnych, a nie przez klasyczne rozproszenie). Tutaj jedna uwaga: obstrukcja nie jest klasycznym źródłem rozproszenia. Astygmatyzm nie zwiększa szumu ani nie zmniejsza ilości światła. Powoduje natomiast rozmycie obrazu, przez co słabe struktury mają mniej wyraźne granice i mniejszy kontrast. W efekcie oko i mózg trudniej rozpoznają obiekt, a zintegrowany percepcyjny SNR maleje,działa lokalnie – rozmywa obraz obiektu i gwiazd. Podczas obserwacji bardzo słabych obiektów w warunkach pełnej adaptacji do ciemności wpływ aberracji chromatycznej na "zintegrowany percepcyjny SNR" jest zwykle niewielki. Chociaż fizycznie nadal powoduje ona niewielkie rozmycie obrazu, układ wzrokowy pracujący w trybie skotopowym praktycznie nie wykorzystuje informacji o barwie. Znacznie większego znaczenia aberracja chromatyczna nabiera podczas obserwacji obiektów o wysokiej jasności powierzchniowej np. jasne mgławice planetarne, kiedy wzrok częściowo przechodzi w zakres mezopowy i zaczyna ponownie rozróżniać kolory. Koma nie zwiększa szumu ani nie zmniejsza ilości światła. Powoduje jednak rozmycie obrazu poza osią optyczną, przez co maleje lokalny kontrast i czytelność struktury. W efekcie oko trudniej rozpoznaje bardzo słabe szczegóły, a zintegrowany percepcyjny SNR może się obniżyć. W przeciwieństwie do rozproszenia, które pogarsza obraz praktycznie wszędzie, koma jest wadą silnie zależną od położenia w polu widzenia. Dlatego jej wpływ na wykrywanie DSO jest szczególnie istotny w teleskopach f/3–f/4 używanych z szerokokątnymi okularami i dużą źrenicą wyjściową (EP 5–7 mm), gdy rozległe mgławice zajmują znaczną część pola obserwacji.Opisane tutaj wady najbardziej obniżaja zintegrowany percepcyjny SNR przy dużym EP 7-5mm. Wpływ wad okularu na zintegrowany percepcyjny SNR zależy od rodzaju wady oraz warunków obserwacji. Duże powiększenia ułatwiają dostrzeżenie niedoskonałości obrazu, jednak w obserwacjach bardzo słabych obiektów znacznie większe znaczenie mają rozproszenie światła i zachowanie lokalnego kontrastu niż niewielkie aberracje dobrego okularu. Filtry szeroko i wąskopasmowe Filtry astronomiczne mogą zwiększać zintegrowany percepcyjny SNR, ponieważ zwiększają kontrast między mgławicą a tłem nieba, ułatwiając układowi wzrokowemu wykrycie bardzo słabych struktur.Wzrost zinegrowanego percepcyjnego SNR zależy przede wszystkim od:rodzaju obiektu, widma obiektu, widma LP, szerokości pasma filtra, jasności nieba, wysokości obiektu, adaptacji wzroku.Filtr nie zwiększa sygnału,filtr zmniejsza ilość światła docierającego do oka, czyli sygnał maleje, jednocześnie znacznie silniej zmniejsza jasność tła, jeżeli przepuszcza linie emisyjne mgławicy, a tłumi światło tła. W efekcie:stosunek sygnału do tła (SNR) może wzrosnąć. Nie dało się tego napisać krócej. To właśnie ten temat jest sednem całego opracowania, dlatego wymagał bardziej rozbudowanego omówienia. Stąd też tyle czasu poświęciłem na jego przygotowanie. Każdy z wymienionych rozdziałów będzie miał swoją osobną część, w której zostanie szczegółowo omówiony. Tutaj chciałem jedynie zarysować najważniejsze zagadnienia i przedstawić je w skrócie. BIBLIOGRAFIA 1.Blackwell H.R. (1946). Contrast Thresholds of the Human Eye. 2.Crumey A. (2014). Human Contrast Threshold and Astronomical Visibility.. 3.Barten P.G.J. (1999). Contrast Sensitivity of the Human Eye and Its Effects on Image Quality 4.Barten P.G.J. (2004). Visual Perception of Images 5.Barlow H.B. (1956). Retinal Noise and Absolute Threshold. of America, 46, 634–639. 6.Snyder A.W., Miller W.H. (1977). Photoreceptor optics: sampling and limitations. 7.Hecht S., Shlaer S., Pirenne M.H. (1942). Energy, Quanta and Vision. 8.Pelli D.G. (1985). Uncertainty explains many aspects of visual contrast detection and discrimination. 9.Eckstein M.P. (2011). Visual Signal Detection. 10.Krauskopf J., Farell B. (1991). Influence of contrast on the perception of spatial structure. 11.Wandell B.A. (1995). Foundations of Vision.. 12.Schwartz S.H. (2010). Visual Perception: A Clinical Orientation. 13.Rutten H., van Venrooij M. (1988). Telescope Optics: Evaluation and Design. 14.Smith W.J. (2008). Modern Optical Engineering.. 15.Berry R., Burnell J. (2005). The Handbook of Astronomical Image Processing. 16 . Je, S., Ennis, F. A., Woodhouse, J. M., Sengpiel, F., Redmond, T. (2018). Spatial summation across the visual field in strabismic and anisometropic amblyopia. 17 . Graham, C. H., & Bartlett, N. R. (1939). The relation of the size of the stimulus to intensity in the human eye. 18 . Bouma, H. (1965). Interaction effects in parafoveal letter recognition. 19. Sánchez de Miguel, A., Aubé, M., Zamorano, J., Kocifaj, M., Roby, J., & Tapia, C. (2017). Sky Quality Meter measurements in a colour changing world. 20 .Crumey, A. (2014). Human contrast threshold and astronomical visibility. 21 .Zou, H. et al. (2010). The sky brightness and transparency in i-band at Dome A, Antarctica.
    8 punktów
  36. Udało się nareszcie zmontować zebrany materiał, będzie na pamiątkę tego przepięknego i klimatycznego widowiska które przyciągnęło wielu obserwatorów nad brzeg jeziora Dąbie. Rozstawiłem swój sprzęt na wale, Canon 60d zbierał materiał z EDa z ND5, podłączyłem zewnętrzny ekran na którym fajnie było widać tarczę Słońca i oglądaliśmy zjawisko w większym towarzystwie. Dodatkowo siostrzeniec zbierał materiał swoim Nikonem, pogoda pozwoliła sfotografować całe zjawisko do samego zachodu, były tylko niewielkie chmurki nad horyzontem. Film: https://www.youtube.com/watch?v=dhSd_urXtvI
    8 punktów
  37. Czas wystartować z materiałem z Namibii. Ten niezwykły taniec światła i pyłu w gwiazdozbiorze Korony Południowej to Mgławica Mrówkojad a raczej kompleks mgławic refleksyjnych NGC 6726, NGC 6727, NGC 6729 oraz IC 4812. Mgławice te świecą odbitym światłem młodych gorących gwiazd - stąd kolor niebieski. Obok nich rozciąga się ogromna, ciemna wstęga pyłu gwiezdnego blokującego światło gwiazd kryjących się wewnątrz oraz za obłokiem. Jest to jeden z najciekawszych obszarów formowania się gwiazd na południowym niebie. Poza wymienionymi mgławicami na zdjęciu można znaleźć także gromadę kulistą NGC 6723 oraz kilka obiektów Herbiga - Haro (HH). Są to fascynujące, świecące obiekty bezpośrednio powiązane z narodzinami gwiazd. Gdy rodzi się nowa gwiazda (tzw. protogwiazda), otacza ją wirujący dysk materii. Gwiazda wyrzuca część tej materii w przestrzeń kosmiczną w postaci potężnych strumieni (dżetów) poruszających się z bardzo dużą prędkością. Te strumienie gazu uderzają w otaczający obłok pyłu i gazu międzygwiazdowego. Zderzenie to wywołuje ogromne fale uderzeniowe, które rozgrzewają gaz do wysokich temperatur, powodując, że zaczyna on jasno świecić. Dodatkowo poza wspomnianymi na zdjęciu można znaleźć kilkadziesiąt galaktyk z katalogu PGC. 117x180s Askar FRA500+Reduktor x 0,7 ZWO ASI 2600MC PRO + ZWO ASI 120 (guiding) ZWO AM5 + ASI Air Pixinsight, Lightroom
    8 punktów
  38. NGC7000 z miasta, 120 x 60 sekund, obróbka AstroWizard, zdjęcie zmniejszone o 50%, Seestar S50 PRO.
    7 punktów
  39. Chmurwy psociły się ale i tak było ładnie.
    7 punktów
  40. Nasz montaż z zaćmienia, Molina de Aragon:
    7 punktów
  41. SW Neq6 Pro + TS 71 SDQ + familia ZWO ASI = EAF+EFW mini ( Atlia 4.5 nm SHO)+1600 MM Pro + 120MM 35 x 5 minut na kanała Na Ziemi: koniec epoki kamienia (wczesny neolit), Jerycho już stoi i jest jednym z najstarszych miast świata, Sahara jest zieloną sawanną pełną jezior i hipopotamów (tzw. Afrykański Okres Wilgotny), Doggerland – ląd łączący dzisiejszą Wielką Brytanię z kontynentem – akurat w tym okresie znika pod wodą po tsunami Storegga. Koło jeszcze nie istnieje, pismo też nie, więc nikt tego nie zapisał – 8500 lat później, z tarasu w Toruniu, Bortle 8, między jednym blokiem a drugim
    7 punktów
  42. IC 1795 Mgławica Głowa Ryby - ekspozycja 4h , zdjęcie wykonano w mieście.
    7 punktów
  43. O ile robienie zdjęć przez okular wychodzi mi tylko w przypadku Księżyca i Słońca, tak 12.08 (tuż po zaćmieniu) udało mi się zrobić całkiem fajne zdjęcie Wenus.
    7 punktów
  44. Z Filipem udaliśmy się na zaćmienie w nieco losowo wybrane pola w okolicy Krakowa - na miejscu okazało się, że trafiło tam sporo innych ludzi, więc urządziliśmy im drobny pokaz astronomiczny. Rozdaliśmy folię ND5, żeby na zmianę mogli bezpiecznie patrzeć na Słońce, pokazaliśmy widok zaćmienia w APM 25x100, pomogliśmy zrobić zdjęcia telefonem przez lornetę, a także zrobiliśmy projekcję na kartce przez dziurki mojego swetra 😄 To było moje 7 zaćmienie Słońca, ale pierwsze tak nisko nad horyzontem, i z całego zjawiska chyba najbardziej zapamiętam widok gołym okiem na jakieś kilkanaście minut przed zachodem. Słońce wisiało wtedy nisko nad wzgórzami i drzewami, a pośrodku oślepiającego blasku i w towarzystwie fioletowawych powidoków, jaśniał ostro charakterystyczny kształt zaćmienia. Swoją drogą, pierwsze "zdjęcie" poniżej to w rzeczywistości połączenie zdjęcia i rysunku cyfrowego (aparat z telefonu odbijał mi się w lornecie, gdy przykładałam go do zrobienia zdjęcia, więc przemalowałam całe tło zdjęcia rysując w Kritcie, żeby całość wyglądała czyściej i bardziej przypominała widok z okularu 🙂).
    7 punktów
  45. Zaćmienie Słońca to duże wydarzenie a takie się uwiecznia dla pamiątki.Założnie filtra i cykliczne cykanie z coraz głębszą fazą zaćmienia niewiele opowiada,zresztą w czasie tym słonko już nisko chodziło więc atma hulała co masakrawołało szczegół ale i tak trzy takie zdjęcia cyknąłem (1600mm) póki jeszcze miało to sens. Przyszedł czas na pamiątkowe obrazki,takie które na zawsze,kiedykolwiek na nie spojrzę będę wiedział gdzie wtedy byłem i co robiłem. Focone z jurajskiego wzgórza na średniowieczną ruinę zamku,jedno z Orlich Gniazd,Olsztyn koło Częstochowy,zazwyczaj to taki mój powszedni wieczorny spacerniak. Tego dnia jednak ludzi było tam znaaacznie więcej niż zazwyczaj,przybyli właśnie dla tej chwili,każdy przygotowany na swj sposób.Na górce grupka ludzi zupełnie nieznających się stworzyła fajną atmosferę,a Słońce super widowisko. Szkoda że do samego horyzontu było tak agresywnie żółte i ostre,więc krajobraz bardziej konturowo zapisany. ps.Drobna obróbka,kilka ruchów suwakiem,nie chciałem na siłę rozjaśniać,pracować na maskach itp. Pomyślałem że takie niemal prosto z matrycy klimat swój mają...
    7 punktów
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.